Anji Bai Cha w drewutni ;)

Wspomnienie sprzed roku odświeżone jakiś tydzień temu…
– O, postawiłeś pawilonik herbaciany!? – wykrzyknęłam przystanąwszy ze zdumienia.
– Pawilonik herbaciany? – zdziwił się Tata – Nie, to drewutnia.
– Jaka drewutnia? Toż to idealne miejsce na ceremonię herbacianą – mówiłam przejęta. Czułam jak ta drewniana budowla jest przepełniona spokojem i dobrą energią. Całe otoczenie wokół: rosnące w siłę sosny, kamienie, młoda trawa, cisza dookoła mącona tylko delikatnymi podmuchami wiatru – to wszystko samo z siebie czyniło to miejsce idealnym do wyciszonego przygotowania herbaty. Oczami wyobraźni widziałam, jak w słoneczny, ciepły dzień siedzę pod spadzistym daszkiem i niespiesznie przygotowuję herbatę… – O, nawet są dzwonki wietrzne! – zawołałam.
Weszliśmy do domu a ja obiecałam sobie i Tacie, że gdy tylko przyjadę tu następnym razem i będzie ciepło – koniecznie zaparzę herbatę w tym cudownym pawiloniku herbacianym…

Kilka miesięcy później znów stanęłam przed drewutnią. Powietrze pęczniało ciepłem ukołysane ciszą i subtelnym wiaterkiem. Dzwonki wietrzne pobrzękiwały jakby od niechcenia, rozleniwione letnim popołudniem… Uśmiechnęłam się do siebie, bo czas i okoliczności dopasowały się do miejsca – idealne warunki, by napić się herbaty…

   

Nastawiłam wodę na herbatę. Tymczasem Tata znalazł kawałek wykładziny, który idealnie pasował do położenia na betonowej podłodze pawiloniku herbacianego. Przyniosłam i rozstawiłam swoje utensylia do herbaty. Dostałam w prezencie mały wazonik, do którego wstawiłam stokrotkę – kwiat, który zawsze kojarzy mi się z lekkością, beztroską i radością; chciałam, by tego dnia chwile przy herbacie pod dachem drewutni takie właśnie były…

W pudełku miałam ze sobą kilka herbat, ale wybrałam Anji Bai Cha… Pierwszy raz tę herbatę spróbowałam zaparzoną przez Roberta – oryginalna Anji Bai Cha pochodząca z chińskiego regionu Anji w północnej prowincji Zheijang ze zbiorów w 2015 roku. Wspomnienie tego smaku – lekkości, subtelnej słodyczy naparu, niezmiennie wywołuje uśmiech na mojej twarzy. To była dobra herbata dobrze zaparzona. Rok później piłam Anji Bai Cha przywiezioną przez Jarka – świeża, aromatyczna, choć zdawała mi się bardziej wyrazista niż ta, którą poczęstował mnie Robert. A teraz byłam w posiadaniu Anji Bai Cha od Wojtka.

Usiadłam po turecku przed naczyniami herbacianymi. Woda przestygła do odpowiedniej temperatury… Pierwszy napar był łagodny – herbata zdawała się być jeszcze nie w pełni obudzoną i tylko nieśmiało ujawniała świeże trawiasto-kwiatowe akcenty.

         

Następne napary pozostały łagodne, ale każdy kolejny dawał jakby więcej słodyczy… Cieszyłam się, że nawet Tacie smakuje… 🙂

Nigdzie się nie spiesząc z maleńkich czareczek spijaliśmy napar kojąco zrównoważony…

I taka oczywista oczywistość mocno zakiełkowała w świadomości: delektowanie się herbatą to nie tylko odnajdywanie subtelnych smaków ukrytych w naparze… to uspokojenie wewnętrznego rozedrgania; to nabranie dystansu do problemów, do których i tak trzeba będzie wrócić po ostatnim łyku herbaty; to rozrastająca się w duszy i ciele radość, że jest się w tym konkretnym miejscu, w tym konkretnym czasie i właśnie z tymi ludźmi, z którymi z wdzięcznością można dzielić to wewnętrzne przeżycie… Delektowanie się herbatą to szczęście w najczystszej postaci… 🙂

Tak, tym wpisem ocalam to wspomnienie od zapomnienia, ponieważ gdy niedawno mogłam znów odwiedzić mój pawilon herbaciany, wyglądał on tak:

Cóż, oby do lata; mam nadzieję… 🙂

p.s. O Anji Bai Cha można też poczytać:
http://cha-herbata.blogspot.com/2014/10/anji-bai-cha-z-prowincji-jiangxi.html
http://mycupofgreentea.blog.pl/2016/12/10/rozne-odslony-herbaty-cz-33-anji-bai-cha-czyli-nietypowa-chinska-zielona-herbata/
http://cappy-bara.blogspot.com/2015/05/an-ji-bai-cha-2015.html

Ivanishvilli – biała herbata prasowana z Gruzji

Przygotowując się do spotkania o białych herbatach, które niebawem organizujemy w ramach spotkań Warszawskiego Kolektywu Herbacianego, trafiłam na blog Antona Dmitraściuka www.tea-terra.ru i jego lektura zmotywowała mnie, by dokończyć wpis o białej prasowanej herbacie z Gruzji… 🙂

Każdy, kto mnie zna wie, że zawsze jestem niezwykle podekscytowana każdą nową herbatą, każdą ciekawostką herbacianą. Nieznane budzi we mnie żywe zainteresowanie i pragnienie poznania na wielu płaszczyznach: smaku, aromatu, historii…
Dzięki Wiktorowi w moje ręce wpadła biała herbata prasowana z Gruzji o nazwie Ivanishvilli. Byłam podekscytowana tym nabytkiem ponieważ herbaty pana Ramiza i pani Leili od Wojtka wzbudziły mój entuzjazm i bardzo mile je wspominam. Poprosiłam Herbaciarnię Laja, która herbatę Ivanishvili dystrybuowała, o podstawowe informacje: czas i miejsce zbiorów oraz osobę plantatora, który tę herbatę robi. Dostałam bardzo szybką odpowiedź od Michała:
„Nazwa herbaty Ivanishvili pochodzi od nazwiska właścicielki ogrodu. Zbierana była w czerwcu 2016, prasowanie – wrzesień 2016 (przetwórnia w Kutaisi), miejsce zbioru: okolice Tkibuli, Gruzja. Duże liście dawały realny potencjał do uzyskania herbaty dojrzewającej, stąd pomysł na taką próbę. Herbata jest bardzo delikatna, wręcz eteryczna…”

