Preludium do herbacianych wspomnień z Japonii

Mija właśnie mniej więcej miesiąc od mojego powrotu z miesięcznego pobytu w Japonii. Szczęście, które stało się moim udziałem podczas tego wyjazdu wciąż odczuwam niezwykle intensywnie co pomaga mi w dużym stopniu znieść przykre wydarzenia codziennej polskiej rzeczywistości…
Niemal codziennie oglądam zdjęcia i wspominam przeżyte chwile, tęsknię za ludźmi, których dane mi było poznać w Japonii. Tyle tego jest, że zastanawiam się od czego zacząć opowieść o tym cudownym miesiącu w kraju Kwitnącej Wiśni? Na pewno to wszystko nie miałoby miejsca, gdyby nie pomoc Roberta Tomczyka, który dzięki swoim kontaktom, wiedzy i zaangażowaniu umożliwił mi gościnę na plantacjach herbaty. Będę pewnie jeszcze wielokrotnie dziękowała Robertowi za tę podróż do Japonii, która była spełnieniem mojego wielkiego marzenia, w którego urzeczywistnienie tak naprawdę chyba do końca nie wierzyłam – wydawało mi się to poza moim zasięgiem, możliwościami i umiejętnością przyjęcia… Więc moja wdzięczność wobec Roberta jest ogromna i dozgonna… W Japonii spotkałam tylko dobrych ludzi, którzy wielu rzeczy mnie nauczyli. Będę jeszcze o nich pisać…

Wracając do herbaty: bałam się, że przywieziona herbata okaże się diametralnie inna w smaku niż ta, którą piłam na miejscu; ale – ku mojemu zdumieniu – poznańska woda całkiem dobrze zdała egzamin w połączeniu z japońską herbatą dając ciekawe doznania smakowe. Oczywiście, tutaj to nie to samo co tam… ale przecież nie tylko woda bierze udział w parzeniu herbaty…

Pierwszą herbatą jaka zaparzyłam dla najbliższych od razu po powrocie była oczywiście herbata zielona robiona według tradycyjnej ręcznej obróbki zwanej temomi. W Sirakawie – cudownym miejscu, do którego trafiłam jako pierwszego punktu na trasie mojej herbacianej japońskiej podróży, miałam zaszczyt uczestniczyć w dwudniowym warsztacie robienia herbaty. Teraz rozpiera mnie duma, że własnymi rękami zrobiłam herbatę, chociaż trzeba pamiętać, że nie robiłam jej sama – w znacznym stopniu wspierał mnie Mistrz Kazumasa – a i swoją energię w powstanie tej herbaty włożyli m.in. Hide i Chihiro. Temomi to naprawdę ciężka praca, a po efekcie końcowym można poznać czy wykonał ją doświadczony mistrz czy początkujący uczeń… „Moja” herbata nosi znamiona doświadczonej ręki Mistrza Kazumasy, ale czuć w niej, niestety, także moje nieporadne starania, by dorównać biegłości nauczyciela…

Przyszedł również czas na zaparzenie innej – tym razem już można powiedzieć, że w stu procentach zrobionej przeze mnie – herbaty… Podczas pobytu w Ośrodku Badawczym Sayama uczestniczyłam w herbacianym święcie organizowanym przez tenże Ośrodek; w trakcie wspomnianego wydarzenia uczestnicy mieli możliwość zbierania herbaty, z czego udało się skorzystać i tak oto weszłam w  posiadanie świeżych listków herbacianych: pączka liściowego i dwóch pierwszych liści. Po powrocie z eventu liście, za radą Roberta, trafiły do hotelowej zamrażarki. Wyjęłam je przed wyjazdem z Japonii i długo zastanawiałam się czy brać ze sobą liście czy nie brać. W końcu wzięłam dosłownie garstkę i pełna obaw czy nie zatrzymają mnie na lotnisku za szmuglowanie, spakowałam do walizki. Po ponad dobowej podróży okazało się, że oczywiście liście nie tylko się rozmroziły ale i trochę sfermentowały. Rozłożyłam je na papierowym ręczniku, drugim ręcznikiem przykryłam i położyłam na parapet, by pod wpływem promieni słonecznych listki się wysuszyły. Doba na okiennym parapecie na wschodnią stronę dała mi porcję herbaty na jedną degustację.

   

Cóż…zaparzona temperaturą wody ok 80-85 stopni przez niecałą minutę dała napar, w którym słodycz przeplatała się z bardzo subtelną goryczką; łagodność i świeżość charakterystyczna dla białych herbat fleszowych przełamana została wyraźniejszą nutą charakterystyczną dla herbat ciemnych. Na pewno nie było to coś niesamowitego – jedynie ciekawe doświadczenie herbaciane, które zaparzyłam 3 razy…

W pewien niezbyt ruchliwy poranek w pracy zapragnęło mi się nowych herbacianych eksperymentów, więc postanowiłam zrobić sun brew z tegorocznej shinchy z Shirakawy. Wsypałam do czajniczka garść liści, zalałam wodą w temperaturze pokojowej i wystawiłam na słabe tego dnia słońce. Oczywiście w ferworze porannych obowiązków zapomniałam o tej herbacie, ale gdy przelałam ją do czarek i dałam do spróbowania koleżankom, gdy każda z nas wypiła pierwszy łyk – okazało się że to „zapomnienie” wyszło tej herbacie na dobre… Słodycz świeżych traw, aksamit mlecznych tonów, fajerwerk przyjemnej, rześkiej goryczki a na końcu oszałamiający smak umami… Absolutne zaskoczenie! Każdy łyk pozostawia w ustach smak czystej radości i błogostanu…

      

Niedawno Anatol zapytał mnie co czułam dotykając liści herbacianych na plantacjach. Bez zastanowienia odparłam, że ekstazę! 😀 Wiem, wiem, nie każdy potrafi zrozumieć takiego fioła na punkcie herbaty… ale to moje uniesienie było sumą każdej teraźniejszej chwili, która mieściła w sobie i fakty i emocje, nowe doświadczenia i nowe spotkania…
No dobrze, ale zacznijmy od początku…

cdn…

Reklamy

Pure Black czyli słoń nie w składzie porcelany ;)