Ponieważ charakterystyka białych herbat, wbrew pozorom, do łatwych nie należy – o czym może przy innej okazji uda mi się napisać – jestem zmuszona skategoryzować opisywaną herbatę jako białą według jednej cechy, którą Ivanishvilli posiada: liście zostały zerwane i poddane jedynie suszeniu. Ale już sama wielkość liści, ich kształt, pora zbiorów oraz sprasowana forma – raczej tę herbatę rzucają na antypody grupy jaką jest biała herbata.

Poprosiłam znajomego herbaciarza o opinię na temat tego dziwnego liścia… Otrzymałam informację, że dokonując oceny po liściu od razu widać, że jest to herbata słabszej jakości, eksperymentalna ale w sposób amatorski, tj. zrobiona bez wsparcia w postaci wielowiekowej tradycji związanej z produkcją białych herbat, tak jak to się dzieje w Chinach (zwłaszcza w Fujijan). Jednak sprawa wymaga głębszego zbadania…

Ponieważ jakiś czas temu wraz z Warszawskim Kolektywem Herbacianym robiliśmy eksperymenty na herbatach testując je podczas parzenia kiperskiego, postanowiłam i tę herbatę poznać w ten sposób. Więc 2,6g suchych liści zalewam wrzątkiem w kiperówce i czekam 5 minut.

            

Zapach naparu: ziołowy; najsilniejsze skojarzenie to zapach henny – ziołowej farby do włosów, którą kiedyś używała moja Mama. Wyczuwam też słodkie tony. Sam napar jest delikatny.

Kolor naparu: zielonkawo- brązowo-złoty.

Smak naparu: mocno ziołowy, cierpkawy; bardzo subtelna goryczka rozkłada się nieśmiałą chropowatością na podniebieniu; na dalekim planie wyczuć można smak trawy pod koniec lata. Moc słaba.

Zapach liści po zaparzeniu: jesienne liście z lasu, choć delikatniejszy aromat z odrobiną słodyczy.

Zapach liści po pięciu minutach: dominująco ziołowy

Zapach zimnych liści: ziołowy; nie wyczuwam różnic w zapachu w porównaniu z poprzednim testem.

Następnego dnia wykonuję parzenie intuicyjne.

I tym razem zapytałam Herbaciarnię Laja o sugestie dotyczące parzenia; dostałam informację, że „w przypadku kiedy chcemy uzyskać napar zbliżony do znanych nam herbat białych proponuję dłuższy czas parzenia i wyższą temperaturę wody: 3 minuty pierwszy napar, temperatura około 85-90°C, drugi napar 3-5 minut, temperatura wody 90-95°C, ale warto poeksperymentować”

Więc poeksperymentowałam… 🙂

Suche liście wrzucone do nagrzanego gaiwana pachną ziołami i drewnem.

   

Parzyłam tę herbatę i temperaturą ok. 90 stopni C przez ok.1; z nowej partii liścia zrobiłam parzenie w podobnej temperaturze ale przedłużyłam czas parzenia do 3-4 minut.

   

Podczas jednego z testów zamyśliłam się obserwując chmury i czekając aż wyjdzie słońce by zrobić zdjęcie naparowi, więc woda znacznie przestygła…i nią również zaparzyłam herbatę tym razem jednak zapominając przypilnować czas… nawet tak orientacyjnie… 😉

Generalnie każde parzenie dało bardzo podobne rezultaty zapachowo – smakowe. Ivanishvilli w parzeniu intuicyjnym w porównaniu z kiperskim wydaje mi się mniej ciekawa. Wychodzi – o dziwo! – mocniejsza, bardziej goryczkowa a ziołowe akcenty zdają się dominować w tej herbacie z każdym kolejnym zaparzeniem i mam wrażenie, że żadne inne ciekawe posmaki już do mnie nie dotrą…

   

Skoro Michał napisał, że Ivanishvilli ma potencjał herbaty dojrzewającej a Jarek zaproponował, bym pozwoliła przez najbliższe 4-5 lat dojrzeć tej herbacie w suchych warunkach a potem tę herbatę ugotowała 😉 to może rzeczywiście najlepiej odłożyć tę herbatę na jakiś czas, niech sobie dojrzeje… A potem znów poddam ją jednemu ze swoich ulubionych zajęć czyli eksperymentowaniu 🙂

Wspomniany na początku Anton Dmitraściuk omawiając białe herbaty zaznacza, że jego opis może zawierać uproszczenia i niedoskonałości, co ma zmotywować czytelnika czyli herbaciarza do swoistego herbacianego sceptycyzmu, do rozmyślań, refleksji oraz poszukiwań innych źródeł informacji na dany temat. Taka idea towarzyszyła mi także przy tworzeniu tego wpisu i poznawaniu ciekawostki herbacianej jaką jest dla mnie Ivanishvilli. Jeśli ktoś z Was ma uwagi czy uzupełnienia na temat przedstawionej herbaty – będę wdzięczna.

Bardzo dziękuję Robertowi i Jarkowi za cenne uwagi i sugestie.

Japońska czarna herbata z Ureshino i duch Lu Yu ;)

Na spotkanie herbaciane w Onggi przyszłam najwcześniej. Przygotowałam więc wszystkie potrzebne utensylia w założeniu, że będziemy pić więcej niż jedną herbatę. Rozłożyłam materiał, ustawiłam naczynia, przygotowałam miseczki ze słodkościami, zagotowałam wodę. Z jednej z półek wzięłam figurkę Lu Yu i postawiłam przy czarkach – będzie dziś nam towarzyszył przy herbacie z bardzo bliska 😉 Czekałam. Lubię tę szczególną chwilę, kiedy wszystko na stole herbacianym jest już właściwie przygotowane i zaraz zagotuje się woda, by można było przygotować napar herbaciany… Cisza. Szum czajnika. Wybieram herbatę, którą zaparzę na początek – japońską czarną herbatę z Ureshino. Nie jest to herbata do pobożnego degustowania i kontemplacji jej smaku. To herbata, którą w chłodne dni można rozpocząć spotkanie herbaciane; nie zachwyca, ale wywołuje uśmiech sympatii na twarzy pijącego. Zdaje się mówić: Witaj, zdejmij płaszcz, usiądź przy herbacianym stole, zrelaksuj się i otwórz na nowe smaki herbaty… Więc relaksuję się 🙂

20170225_170028   20170225_170016

Pierwsze parzenie…

W oczekiwaniu na napar patrzę na to ciche miejsce, które przytula mnie w to zimne lutowe popołudnie; patrzę na drewniane ściany, stół z wtopionym ryżem i herbatą, uśmiecham się do wszystkich czareczek i czajniczków, wazoników i pudełek z herbatą, które umościły się na niewielkich rozmiarów półeczkach… Ach, jakie idiotyczne uczucie – mówię sama do siebie – taka wdzięczność za to wszystko… Za to ciepło i ciszę, za łagodną muzykę w oddali i szmer rozmów gości restauracji na dole… Jakież ja mam cholerne szczęście… 😉

20170225_162935

Pierwszy łyk ciepłej czarnej herbaty z Ureshino niezmiennie koi mnie swoją łagodnością. Przyjemne, wyraźne winne i słodkawe nuty doskonale się równoważą…

Przyglądam się w skupieniu zaaranżowanej przestrzeni herbacianej. I wiem, że bardzo przydałby się tu teraz jakiś akcent roślinny. Tak, kompozycje kwiatowe do ceremonii herbacianej są jeszcze moją piętą achillesową… do tej pory stawiałam niepewne kroki w aranżowaniu chaxi, nadal w tej materii przede mną całe lata świetlne nauki, ale w tym wszystkim kompozycję roślinną jakimś cudem omijałam i pomijałam…Teraz pomyślałam sobie, że koniecznie trzeba przestać ten element aranżacji przestrzeni herbacianej traktować po macoszemu…

Drugie parzenie…

Rozmyślania przerywa sms, który informuje mnie, że na spotkanie nikt nie przyjdzie. Zostałam sama. Z Lu Yu 😉 … czy tak miało być?

Są przypadki czy ich nie ma? Jedni mówią, że nie ma przypadków, że jest to przeznaczenie, którego się nie uniknie; inni, że przypadki jak najbardziej istnieją i są szansami, możliwościami wyboru tego, jaką drogą pójdziemy dalej… A prawda leży pewnie gdzieś pośrodku…
A napar smakuje przyjemnie…

Wstaję na chwilę by rozprostować nogi i bezwiednie podchodzę do półki z książkami. Wśród literatury herbacianej napisanej po chińsku i japońsku, gdzie mogę tylko sycić oczy zdjęciami, znajduję „O Duchu Herbaty” Sen Sōshitsu… książkę, którą chciałam kupić już dawno temu, ale nigdzie nie mogłam jej dostać… Czy tak miało być?

20170225_171939

Trzecie parzenie…

Po przeczytaniu wstępu zalewam liście czarnej herbaty z Ureshino. Winność i słodycz tak wyraźne w poprzednich naparach, teraz ustępują miejsca mineralności…

Uśmiecham się do myśli, która podpowiada mi, by otworzyć teraz książkę na przypadkowej stronie – tak się przecież czasami robi chcąc w takim ślepym trafie znaleźć wskazówkę na rozwiązanie wątpliwości, słowa, których samemu nie może się dobrać choć usilnie próbuje; tak się czasami robi szukając znaku, wróżby…

Otwieram na przypadkowej stronie:

„Miłośnik herbaty powinien odkryć piękno w porzuconych sprzętach i używać ich jako utensyliów herbacianych (…).
Miłośnik herbaty powinien przede wszystkim żyć w oddaleniu i oderwaniu od świata, powinien też znać znaczenie Prawa Buddy i być wrażliwym na poezję…”*

Hmmm… Też mi wyrocznia – myślę sobie.- Jak mam to rozumieć? Czy nadawać znaczenie zdaniu wyrwanemu z kontekstu?

Patrzę na figurkę Lu Yu. Cwaniaczek uśmiecha się tajemniczo znad czarki z herbatą…

20170225_162925

Więc robię czwarte parzenie…

Słaby napar, w którym co prawda można wyczuć akcenty smaków z poprzednich naparów, ale też już czuć wyraźnie, że tę herbatę nie stać na więcej zaparzeń…

Robię porządek po herbacianej ceremonii z Lu Yu. Na koniec, gdy już wszystko jest umyte i pochowane, raz jeszcze ulegam pokusie i otwieram książkę Sen Sōshitsu na przypadkowej stronie… Tym razem trafiam na fragment o…Lu Yu (sic!) 🙂 a moją uwagę przykuwa zwłaszcza cytat z jego dzieła:

„Na temat osądzania herbaty dobrej i złej istnieją przekazy ustne”.