Oj, wiem że to truizm, ale naprawdę nie mogę się nadziwić, jak bardzo różnorodna potrafi być ta sama herbata, jak wiele nut smakowych potrafi ujawnić podczas różnych sposobów parzenia i jak ciekawie uzależnia swoje smaki od miejsca parzenia i atmosfery otoczenia 😉

Agata w ubiegłym roku przywiozła z Nepalu nową herbatę nazwaną Pure Black i tak ją opisała: „PURE BLACK – to nietypowa czarna herbata jeśli chodzi o nepalskie napary. Przechodzi krótką fermentację nieenzymatyczną (w dużej wilgotności i cieple), co minimalnie zbliża ją do herbat czerwonych (Pu Erh). Jest najczarniejsza z czarnych! Zapachem przenosi do ciepłej drewnianej chaty lub do ogrodu po jesiennych porządkach. Smak natomiast jest delikatny i zupełnie pozbawiony goryczy. Idealna na jesienne i zimowe wieczory – ogrzewa mleczną słodyczą. Myślę, że bardzo dobrze może komponować się z mocniejszym trunkiem np. rumem. Wg twórcy – idealnie też podprawia smak whisky (…)”.
Na mnie chyba najbardziej sugestywnie podziałało wyrażenie: najczarniejsza z czarnych oraz obietnica smaków ziemistych, drzewnych i lekko butwiejących tonów, i słodyczy. Pomyślałam sobie, że takie zestawienie musi być doprawdy intrygujące i koniecznie muszę tych smaków doświadczyć.

Pierwszy raz herbatę Pure Black spróbowałam w towarzystwie Ani i Wiktorii, z czego bardzo się cieszyłam, bo próbowanie nowej herbaty z innymi pozwala lepiej taką nowinkę poznać – degustacja jest sumą wszystkich doznań i skojarzeń, zachwytów i rozczarowań…
Gdy wąchałyśmy liście herbaciane w torebce stwierdziłyśmy zgodnie, że dość wyraźnie dają się tam wyczuć ziemiste, skórzane i lekko słodowe- cukrowe tony.
Postanowiłam zaparzyć Pure Black w porcelanowym czajniczku, by naparu starczyło dla wszystkich; do ogrzanego naczynia suszu sypnęłam sporo, gdyż ostatnio (co niektórzy, pijący ze mną herbatę, przeklinają) skłaniam się ku mocnym, wyrazistym naparom i chwilę trwały pertraktacje, jak długo ma trwać parzenie, bo Agata sugeruje, by parzenie zrobić 3-7 minut w temperaturze 95-85 stopni Celsjusza. Dziewczyny były trochę nieufne do dłuższego czasu parzenia, więc pierwsze parzenie zrobiłam 3 minutowe…Tymczasem zanurzam nos w rozgrzany czajniczek z liśćmi Pure Back w środku i dając je do powąchania Ani i Wiktorii zaczynam się śmiać widząc dziwne grymasy na twarzach dziewczyn, gdy zanurzają nosy w naczyniu. I zanim któraś zidentyfikuje zapachy, wykrzykuję:
– Toż to słoń!
– Dokładnie! – mówi Wiktoria – słoń z zoo.
Wygląda na to, że jesteśmy zgodne: mamy w imbryczku pawilon słonia, czyste siano i samego słonia, którego skóra w czystym wiosennym słońcu pachnie intensywnie 😉

Zalewam liście wrzątkiem, jak ustaliłyśmy – czekamy 3 minuty i oto zapach naparu otula nas wysychającą w słońcu wilgotną ziemią.
Zapach liści w czajniczku to na pierwszym planie ziemistość, dalej można wyczuć drzewne nuty (to takie kilka dni wcześniej ścięte i pocięte w małe kawałki drewno) ale dominuje skóra słonia z wyrazistą słoną nutą. Kolor naparu rzeczywiście jest bardzo ciemny.
Pijemy napar i zgodnie stwierdzamy, że w smaku dominuje skóra i drewno, na dalszym planie ziemiste tony; można też wyczuć słodowe akcenty (jakby słoń wytarzał się w cukrze trzcinowym ) choć byłabym skłonna powiedzieć, że owa słodycz powstaje z połączenia tych wszystkich elementów (skóra, ziemia, drewno) niż jest odrębnym elementem smakowym naparu. Nie ma w naparze goryczy, choć jest lekko wyczuwalna cierpkość, która nadaje herbacie charakteru, podkreśla inne posmaki…

Robię drugie parzenie, tym razem pięciominutowe. Ania śmieje się, że tego już chyba nie wypije, ale Wiktoria – podobnie jak ja – już nie może doczekać się tego naparu. Oj, tu też słoń jest mocno wyczuwalny! W zapachu liści w czajniczku, poza pawilonem słonia, można również wyczuć nabierające intensywności mineralne akcenty. W tym naparze z pięciominutowego parzenia na pierwszy plan (poza słoniem, oczywiście…) głównie wybijają się smaki ziemiste i drzewne. Tu można się doszukać wyraźnej analogii z popularnymi pu erh`ami, choć jak wiadomo nie tylko ziemię i nie tylko drzewo można w pu erh`ach odnaleźć… Pijemy Pure Black z zadowoleniem. Ania wzięła kilka łyków i oznajmiła, że choć smak ciekawy, napar jest dla niej za mocny; a my z Wiktorią przy każdym łyku: ach, jaka fajna…och, jaka dobra… no cóż za słoń… ciekawa, naprawdę ciekawa…

Pure Black bierzemy ponownie na tapet podczas świętowania Międzynarodowego Dnia Herbaty (15 grudnia 2017 r.). Wówczas Agata sama ją zaparza według parametrów „na oko”. I, jak to bywa z nietuzinkowymi herbatami: jedni są nią zachwyceni, jedni nie wiedzą co mają o tym myśleć a inni prychają, że niedobra…Mnie niezmiennie zachwyca, tym bardziej, gdy na koniec spotkania mieszamy Pure Black z rumem…Rzeczywiście bardzo, bardzo dobra kompozycja… 😉

Mnie smaki Pure Black tak zafascynowały, że zabieram tę herbatę za sobą na Herbatę Noworoczną (6 stycznia 2018 r.). Jestem ciekawa, jak zostanie ona odebrana w innym otoczeniu… Tymczasem okazało się, że degustacja Pure Black po kwiecistych alishanach i innych upajających, trawiastych japonkach staje się trudnym do zrozumienia akcentem…

      

Ponieważ jednak spotkanie przy Herbacie Noworocznej miało także filozoficzny charakter, podczas degustacji Pure Black pojawiła się myśl, że w naszym życiu nie zawsze doświadczamy słodyczy a nasze doświadczenia mają także mniej lub bardziej nieprzyjemne posmaki; jednak to właśnie dzięki tym trudnym doświadczeniom można docenić piękno w naszym życiu. Niestety, zwykle uciekamy od niewygodnych czy nieprzyjemnych doznań, doświadczeń; uciekamy impulsywnie nie dając sobie możliwości na pełne i głębokie doświadczenie tego, przed czym staramy się uciec choć może się ostatecznie okazać, że to, czego nie chcemy doświadczyć może nas niezwykle ubogacić…

I gdy już myślałam, że Pure Black niczym mnie nie zaskoczy, Ewa zainspirowała mnie, by tę herbatę wypróbować na wolnym powietrzu. Czekałam na śnieg, czekałam na mróz, ale ponieważ się nie pojawił przestałam czekać i wykorzystałam wolny dzień, który okazał się pełnym słońca i ciszy raczej wiosennym niż zimowym dniem. Zagotowaną wodę wlałam do termosa, wzięłam pożyczony podróżny zestaw do gonfu cha, torebkę z herbatą i poszłam do lasu.

W lesie cicho… tylko jakiś oszołomiony wiosenną pogodą ptak monotematycznie zawodzi swoje trele…

Wodą z termosa ogrzewam czarkę i gaiwna, do którego po chwili wsypuję liście Pure Black. Wącham te ocieplone herbaciane listki i zdumiewa mnie ich zapach: drewno i mortadela, którą jadłam jako małe dziecko. Ten ostatni motyw zapachowy jest naprawdę zaskoczeniem, choć nie jest żadną miarą przykry czy nieprzyjemny… budzi miłe skojarzenia i nie potrafię zastąpić go inną identyfikacją… czyżby to słoń uległ takiej przemianie? Nic z tego! Słoń pojawia się po pierwszym, około trzydziestosekundowym, parzeniu.

      

Ale jest kolejne zaskoczenie, bo oto dają się wyraźnie wyczuć nowe, dotąd nie doświadczane kwiatowe tony…Ta kwiatowa słodycz jest bardzo znajoma – delektowałam się nią w innych czarnych herbatach Agaty: Gold Buds, Hand Rolled Floral czy Wild Sunset. To szalenie przyjemny aromat kwiatów połączony z trzcinowym cukrem, którego wcześniej nie wyczuwałam w Pure Black… czy można go wyczuć tylko podczas parzenia na wolnym powietrzu? Nie wiem… Ten kwiatowo-słodki posmak przeplata się z dobrze już wcześniej poznanym w tej herbacie ziemistym akcentem. Bardzo ciekawa, urzekająca kompozycja… Pamiętam jak kiedyś Robert poczęstował mnie małą ilością pu erha o posmaku słodkich warzyw strączkowych. Czysta, lekko wilgotna ziemia zalatująca piwnicznym aromatem i słodka czerwona fasola. Chyba do końca życia nie zapomnę smaku tej herbaty…

Robię kolejne parzenia Pure Black… Przedłużam czas zaparzania się listków w gaiwanie bo widzę jak stygnie mi woda w termosie – pomimo, że zamknięty, przepuszcza obłoczki pary. Trzeba koniecznie zainwestować w dobry termos – myślę popijając małymi łyczkami napar w kolorze miodu spadziowego; tu słodycz wyraźnie odpycha ziemiste akcenty na dalszy plan.

   

Ze względu na szybko stygnący termos i niską temperaturę otoczenia trzecie i czwarte parzenie robię kolejno przez 1,5 i 3 minuty… W tych okolicznościach przyrody ta herbata zaskoczyła mnie słodyczą, której nie pokazała podczas parzenia w przestrzeni zamkniętej; najwięcej tej nuty wyczuwałam w dwóch pierwszych parzeniach. Kolejne parzenia były już tylko echem poprzednich, coraz mniej słyszalnymi i pozwoliły bardziej niż samą herbatę kontemplować otaczającą mnie oszołomioną ciepłem w środku zimy przyrodę, która zachwyca tu i ówdzie żywymi kolorami…

         

Co by tu nie pisać o wyczuwalnym w aromacie herbaty Pure Black słoniu i o tym gdzie on – słoń, oczywiście – leży i co robi, niezmiennie będę uważała tę herbatę za niezwykle interesującą; to herbata, która w zależności od okoliczności i sposobów jej zaparzania potrafi wciąż na nowo i na nowo zaskakiwać i zaintrygować dominującymi posmakami, które pokazują, jak bardzo ta herbata potrafi się zmieniać, jak bardzo jest niejednoznaczna…
Agata wielokrotnie mówiła, że twórca tej herbaty – pan Andrew, dając Pure Black`a Agacie powiedział: „Pij herbatę i bądź szczęśliwa”. Więc i ja piję, i jestem… 😉

 

Autorką zdjęć dokumentujących Pure Black podczas Herbaty Noworocznej jest Agnieszka.