A ja zastanawiam się czy przypadkiem nie jest to swoista odpowiedź na nurtujące mnie wątpliwości przy degustowanej ostatnio ciekawostce herbacianej z Gruzji, którą jednak opiszę następnym razem… 😉

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki „O Duchu Herbaty” Sen Sōshitsu (1969) w tłumaczeniu Anny Zalewskiej

Ceylon Moragalla Oolong czyli herbata w liście ;)

Najwyższy czas ocalić od zapomnienia pewną ciekawostkę herbacianą, którą dostałam od Łukasza wraz z cudownym, pełnym optymizmu listem. Tak, tak – był to list tradycyjny, napisany ręcznie i włożony do koperty ze znaczkiem 😉 Uwielbiam takie dostawać! 🙂 A z niespodzianką w postaci herbaty w środku – tym bardziej! 🙂 Łukasz podał mi źródło zakupu herbaty, ale postanowiłam nie zaglądać do już gotowego opisu i sama przekonać się co też sobą reprezentuje ta herbaciana ciekawostka ze Sri Lanki…

Zapach suchych liści to wino porzeczkowe – trochę już dojrzałe, lekko kwaskowe z odrobiną przyjemnej słodyczy; chociaż jak się dobrze wwąchać to na dalszym planie dochodzą do głosu karmelowe tony…

20161204_113927

W ogrzanym czajniczku liście pachną lekką śliwką jakby w karmelowej otoczce; wino porzeczkowe, które czułam wcześniej odsunęło się teraz na drugi plan.

Oolonga Moragalla zalewam wodą ok. 93 stopni Celsjusza. Po ok. dwóch minutach odlewam trochę naparu, by spróbować czy już zakończyć parzenie czy jeszcze trochę potrzymać herbatę w czajniczku. Orzekam: 2 minuty do zdecydowanie za mało dla tej herbaty… I daję jej jeszcze dodatkowe w przybliżeniu 2 minuty. Próbuję i stwierdzam, że wciąż jest mało wyrazista. Może potrzebuję ekstremalnych doznań? Widzę jednak, jak upodobania smakowe podczas degustowania herbat mi się zmieniają; jeszcze jakiś czas temu krzywiłam się na mocne, zdecydowane napary, a nawet jeśli się nie krzywiłam, to nie znajdowałam większej przyjemności w ich degustowaniu. Teraz daję tej herbacie ok. 5 minut i nie wiem, czy wciąż nie będzie za słaba…

Kolor naparu – idealny brąz miodu spadziowego ze złotymi refleksami…

Po kolejnym i kolejnym łyku czuję mocniejszą winną nutę, która pojawia się nagle i równie nagle znika…

To jest herbata o delikatnym charakterze; aksamitna i łagodna. Rozpływa się równomiernie po podniebieniu pozostawiając uczucie delikatności i przyjemności.

20161204_115215

Rozmyślając o niuansach smakowych tej herbaty pozwalam by oolong Moragalla ostygł w mojej filiżance.
I okazuje się – gdy biorę łyk – że wraz ze spadkiem temperatury ta herbata nabiera przyjemnej, wyraźnej cierpkości z cytrusowymi tonami (przy czym bardziej będzie to cytryna z grejpfrutem niż pomarańcza). Im niższa temperatura tym intensywniejsza goryczka…

20161204_120216

A ponieważ ta herbata została określona jako oolong, to wypadałoby ją zaparzyć jeszcze raz. Tak też zrobiłam…
Drugie parzenie – ok. 6, 7 min. Przetrzymałam tę herbatę dłużej ale spróbowawszy trochę naparu skrzywiłam się mając w ustach zdecydowaną gorycz.
Zapach liści w dzbanuszku – torfowy.
W posmakach, które można odnaleźć w tym parzeniu, napar niewiele różni się od pierwszego, choć te posmaki są bledsze; no i goryczka jest dużo wyrazistsza.
Zrobiłam jeszcze dwa parzenia, każde po ok. 6 min. Mogę jednak śmiało powiedzieć, że te napary nadawały się idealnie do tego, by do nich dodać likier owocowy i wypić rozkoszując się tym wspaniale dominującym uzupełnieniem, Nie warto marnować herbaty… 😉

20161204_123541

Z mojego skromnego doświadczenia wynika, że przy założeniu wszystkich czynników klimatycznych, mechanicznych i wszystkich innych, które na smak herbaty wpływają a które ulegają zmianom zmieniając przy tym wspomniany smak herbaty, można doszukać się cech charakterystycznych np. czarnych herbat z Assamu, Sri Lanki, Darjeelinga czy z Chin (z danej prowincji). I choć Moragalla Oolong stanowi przykład wyżej oksydowanego pouchonga, i trochę assamowatej korzenności się przez napar przewinęło, choć jest swoistą ciekawostkę (niestety, nie najwyższej jakości), to dla mnie w smaku jest to typowy, bardzo delikatny, gładki w pełni oksydowany ceylon 🙂
Ciekawe do poznania 🙂

Delektowanie się herbatą – delektowanie się życiem czyli Herbata Noworoczna 2017 :)

Herbata Noworoczna nie była w noworocznych planach ;). Ale gdyby nie nagle i przypadkowo szczęśliwie zawarta znajomość z Piotrem Osuchem (Prezesem Polskiego Stowarzyszenia Wushu Tradycyjnego i Kultury Chińskiej, zaawansowanego herbaciarza i praktyka gry na guqin) , który zaproponował spotkanie przy herbacie i obecność Ani Włodarczyk (sinolożki, autorki bloga Morze Herbaty, miłośniczki tajwańskich oolongów, ceramiczki), która entuzjastycznie odniosła się do nieśmiałego pomysłu by spotkać się w Nowym Roku i wypić wspólnie herbatę – Noworoczna Herbata nie miałaby pewnie miejsca… Łukasz sobie żartuje, że najwyraźniej Lu Yu nad nami czuwa i chce, byśmy się przy herbacie spotykali, zdobywali nową herbacianą wiedzę i doświadczenie – dlatego miał miejsce szereg sprzyjających zbiegów okoliczności, które do spotkania w miniony czwartek (12.01.2017) doprowadziły 🙂

Pierwszym zaparzającym był Łukasz, który w imieniu Warszawskiego Kolektywu Herbacianego zainicjował Herbatę Noworoczną. W delikatnym koreańskim zestawie herbacianym znalazła się Paryocha z Czajowni.

15977607_1175584122557113_2368675830365183847_n   15966055_1175584379223754_3175358301105758488_n   15941189_1175584052557120_3324959416659535783_n   15941345_1175584589223733_9186134910985346175_n    16105873_1175585495890309_3815336503356808926_n

Porównując tę herbatę z degustowaną wcześniej Paryochą od Pani Park doszliśmy zgodnie do wniosku, że obie są doskonałe! 🙂

Następną osobą zaparzającą herbatę była Tingting – żona Piotra, posiadająca rządowy Chiński Certyfikat Ceremonii Kultury Herbaty. I oto na pięknym cha panie (cha chuanie) swoje listki ukazały oolongi:

15992226_1175966062439291_1625785368_o   15977028_1175587799223412_1683877509394540742_n

Najpierw Tie Guan Yin , której kolor mokrych liści mnie zachwycił – prawdziwy szmaragd! 🙂

15940753_1175587949223397_7018372663127596666_n

A potem delikatny, kremowy napar wprawił w rozmarzenie…

15965991_1175587895890069_7139342857922952172_n

Tie Guan Yin ma wiele podróbek. Nasi goście podzielili się z nami ciekawostką, jak odróżnić orginał dobrej jakości od hm…imitacji. Otóż listek wzorcowy Tie Guan Yin jest zawsze lekko skrzywiony…

16114276_1175588935889965_3902068830071144429_n

Kolejną herbatą zaparzoną przez Tingting był Qi Lang…

16114161_1175589722556553_2560647189728950492_n   16106487_1175966045772626_1168145100_o

A na koniec ciemne, podprażane lekko Da Hong Pao…

16003218_1175591039223088_3063696192649436404_n

Trochę czytałam o chińskich spotkaniach herbacianych, że niektóre odbywają się w ciszy i celebruje się każdą czarkę naparu, niektóre są okazją do biznesowych rozmów a jeszcze inne są pretekstem do spotkania się z przyjaciółmi, pośmiania się, pożartowania…Byłam ciekawa, czy w Chinach, podczas spotkań przy herbacie obowiązują jakieś tematy tabu; zapytałam o to Piotra a on odparł, że nie, nie ma takich tematów, na które nie wolno rozmawiać przy herbacie. Tak, rozmawia się o polityce popijając herbatę w większym gronie. Mentalność Chińczyków pozwala na opanowanie emocjonalnego podejścia do tematu co prowadzi często do zwykłej dyskusji wokół jakiegoś zagadnienia. Czyż to nie wspaniałe?! – pomyślałam sobie 🙂

15977516_1175587545890104_5669549677041016490_n

Podobnie, jak rok temu, Ania przygotowała uroczą herbatę… Tym razem była to Bai Hao Oolong…

15977088_1175591615889697_6045977869773100764_n   16113951_1175591532556372_3523322290593711232_n   15978032_1175592915889567_2542786242463345980_n

Już z wygrzanego czajniczka, do którego Ania wsypała liście, ulotnił się aromat pełen kwiatów i słodyczy, który wywołał nasze westchnienie zachwytu i uśmiech. Natomiast napar był całkowitym zaskoczeniem – w pierwszym parzeniu dominowały cytrusowe tony, które zbladły przy kolejnych parzeniach ustępując miejsca wyraźnym miodowym nutom…

16105980_1175594129222779_217201494126589474_n   16105716_1175596222555903_5175628558693858550_n   16106017_1175592799222912_3897962322441260276_n   16002974_1175593682556157_6737528259818574184_n

Ja na spotkanie przyniosłam ze sobą birmańską herbatę PAI DU I Foggy Green RS 2016 od Agaty. To nie jest łatwa ani urokliwa w odbiorze herbata… Zaparzyłam ją jeszcze zanim goście zaczęli się schodzić, a gdy już przybywali pytałam, czy chcą spróbować wstrętnej herbaty. Chciało niewielu. Tak, wiem – jestem mistrzem marketingu 😉
Na koniec jeszcze raz ponowiłam zaproszenie wypicia tej trudnej w odbiorze herbaty. Po krótkiej dyskusji zaparzyłam tę birmańską herbatę na dwa sposoby jednocześnie: w jednym czajniczku liście zalałam wrzącą wodą, w drugim ok. 90 stopniową wodą. Po ok. 20 sekundach przelałam napary do dwóch oddzielnych Mórz Herbaty. Liście zalane chłodniejszą wodą dały zdecydowanie delikatniejszy i przyjemniejszy w odbiorze napar. I mimo, że w tej herbacie nie uświadczy się łagodności, słodkości czy kwiatowości – jest ona ciekawa… Skórzane, podwędzane, cierpko- ziołowe tony bardzo intrygująco przeplatają się miedzy sobą, dominując jeden nad drugim w zależności od czasu parzenia i temperatury wody. Ja osobiście bardzo tego birmańskiego śmierduszka lubię 🙂

15966293_1175601575888701_3699782815592074530_n   16114273_1175601272555398_6744242069951650075_n   15966225_1175601199222072_3695278141106608335_n

Podczas Herbaty Noworocznej wcieliliśmy się też w malarzy-amatorów z epoki dynastii Song 😉
Tydzień przed Herbatą Noworoczną wraz z Piotrkiem, Agnieszką i Łukaszem wybrałam się do Muzeum Narodowego na wykład Marcina Jacoby`ego „Tradycja i eksperyment. Malarstwo chińskie w epokach Song i Qing” –  jeden z ostatnich wykładów związanych z wystawą „Życie wśród piękna. Świat chińskiego uczonego”. Zawsze intrygowało mnie co też jest napisane na tych zwojach przedstawiających albo pejzaże, elementy flory lub fauny. Okazało się, że nie zawsze napisy na zwojach są jakimś pięknym wierszem czy wzniosłą sentencją; nie zawsze też napisy zostały wykonane przez autora obrazu – czasami są to dopiski innych artystów, wiersze innych poetów, czasami zapis dokumentujący kolejnych właścicieli, do których obraz z tego czy innego względu trafiał. A czasami jest to zapis okoliczności, w jakich dane dzieło powstało. Na przykład w przypadku poniższego zwoju, autor obrazu, lekko podchmielony opisuje, że spotkał się z przyjacielem przy kieliszku, a przyjaciel powiedział: „Jesteś zdolnym malarzem; namaluj coś dla mnie, proszę”. Więc Shen Zhang namalował 😉