Czas mierzony czarkami herbaty…

Podobno szczęśliwi ludzie czasu nie mierzą… Dobrze jest myśleć, że płynne przejście ze starego do nowego roku dokonało się niezarejestrowane w świadomości z jakąś większą skrupulatnością, a nawet potraktowane raczej niefrasobliwie i z pewnym zdziwieniem, że „to już?” jest wynikiem utrzymującej się w równowadze szczęśliwości właśnie… Bardziej niż kalendarzem i zegarkiem odmierzam czas spotkaniami przy herbacie… a ten w przeciągu miesiąca z hakiem był dość intensywny pod tym względem i dobrze jest o tym wspomnieć nim kolejne miesiące miną niepostrzeżenie i nieubłagalnie 😉

Trudno mi jest sobie wyobrazić, by Międzynarodowy Dzień Herbaty spędzić inaczej niż na spotkaniu przy herbacie właśnie, w towarzystwie innych miłośników cameliowych naparów i na rozmowach o miejscach, z których degustowane herbaty pochodzą. Dzień Herbaty, który przypada 15 grudnia w minionym roku był dla mnie szczególnie ważny, bo świętowany w nowym miejscu i z nowymi herbaciarzami. Dzięki uprzejmości Ewy z Domu Herbaty „Aromat” w Poznaniu udało mi się zorganizować spotkanie na które przygotowałam opowieść o historii ogrodów Darjeeling oraz parzyłam te herbaty z tego regionu starając się uczestnikom spotkania pokazać jak piękne i wytworne są Darjeelingi. W celebrowaniu Dnia Herbaty wspierała mnie Agata, która przywiozła nowe herbaty z nepalskich plantacji pana Andrew. Podczas prób wyłapywania trudnych do uchwycenia lub nazwania nut smakowych czy zapachowych Agata po raz kolejny opowiadała o Andrew Gardnerze, który swoją herbacianą pasję przekształcił w pracę zarobkową nie tracąc nic ze szlachectwa, które każdego dnia przejawia się w dbałości o warunki socjalne i edukację swoich pracowników. Pan Andrew dwa lata temu z plantacji Guranse przeniósł się na plantację herbacianą w sąsiedztwie pasma Ganesh Himal oraz Parku Narodowego Shivapuri. Wielu pracowników z plantacji Guranse postanowiło zmienić miejsce swojego życia wraz ze swoim pracodawcą całymi rodzinami przenosząc się na herbaciane pola niedaleko Katmandu. Nie mam wątpliwości, że za człowiekiem, otwartym i uczciwym, pełnym pasji i kochającym ludzi warto pójść choćby na skraj świata…

Opowieść o panu Andrew oraz historia plantacji Darjeeling a szczególnie ostatnie tam konflikty, poruszyła temat warunków bytowych jakie mają pracownicy plantacji herbacianych. Chciałyśmy z Agatą opowiedzieć, jak dla herbacianego konsumenta ważna jest świadomość drogi, którą przechodzi pijana przez niego herbata i jacy ludzie tę herbatę dla niego robią. I myślę, że w przyjaznej, luźnej atmosferze, delektując się herbatami nepalskimi i Darjelingami, trochę się nam to udało 😉

   

W pierwszą sobotę stycznia 2018 roku udało się zorganizować Herbatę Noworoczną. Odkąd pamiętam (czyli od 3 lat ;)) z tym wydarzeniem zawsze wiążą się jakieś przeciwności losu, które wpędzają mnie w zniechęcenie i gdy już sobie w myślach odpuszczam Herbatę Noworoczną i godzę się z tym, że w danym roku jej nie będzie, nagle pojawia się osoba, która oferuje wsparcie i motywuje, by spotkanie jednak się odbyło 😉 Więc czasami myśląc o tych dziwnych zbiegach okoliczności śmieję się, że to chyba duch Lu Yu nie chce mojego zaniechania organizowania Herbaty Noworocznej 😉 W tym roku było podobnie. Pojawiły się problemy z dostępnością miejsca na spotkanie, trudności ze zgraniem terminów i oto nagle pomocną dłoń wyciągnęła Anna, której będę dozgonnie wdzięczna za wsparcie i okazaną życzliwość. I tak oto, 6 stycznia, odbyła się kolejna Herbata Noworoczna, której niezmiennym celem jest poznawanie nowych herbat oraz wspólne parzenie dla innych z szczególnymi życzeniami czy w szczególnej intencji na Nowy Rok… Tym razem herbaciane aromaty unosiły się w Pracowni Stanisława Tworzydło, do której zaprosiła nas Ania; a my – popijając cudownej urody tajwańskie wulongi, japońskie specjały i nepalskie ciekawostki oraz bawiąc się w dopasowywanie czarek do podstawek przyniesionych przez Justynę, rozmawialiśmy o losie i samodoskonaleniu w kontekście I Cing czyli chińskiej Księgi Przemian… Dla jednych jest to księga wróżebna, dla innych niewyczerpana skarbnica refleksji o drodze człowieka szlachetnego. Myślę jednak, że krocząc Drogą Herbaty trudno tę księgę ominąć…

                        

Krótko po tym wydarzeniu wspólnie z Agatą postanowiłyśmy rozpocząć eksplorację poznańskich parków w celu doświadczania herbaty w mniej lub bardziej ekstremalnych warunkach plenerowych 😉 Moim, wciąż niezrealizowanym marzeniem, jest wypicie herbaty w przestrzeni cicho zasnutej śniegiem… Czekałyśmy na śnieg i czekałyśmy, ale ileż można czekać? Ostatnio jest jak jest…. W końcu zapadła decyzja, że niezależnie od pogody widzimy się na herbacie w niedzielę 14 stycznia w Parku Sołackim. Jakże tego dnia nie chciało mi się wstawać! Widząc za oknem szaro-bure chmury a na termometrze temperaturę bardzo bliską zeru zaczęłam usilnie szukać sposobu, by nie wyściubiać nosa na zewnątrz… a to jakoś głowa mnie rozbolała, a to trzeba zrobić porządek w pokoju, a to na ciepłej kurtce jest jakaś plama i jak ja się w takim stanie ludziom pokażę… Ale potem pomyślałam sobie, że nie mogę być takim mięczakiem i że Agata na pewno nie odpuści Herbacianej Terenówki, więc ubrałam się na cebulkę i czując się jak Pi i Sigma z Matplanety pojechałam na spotkanie. Ależ to było przyjemne spotkanie! 🙂 Jakże obłędnie smakuje herbata, której parujący dymek nad czarką jest w połowie jeszcze ciepły a w połowie już zimny… Jakże niesamowicie mieszają się ze sobą aromaty otaczających drzew, kamieni, wody, ziemi, zapachów zastygłych w powietrzu z aromatami herbacianymi…Podprażana hojicha, ubiegłoroczny Pan Ramiz oraz ubiegłoroczna nepalska Gold Buds pokazały jakie potrafią być smaczne w niskich temperaturach otoczenia 😉 I choć miałyśmy spory zapas wody, bo Agnieszka przyniosła jeden termos a Magda aż trzy 🙂 nie wykorzystałyśmy wszystkiego zbyt dotkliwie czując kostniejące palce rąk i nóg. Ponieważ zbyt często nie zdejmowałyśmy rękawiczek, tylko Agacie udało się pstryknąć telefonem dwie fotki 🙂

   

I jeszcze smaki i zapachy degustowanych w Parku Sołackim herbat pozostawały żywe w pamięci, gdy pojawiła się możliwość na kolejne spotkanie herbaciane. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności Ania była w okolicach Poznania, więc nie mogłam przepuścić niepowtarzalnej okazji na zorganizowanie spotkania z nią. I znów do Domu Herbaty Aromat zeszli się miłośnicy herbaty, by tym razem posłuchać wykładu Ani o wulongach oraz naczyniach do ich parzenia.

         

Z herbatami turkusowymi jest nie lada problem: jaki to kolor herbaty? Jak je poprawnie nazywać? Czy to herbaty szmaragdowe, turkusowe, niebieskie a może jednak czerwone? I czy te herbaty można nazywać oolongami, wulongami czy ulungami? No i jeszcze kwestia czy rozmawiasz z Chińczykiem czy Tajwańczykiem, bo o ile ci pierwsi nie przywiązują zbytniej wagi do precyzji klasyfikacji herbat, to dla drugich już np. Tie Guan Yin nie jest wulongiem czyli herbatą wytwarzaną z liści krzewów któregoś ze szczepów wulong, ale jest herbatą qing czyli turkusową a więc częściowo oksydowaną w procesie charakterystycznym dla wulongów. Warto zgłębić wiedzę w tym zakresie, by uniknąć, dość często występującej, arogancji w nazywaniu herbat qing czy wulongów np. herbatami czerwonymi, ponieważ za taką nomenklaturą idzie wolny wymysł zachodnich „miłośników” herbat, którzy najwyraźniej za nic mają źródła, z których pochodzą dane herbaty czym dają wyraz po prostu braku znajomości tematu. Naprawdę jest jeszcze wiele do nauczenia się i nauczenia innych o herbacie…

Jakiś czas temu przeczytałam na blogu Czajowni tekst, który przebrzmiewa we mnie do dziś; może dlatego, że to o czym pisze autor jest mi bliskie… Spotkania przy herbacie w towarzystwie innych ludzi, jak się okazuje – niezależnie od miejsca- to niepowtarzalne za każdym razem rytuały… Spotkania, gdzie nikt z nikim nie musi o nic walczyć bo wspólną radością jest niespieszne delektowanie się herbatą i rozmowa – dzielenie się wiedzą i doświadczeniem, słuchanie z szacunkiem opowieści innych, nawet śmiech, który rozluźnia i uszczęśliwia; pochylanie się nad czarkami z tym samym naparem w środku w poszukiwaniu nieznanych lub właśnie swojskich smaków i zapachów, i przyglądanie się drugiemu człowiekowi jak samemu sobie – w lustrze…

 

 

Nieoznaczone zdjęcia z Herbaty Noworocznej są autorstwa Agnieszki 🙂

W jesiennych kolorach – Huang Ya…

Mój znajomy robiąc ostatnio porządki w piwnicy odnalazł swoje stare książki o sztuce herbaty oraz schowane czajniczki; pozazdrościłam mu trochę tych odkrytych skarbów, bo jest czymś fascynującym odnajdywać dawno nie używane, niemal zapomniane lub niedostrzegane na co dzień przedmioty, poznać ich – niejednokrotnie niesamowitą historię, nauczyć się czegoś nowego, odbyć podróż w czasie do miejsc, których dawno już nie ma lub w teraźniejszości wyglądają zgoła odmiennie niż wówczas, kiedy powstawały w nich przedmioty dziś odkrywane z zachwytem…

Dawno, dawno temu, za górami za lasami bo w dalekiej republice Związku Radzieckiego czyli w Kirgizji, mieszkały dwie siostry, które lubiły ładne rzeczy a dodatkowo miały smykałkę do korzystnych zakupów. Pewnego razu, wczesną jesienią, siostry wybrały się z zamiarem kupienia butów na nadchodząca zimę do jednej z kirgiskich wsi, gdzie znajdował się sklep o dumnej nazwie Manas – pełen szykownych i eleganckich (jak na tamte czasy) przedmiotów…Tak na marginesie, nazwa sklepu jest bardzo ciekawa – bowiem Manas to kirgiska postać mityczna, choć niektórzy badacze twierdzą, że jednak jak najbardziej historyczna, ale też tytuł epopei kirgiskiej – wpisanej na listę światowego dziedzictwa Unesco oraz do Księgi Rekordów Guinnessa jako najdłuższa epopeja na świecie. Nieliczni badacze, którzy podjęli się próby interpretacji eposu mówią, że jest to dzieło niezwykle bogate w znaczenia; nie tylko opisuje bitwy stoczone przez Kirgizów z wrogiem zewnętrznym, ale opisuje też bogatą i barwną kulturę tego narodu, z której można dowiedzieć się m.in. o religii, filozofii, medycynie czy etyce i estetyce kirgiskiej…