20170105_181809

Słuchając opowieści prelegenta o tych wszystkich ciekawostkach przyszła mi do głowy myśl, by na najbliższym spotkaniu herbacianym, zabawić się w podobny sposób, tym samym dokumentując taką niecodzienną formą dane wydarzenie.
Następnego dnia, kiedy już wiedziałam, że Herbata Noworoczna się odbędzie, pobiegłam do sklepu i kupiłam papier do kaligrafii oraz kilka pędzelków.
Ania podchwyciła pomysł wcielenia się w chińskich malarzy i na spotkanie przyniosła własnoręcznie zrobione pieczątki. W konsekwencji machaliśmy pędzelkami i stemplowaliśmy w upojeniu (herbacianym, oczywiście!) 🙂

16105568_1175587159223476_5534556877100979628_n   16114208_1175602272555298_2046563600745222921_n   15977531_1175602189221973_837647510458850626_n

Dzięki temu zostaną z nami m.in. piękne życzenia Tingting: „Kosztować życie – delektować się wspaniałą herbatą” oraz Ani: „Picie herbaty oczyszcza serce”…

20170113_124715

oraz życzenia Uli i Aarona ze Stowarzyszenia Urasenke

16105951_1175601609222031_1585376311635808793_n

Na koniec raz jeszcze chciałabym wyrazić wdzięczność Piotrowi i Tingting – to Wasza chęć wspólnego wypicia herbaty stała się impulsem i motywatorem do urzeczywistnienia spotkania Herbaty Noworocznej po raz drugi. Dziękuję za opowieści o chińskiej herbacie i kulturze jej picia w Państwie Środka 🙂

Bardzo, bardzo serdecznie dziękuję Ani – za znalezienie czasu na herbaciane spotkanie i za kolejne napary, które oczyściły moje serce, za opowieści, które są uroczą formą wykładów o kulturze herbacianej Chin, Japonii i Tajwanu a także za niesienie radości oraz ducha dobrej zabawy przy herbacie ❤

Uli i Aaronowi – za poświęcony czas i dobrą energię. Tak bardzo się cieszę, że w gonitwie codzienności udało się Wam napić herbaty w kolektywnym gronie 🙂

Łukaszowi – za wsparcie; za spokojne parzenie i opowieści o wciąż nowych doświadczeniach na Drodze Herbaty…:)

Agnieszce i Piotrkowi – za obecność, wsparcie i… czekoladki 🙂

Hani – za wspólne delektowanie się naparami i przesmaczne ciasteczka 😉

Karolinie i Annie – za pierwsze przybycie na kolektywne spotkanie 🙂

Panu Kimowi i Władkowi – za przygarniecie herbaciarzy do pięknego i ciepłego pokoju w Onggi 🙂

Wszystkim uczestnikom Herbaty Noworocznej, oraz tym którym choroba i inne przeciwności losu na spotkanie nie pozwoliły dotrzeć, życzę zdrowia i niestrudzenia w poszukiwaniu nowych posmaków w herbacianych naparach! 🙂

16002873_1175601649222027_8669743999373450883_n

wraz ze mną zdjęcia robili: Agnieszka/ Piotrek/Hania/ He Ming Xuan Teahouse

Paryocha – herbata o zapachu bambusowego lasu ;)

Nie przestaje mnie zadziwiać fakt, jak nieoczekiwanie spełniają się nawet najskrytsze marzenia… 🙂 Pewnego razu pomyślałam sobie: chciałabym mieć cały zestaw do ceremonii herbacianej; i w niespełna pół roku później taki zestaw, na dodatek z herbatą, dostałam w prezencie. Prezent to niezwykły z tego względu, że teraz zawsze będzie mi przypominał o szalenie sympatycznym spotkaniu z Panią Park i Panią Camillą – koreańskimi mistrzyniami ceremonii herbacianej, które na początku czerwca tego roku przyjechały do Warszawy. Spotkanie z tymi pogodnymi paniami niezwykle wzbogaciło moją wiedzę o herbacie – sposobach jej produkcji i koreańskiej kulturze picia herbaty; pozwoliło spróbować wysokojakościowych herbat z Korei ale przede wszystkim dało możliwość bliższego poznania tych przeuroczych kobiet…
Pierwsze spotkanie było zaaranżowane dość niespodziewanie, praktycznie zaraz po przybyciu Pani Park i Pani Camilli do Warszawy. Wówczas panie Koreanki zaparzyły Paryochę, której smak od razu mnie zachwycił…

koreanki-1   koreanki-2   koreanki-3

W pamięć zapadło mi też inne spotkanie, na którym Pani Park podjęła herbatą Warszawski Kolektyw Herbaciany. To było duże zaskoczenie: byliśmy przygotowani na sztywną ceremonię herbacianą, a okazało się, że współcześni Koreańczycy kochają tradycję i są bardzo zdyscyplinowani, ale przy spotkaniu herbacianym główną wagę przywiązują do radosnej atmosfery i pozytywnej energii płynącej ze spotkania przy czarce herbaty; więc było na luzie 😉
To właśnie wtedy – słuchając o koreańskiej sztuce parzenia i picia herbaty – znów degustowaliśmy wyśmienitą Paryochę, a po niej jeszcze cudowniejszą Paryochę o naturalnym smaku i zapachu cytrona. Pani Park chętnie i dużo opowiadała o swojej Drodze Herbaty…Na koniec zapytałam gospodynię spotkania, co ją osobiście najbardziej zdumiewa na Drodze Herbaty, czym najbardziej herbata zaskakuje herbacianą mistrzynię… Odpowiedź mnie zdziwiła, bo okazało się, że najbardziej zaskakujące dla Pani Park jest prozdrowotne działanie herbaty – jej wyciszające właściwości, siła, z jaką potrafi wprowadzić spokój w nerwowy nastrój i radość w ponurą atmosferę; ale przede wszystkim, że pozwala zachować młody, promienny wygląd nawet w późnym wieku, czego doskonałym przykładem jest sama pani Park…  Hmmm… bardzo kobiecy punkt widzenia 😉