Siostry kupiły buty na zimę, ale gdy już chciały wracać, wtem młodsza siostra dostrzegła piękny, w żywej czerwieni, energetyczny zestaw herbaciany. Koniecznie zapragnęły go kupić. Wróciły do domu po pieniądze, by znów zawitać w sklepie i kupić upatrzony serwis do herbaty. Oczywiście, jak to w przypadku kobiet kochających zakupy na zestawie herbacianym się nie skończyło i siostry wyszły ze sklepu obładowane całą masą paczek i paczuszek z zakupami…

Nie przestaje mnie fascynować jak pokrętne i dziwaczne bywają drogi jakimi przedmioty trafiają do swoich stałych lub tymczasowych właścicieli…Jak serwis do herbaty kupiony w kirgiskim sklepie o dumnie brzmiącej nazwie „Manas” trafił do mnie?… A, to już zupełnie inna historia 😉
Niemniej trzymam w ręce filiżankę, która jest częścią serwisu herbacianego, w skład którego wchodzą dwa czajniczki do herbaty – jeden duży, drugi mały; cukiernica z mleczarką, komplet sześciu filiżanek z podwójnymi podstawkami oraz maselniczka… A wszystko to wyprodukowano w kraju, który już nie istnieje dla kraju, który także już nie istnieje: na spodzie filiżanki widać wyraźnie napis DDR (Deutsche Demokratische Republik) czyli NRD (Niemiecka Republika Demokratyczna)… No i akcent angielski: made in… 😉

Tajemnicą też pozostanie jaką drogę przebyła gliniana figurka czytającego Kirgiza i w jakich okolicznościach stracił on swój nos 😉

   

Kolorystyka serwisu herbacianego skojarzyła mi się z czerwieniejącą intensywnie na drzewach jarzębiną. Postanawiam więc dziś w tych wyrazistych kolorach zaparzyć herbatę, którą dostałam w prezencie od Mamy czyli herbatę żółtą. Cóż mogę o niej powiedzieć? Niewielkie, jak do tej pory, jest moje doświadczenie z tą grupą herbat, a to ze względu na to, że bardzo trudno w Polsce dostać dobrej jakości żółtą herbatę. Miałam do czynienia z dziwnie smakującą Jun Shan Yin Zheng oraz z urzekającą Yellow Mogan Shan. Próbowałam też kilka herbat określanych jako żółte ale bez dostępnego mi rodowodu.

Moja żółta Huang Ya pochodząca z Syczuanu, którą najpierw poznaję przez zanurzenie nosa w opakowanie, pachnie trochę cukrem a trochę namoczonymi deszczem opadłymi jesiennymi liśćmi; bardzo intensywnie czuję też zapach deserowej czekolady. Przyjemny zapach…

Postanawiam trochę z tą herbatą poeksperymentować, więc najpierw zaparzę ją trzy razy wrzącą wodą na 3 minuty.

Ciekawe jakie doznania będą mi dostępne po zaparzeniu?

Napar żółty, a w jego zapachu dominują intensywnie nuty cukru trzcinowego oraz roślinnych akcentów. Pierwszy łyk. Moje skojarzenia smaku to połączenie ciemnej ale łagodnej herbaty cejlońskiej z równie łagodna zieloną herbatą chińska 😉 Jestem lekko zaskoczona, bo słodycz usuwa się na dalszy plan ustępując miejsca wyraźnie roślinno- mineralnej nucie; jest też lekka cierpkość – naprawdę słabo wyczuwalna, która chropowaci się na języku i podniebieniu. Nie ma – ku mojemu zaskoczeniu – goryczki.

Liście są piękne zielono-żółte i pachną suszonymi morelami. Lubię wybierać liście z naczyń, w których parzę… teraz podziwiam pełne, mięsiste liście i pączki liściowe.

W drugim parzeniu zapach naparu bez zmian, tylko w smaku herbata robi się bardziej cierpka i drzewno-roślinna. Ale o ile pierwszy napar mógł zaciekawić, to drugi już niekoniecznie…

Trzecia próba daje w efekcie blady kolor naparu i również blade doznanie smakowe…

Wącham liście w czajniczku i dziwię się czując… rosół wołowy z dużą ilością liścia laurowego a przy tym jakieś świeże akcenty, których nie potrafię zidentyfikować. Czy ta herbata jest tak zaskakująca czy mój nos płata mi figle? 😉

Kolejnym eksperymentem będzie parzenie w niższej temperaturze wody: 70 stopni (tak, tak, podkradłam Mamie termometr 😉 ). Czas parzenia 3 minuty i, tak jak przy parzeniu wrzątkiem, zrobię trzy zalania…

Cóż… napary wypadły dużo bledsze i bardziej brązowe niż żółte; zapach pozostał przyjemny roślinno – cukrowy. Smak jednak nie dawał pola do delektowania się niuansami…

Można rozmarzyć się nad filiżanką herbaty, która otulając różnymi aromatami odsyła nasze skojarzenia do odległych zdarzeń, przypomina zdumiewające smaki i zapachy prowadzące do wspomnień… Można skupić się na doznaniach smakowych katalogując wrażenia w szufladce z charakterystyką danej grupy herbat. Huang Ya dała mi jedno i drugie…cenię sobie ten kolejny krok ku poznaniu żółtych herbat; bo co ja wiem o żółtej herbacie? Tyle co nic… 😉

 

 

Zaglądałam:

https://ru.wikipedia.org/wiki/%D0%9C%D0%B0%D0%BD%D0%B0%D1%81

http://kirgiski.pl/2014/04/manas-i-jego-potomkowie-czyli-najobszerniejszy-epos-swiata/

http://revolution.allbest.ru/religion/00415082_0.html

https://ok.ru/vetommirey/topic/65340676554923

http://pixanews.com/photo-from-the-world/kirgiziya-zametki-na-polyax.html

 

Poznański Festiwal Herbaty Zaparzaj! czyli… skupienie na herbacie…

Następnego dnia po zakończeniu trzeciej edycji Poznańskiego Festiwalu Zaparzaj! obudziłam się pełna nowych pomysłów na kolejną odsłonę herbacianego święta… A jednak bardziej niż nowe idee zaparzajowe odczuwałam smutek, że tegoroczny Zaparzaj! już się zakończył, a przede wszystkim, że porozjeżdżali się moi herbaciani przyjaciele…

Czasami trudno jest pielęgnować radość, chociaż nawet jeśli to nie pozostanie, jest piękne, że było*…

Piękne było, że w ogóle udało się nam tegoroczny Zaparzaj! zorganizować, pomimo różnych przeciwności losu, z jakimi zmagał się każdy z organizatorów 😉 Zaangażowanie, z jakim garstka ludzi dobrej woli: Macio, Darek, Michał, Hania, Ania, Agata, Czarek, Ewa, Krzysiek, Maciej i Kwietna oraz nasi najwspanialsi na świecie wolontariusze, działała na Zaparzaj! jest jedną z najpiękniejszych i najradośniejszych rzeczy jakie miałam przyjemność i zaszczyt współ-przeżywać 😉 Jestem też pełna wdzięczności dla wszystkich zaparzajowych prelegentów, którzy z zaangażowaniem i pasją dzielili się swoją niebywałą wiedzą i przebogatym herbacianym doświadczeniem, oraz dla wystawców, dzięki którym zapasy herbaciano- ceramiczne powinny nam na jakiś czas wystarczyć 😉

Piękne było to, że do Poznania zjechali naprawdę wybitni herbaciarze i ceramicy herbaciani; że pogoda się nam w miarę udała, a kiedy się nie udawała krzyżując plany zaparzania na trawie, to okazało się, że można zaparzać herbatę w innej przestrzeni a napary smakują nowymi doznaniami…

Piękne było to, że widziałam całą masę uśmiechniętych, zadowolonych twarzy, słyszałam słowa: ten festiwal pokazał mi herbatę w innym świetle; nie wiedziałam, że herbata może być tak różnorodna i fascynująca…

Piękne było też to, że zostałam zmuszona do parzenia herbaty, co stało się dla mnie nowym i jakże niezwykłym doświadczeniem herbacianym…Tak powstał punkt zaparzajowego programu: „Skupienie na herbacie”, którego ideą było przygotowanie herbaty dla kameralnego grona osób i niespieszna degustacja unikatowej herbaty hei cha skoncentrowana na wsłuchaniu się w smak i zapach herbaty i świadomym docenieniu cha xi. Aranżacja przestrzeni herbacianej była przeze mnie i Roberta przygotowana na długo przed Festiwalem; użyliśmy kilku elementów, którymi chcieliśmy m.in. wyrazić wdzięczność dla Mistrza Rong Tre, który ręcznie wykonuje bambusowe miarki/ prezentery herbaciane czy podziękować za podkładkę herbacianą od pani Hiromi oraz japońskie podstawki pod czarki, które wspaniale współgrały z przeznaczonymi dla gości delikatnymi czarkami z chińskiej porcelany oraz czajniczkiem wykonananym przez Mistrza Xiao Shan z Jingdezhen.

Tajwański termos do herbaty był kolorystycznie pasującym elementem do kompozycji a na dodatek sam w sobie jest przedmiotem ciekawym i całkiem funkcjonalnym.

Każdy element miał swoją historię i znaczenie. W ostatniej chwili dodaliśmy element polski – lniany obrus oraz aranżację roślinną, którą spontanicznie skomponował Robert na fragmencie dachówki z mchem i delikatnymi kwiatkami. Element roślinny pojawił się także, gdy okazało się, że nie mamy do dyspozycji szpilki herbacianej czyli pałeczki do zgarniania liści do czajniczka; wtedy Robert znalazł gałązkę uroczo zakończona listkami i meleńkimi pączkami kwiatów…

Te 20 minut skupienia na herbacie były dla mnie wyjątkowym momentem absolutnego wyciszenia, skoncentrowania się na każdym ruchu, na każdym dźwięku płynącym z przygotowania herbaty; to był czas, kiedy zapomniałam o wszystkim co mnie otacza poza salką, w której parzyłam herbatę, Robertem, który opowiadał o ceremonii i gośćmi słuchającymi i smakującymi napar…I myślę, że mogę powiedzieć, iż ten czas skupienia, bez hałasu, bez zbędnych słów, bez muzyki był dla mnie najbardziej intensywnym doświadczeniem herbacianym. Była to swoista medytacja przy herbacie, która dała mi dużo spokoju i radości… Tym bardziej było to dla mnie zaskakujące, że zwykle przy herbacie dużo rozmawiam i się śmieję…

   

I teraz, gdy o tym myślę – już dwa tygodnie z hakiem po zakończeniu Festiwalu – dochodzę do wniosku, że dla mnie osobiście, ten moment skupienia się na herbacie był kwintesencją Zaparzaj! – zdystansowanie się do zgiełku otaczającego świata i pełna koncentracja na smakowaniu herbaty. I chyba rzeczywiście tegoroczna edycja Festiwalu Herbaty była mniej dynamiczna niż jej poprzednie wydania…Najwyraźniej Zaparzaj! jak herbata nieustannie pokazuje inne oblicza…

Dość wyraźnie brzmi we mnie radość z przeżytego święta i spotkania się ze znajomymi herbaciarzami z całej Polski; radość z nowych znajomości z ludźmi, którzy z zachwytem odkrywają świat herbaty…zadowolenie i poczucie szczęścia przeplatają się wciąż z doświadczeniem smutku i utraty po wyjeździe herbacianych przyjaciół… ale o tym trzeba zapomnieć, bo…Zapominanie jest wyrazem duchowej dyscypliny i ma coś wspólnego z podążaniem dalej. Daodejing (Tao-te-king) powiada, że Mędrzec nie zatrzymuje się przy swoim sukcesie, idzie natychmiast dalej. Oczywiście, to samo odnosi się także do niepowodzenia i do pragnienia bycia pamiętanym. Ty też pogódź się z tym, że czasem mylnie Cię oceniają, i idź dalej. Bywamy, z niewyjaśnionych powodów, wikłani w szczęśliwe okoliczności i tak samo w nieszczęśliwe. Zgodzić się trzeba na obydwa ich rodzaje. I zaniechać pytania: Dlaczego? Albowiem każda odpowiedź jest ucieczką przed tym, co jest i co działa.