W prezencie, wraz z zestawem do parzenia herbaty, otrzymałam dokładnie taką samą Paryochę, jaką spróbowałam podczas mojego pierwszego spotkania z koreańskimi mistrzyniami herbacianej ceremonii… Jak dobrze w tak miły sposób odświeżyć pozytywne wspomnienia…

niebieskie_2      niebieskie_4   niebieskie_5   niebieskie_8   niebieskie_9   niebieskie_10

Paryocha lub Balhyocha to herbata w niewielkim stopniu fermentowana, którą Koreańczycy zaliczają do herbat żółtych. Na moją prośbę Łukasz odszyfrował krzaczki z pudełka z herbatą i okazało się, że otrzymana przeze mnie Paryocha to „herbata o zapachu bambusowego lasu” 🙂 Nie przypominam sobie takich skojarzeń, ale nic nie szkodzi zaparzyć herbatę raz jeszcze i zobaczyć, czy aby na pewno takich zapachów tam nie ma…

Hmmm… w zapachu suszonych liści odnajduję podprażane tony śliwki węgierki i niezbyt słodkiej czereśni.

Liście w nagrzanym czajniczku raczą mnie zupełnie innymi zapachami – tutaj wyczuwam zapach pieczonych na ognisku słodkawych ziemniaczków – to takie ciepłe, słodkawo-drzewne tony. Czuję także (niestety) zapach gliny czajniczka…

niebieskie_11   niebieskie_12   niebieskie_13

Pierwsze parzenie robię wodą ok. 90 stopni przez ok. 4 minuty. Podczas zaparzania spróbowałam trochę naparu a ten rozpłynął się gładko na podniebieniu racząc mnie ciepłem i delikatnością, ale ja tym razem postanowiłam, że dziś chciałabym poczuć moc w intensywności Paryochy. Taki kaprysik 😉

niebieskie_15   niebieskie_16

W czarce okazało się, że wyszła mi herbata dość cierpka i momentami troszeczkę ostrawa. Przy tym zdecydowanym charakterze, który ta Paryocha ukazała, nie przestała być jednocześnie herbatą dość gładką i zrównoważoną… Nawet te cierpkie tony pięknie się roztapiały w ciepłych podprażanych, słodkawych akcentach…Przywiodła mi na myśl fleszowe yunnany – delikatne, słodkawe, i tylko lekko poddymiane…

niebieskie_18

Przy tych aromatach – o, dziwo! – mokre liście w czajniczku pachną zupełnie inaczej. Tutaj dominująca jest nuta winna z subtelną podprażaną wonią i… skórką czereśni…

12

Drugie parzenie robię wodą o temperaturze ok. 93 stopni i parzę krócej – ok. 3 min. I ten napar zaskoczył mnie łagodnością, z którego wycofała się wcześniejsza cierpkość –  i przypomina mi parzenie, jakie robiły dla nas pani Park i Pani Camilla podczas pierwszego spotkania w Onggi. I choć ni razu nie udało mi się wyczuć bambusowego lasu w tej herbacie (może po prostu mam niekompletną bazę węchową 😉 ), to ten delikatny, ciepły, drzewny zapach i smak będzie mi się już chyba zawsze kojarzył właśnie z tymi dwoma przeuroczymi mistrzyniami herbaty… Dziękuję ❤

Pierwsze trzy zdjęcia zrobiła Agnieszka.

Autorką pozostałych zdjęć jest Jowita Dykas/ FotoJowi

Wspólne picie herbaty…

W pierwszą sobotę tego miesiąca (5.11) Ania zorganizowała dla herbaciarzy spotkanie w sieci, by już teraz dokonać wstępnego podsumowania mijającego roku, by podzielić się swoimi planami na nadchodzący rok oraz porozmawiać jakie dostrzegamy kierunki rozwoju herbaciarza oraz przyszłość herbaty w Polsce. Czas  mieliśmy ograniczony i na koniec wszyscy zgodnie stwierdzili, że za krótkie było to spotkanie i koniecznie trzeba powtórzyć, a już na pewno koniecznie trzeba widzieć się w realnym świecie, w realnym świecie rozmawiać i pić razem herbatę…

Mnie po tej rozmowie zostało jeszcze kilka myśli; refleksji, które nie tylko nie zostały wypowiedziane podczas spotkania, ale które niczym fale powracają do mnie podczas mojej Drogi Herbaty…

Gdy myślę o drodze herbaciarza w Polsce pierwszym skojarzeniem, które się pojawia to blogi o herbacie – widoczny zapis wielu osób, którym herbata nie jest obojętna. Gdy przyjrzeć się blogosferze herbacianej – jest ona niesamowicie zróżnicowana reprezentując całą paletę różnych stylów pisania o herbacie, podejścia do herbaty czyli krótko mówiąc Drogi Herbaty. Zachwyca mnie to bo dostrzegam w tym nieograniczone możliwości dialogu o herbacie stricte i tematach, które siłą rzeczy herbata porusza: sztuka, filozofia, literatura a nawet psychologia, chemia czy botanika…

Jest nacisk na zdobywanie rzetelnej wiedzy herbacianej, co ma swoje dobre i zła strony, jak wszystko 😉 Pragnienie lepszego poznania zagadnień związanych z herbatą prowadzi do pogłębionej świadomości herbacianej i pozwala znajdować np. herbaty najlepszej jakości. Ale powoduje też postawę „zblazowania” – tu już nie każda herbata jest traktowana w sposób wyjątkowy, w której można znaleźć coś zaskakującego czy to w obróbce liści, czy w jakimś niuansie smakowym, ale musi nosić cechy wyjątkowości – a to być najdroższą na świecie, a to występować w niewielkiej ilości na świecie, albo być zrobiona przez jakąś wyjątkowa sławną osobę… Poszerzanie wiedzy herbacianej może też prowadzić do swoistego snobizmu i ortodoksji, która zamyka herbaciarzy bardziej doświadczonych na herbaciarzy bardziej zielonych lub takich, którzy chcą podążać swoją Drogą Herbaty niekoniecznie całą uwagę przykładając w odpowiednie nazewnictwo kolorów herbaty, szczegółowe poszukiwania niuansów smakowych czy restrykcyjne przestrzeganie narzuconych parametrów parzenia herbaty.

Bardzo nie podoba mi się jawnie okazywana wyższości pasjonata herbat liściastych nad wielbicielem herbat saszetkowych. Taka postawa kłoci się z moim osobistym założeniem, że herbata powinna zbliżać a nie dzielić ludzi.

Zaczynając swoją drogę z herbatami liściastymi, które w dużej mierze można zaliczyć do herbacianych rarytasów i unikatów, zachłysnęłam się wszystkim, co te herbaty mi ofiarowały: smakami, zapachami, i pięknymi liśćmi, i kolorami naparów. Jak zwariowana wysyłałam najbliższym te herbaty; gdy przyjeżdżałam w odwiedziny, jak szalona parzyłam jedną herbatę za drugą, kazałam wszystkim dookoła pić te moje cudowne rarytasy. No i jak? – pytałam – czyż nie są cudowne? W odpowiedzi czasami otrzymywałam słowa uznania a nawet zachwytu, ale głównie było pobłażliwe kiwanie głową a gdy tylko wychodziłam do drugiego pokoju, słyszałam jak zostaje nastawiony czajnik z wodą; biegłam sprawdzić jaką tym razem moi ukochani zaparzą sobie herbatę i jakież było moje rozczarowanie gdy była to herbata na L. Czy miałam przez to przestać kochać moich najbliższych? Tak, czasami trudno jest praktykować w sobie tolerancję… 😉 Ale jeśli spotykamy się przy herbacie, niekoniecznie tej najwyższych lotów, może to być czas rozmów o czymś ważnym lub nawet błahym, może to być chwila wytchnienia lub zwykłego wypicia herbaty by nawodnić organizm, a może to być po prostu wspólnie spędzony czas, kiedy siedzimy na tarasie i podziwiamy powolny zachód słońca…

„Herbata powinna zbliżać ludzi” – ta myśl przyświecała mi przy zaangażowaniu się w Poznański Festiwal Herbaty Zaparzaj! oraz przy powołaniu do życia Warszawskiego Kolektywu Herbacianego. W imię tej idei herbaciarze mieli spotykać się i opowiadać o swojej drodze herbaty, uczyć się od siebie nawzajem, rozwijać.. Już teraz widzę – chociażby na przykładzie Warszawskiego Kolektywu Herbacianego – że każdy z nas idzie inną herbacianą drogą. I ta różnorodność jest fascynująca, niesamowicie inspiruje i motywuje! Także dzięki temu rośnie we mnie pragnienie do coraz odważniejszego poznawania herbacianego świata, który nie kończy się na liściu herbacianym zaparzonym w czajniczku ale podąża w stronę sztuki, filozofii i bardzo szeroko pojętego rozwoju osobistego.

Gdy myślę o kulturze herbaty w Polsce widzę niesamowicie barwny eklektyzm stylów w parzeniu herbaty, używaniu utensyliów herbacianych czy aranżacji przestrzeni herbacianej, które nieustannie ulegają transformacjom starając się zaaklimatyzować w polskiej kulturze wrażliwej na dynamiczne zmiany, nam wszystkim dobrze znane i odczuwane…
W tych przeobrażeniach i poszukiwaniach, które i mnie nie omijają, chciałabym nieustannie pamiętać o źródle czyli miejscu, z którego kultura herbaciana pochodzi, a które wciąż silnie oddziałuje – Chiny.

W swych najgłębszych pokładach chińska sztuka herbaty zawiera ważne elementy trzech nauk (…): konfucjańskiej, taoistycznej i buddyjskiej, demonstrując tradycyjną w Chinach ideę przenikania pierwiastka duchowego i materialnego.
Z konfucjanizmu sztuka herbaty wzięła dążenie do kształtowania pomiędzy ludźmi atmosfery tolerancji i zrozumienia jeden drugiego. Dlatego dwór cesarski podejmował obcych posłów herbatą, dlatego gospodarz witał gości herbatą. Byli przekonani, że wypicie wspólnie czarki herbaty wyrazi pokojowe uczucia i umocni więzi.
Zgodnie z taoizmem, który skupiał się na określaniu związków pomiędzy człowiekiem a naturą, człowiek stanowi w miniaturze odbicie kosmosu, czarka herbaty – to morze. Herbata jest nam dana przez naturę, zawiera w sobie prawo natury. Człowiek, pijąc herbatę, uczy się tego prawa ciągłej przemiany.
Buddyjscy mnisi chan czuli się związani z herbatą, ponieważ zgodnie z chan, prawdziwą esencją świata jest spokój i czystość umysłu. Herbata dawała im ten spokój i czystość umysłu, otwierała ich umysły na istotne sprawy Ziemi i Nieba, pomagała w osiągnięciu stanu buddy.
Tak więc istota sztuki herbaty to duchowy związek pomiędzy ludźmi, pomiędzy ludźmi i naturą, pomiędzy człowiekiem a Niebem i Ziemią, pomiędzy duchem a materią.*

3

Rozmyślając o tym zachęcam do przesłuchania naszej rozmowy w sieci, która stała się inspiracją do niniejszego wpisu 🙂

*Przemysłam Trzeciak „Powieki Bodhidharmy”, str.77-78

Autorką zdjęcia jest Jowita Dykas/FotoJowi.