 

Z całego serca dziękuję Ani i Marcinowi Bohdziewiczom za zdjęcia dokumentujące momenty skupienia na herbacie ❤

*wszystkie cytaty: B.Hellinger

 

 

 

Zaskakujące zealongi ;) cz. II

Wydawać by się mogło, że przygotowania do trzeciej edycji Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! z racji tego, że mają miejsce nie po raz pierwszy a więc można liczyć na jakąś powtarzalność i rutynowość, będą przebiegały sprawnie i spokojnie… O, naiwności! I jak tu nie zwariować – zastanawiam się, jednocześnie gryząc nerwowo paznokcie podczas przeglądania diametralnie różnych prognoz pogody na nadchodzący weekend… Chyba tylko herbata może mnie uratować, więc zagotowuję wodę w czajniku i…
Wracam do zealongów; tym razem napiję się nowozelandzkiego oolonga o wyższej oksydacji… Jaki jest to stopień utleniania pozostanie tajemnicą producenta, ja mogę tylko powiedzieć, że nie wydaje mi się, by różnica pomiędzy oolongiem opisywanym wcześniej a tym, za który zabieram się dzisiaj była duża – liście oolonga, którego dziś biorę na tapet są minimalnie tylko ciemniejsze…

Zalecenia producenta pozostają w mocy, więc musi być wrząca woda i minutowe parzenia.  I otrzymuję napar w kolorze złoto-brązowawym przetykanym zielenią…

Ale gdy zanurzam nos, by powąchać liście w gaiwanie – spotyka mnie niemałe zaskoczenie: oto nagle stykam się z zapachem wybitnie skórzanym; z prażoną a nawet wyczuwalnie podwędzaną nutą, która momentami wpada w… spaleniznę. A na dalekim planie majaczą roślinne akcenty, ale trudno mi zidentyfikować czy to kwiaty czy raczej warzywa…
Zapach naparu niesie ze sobą kolejne zaskoczenie: tu na pierwszy plan wybija się słodycz miodu, w dali słonawe akcenty przeplatają się z drzewnymi. A w smaku okazuje się, że ten miód chce być akacjowy i wspomagany jest niezmiennie skórzanymi tonami i drzewnymi akcentami…

Liście w gaiwanie warto wąchać wielokrotnie: gdy są gorące, trochę przestudzone a potem zimne; bardzo często są to zaskakujące doznania węchowe.
Ja dopijam pierwsze parzenie i wącham wystygłe liście w gaiwanie: tam poprzez spaloną sucha trawę gwałtownie i wyraźnie przebija słodka, soczysta i pełna słońca mandarynka. Taka niespodzianka!
Przestygły napar z kolei pokazuje łagodniejsze oblicze, bo oto w ostatnich łykach wyczuwam kwiaty.

Drugie parzenie wychodzi dość wyraziste, krzepkie. Skórzane nuty są na pierwszym planie i zdominowują napar. Taka męska herbata 😉

Te nowozelandzkie herbaty mają tę niezwykłą i zaskakująca cechę, że kolor napar nie blednie jakoś znacznie wraz z kolejnym parzeniem. Zaskakują też zapachy odsączonych z naparu liści. Przy trzecim parzeniu wciąż skórzane tony są przeplatane akcentami słodkich kwiatów i…lekko podsuszonego jabłka… 😉
Napar jest już łagodniejszy niż poprzedni ale wciąż ma zbalansowany charakter: skórzane i dymne, momentami nawet intensywnie podprażane nuty bardzo płynnie przeplatają się z akcentami kwiatów, owoców i słodyczy. Ten zrównoważony napar daje wrażenie ciepła i ukojenia… I nawet jeśli gdzieś w oddali pojawia się delikatna goryczka – nie jest ona przykra, ale nadaje herbacie ciekawego smaczku 🙂

Producent sugeruje, że i tę herbatę można zaparzać aż 8 razy. Moje czwarte i piąte a potem szóste i siódme parzenie są niezmiennie zrównoważone ale i charakterne napary. Skóra i spalenizna złagodzona słodyczą i kwiatami… lubię takie kontrastowe połączenia 🙂
Gdybym miała tę herbatę dopasować do określonej sytuacji czy okazji, polecałabym ją do spotkań biznesowych – zdecydowanych spotkań negocjacyjnych, gdzie nie dominuje agresja ale rzetelny, racjonalny dialog. Ta herbata wytrzyma takie negocjacje, nawet jeśli będą się przedłużać – jest ona wydajna i wytrwała więc na pewno dotrzyma kroku negocjującym stronom 😉

Ja jednk potrzebuję teraz wyciszenia i równowagi…
Pamiętam, że gdy po raz pierwszy piłam Zealonga Black, byłam zachwycona jego słodyczą i intensywnym kwiatowym aromatem… Tym bardziej cieszyłam się na ponowną degustację, bo ta herbata pozostawiła w mojej pamięci dobre skojarzenia i tęsknotę…

I faktycznie – ciemne, prawie czarne liście w torebce pachną kwiatami lilii, frezji i orchidei; wyczuwam też słodycz cukru trzcinowego oraz wyraźny akcent deserowej czekolady. Trudno je też nabrać na łyżeczkę – są dość spore, twarde i nie zwinięte w kuleczki więc trochę niesforne…

Pierwsze parzenie wrzącą wodą po dwóch minutach daje napar w kolorze miodu spadziowego…

   

 

Liście w gaiwanie mają zapach wilgotnego torfu i słonego karmelu a na dalekim planie majaczy aromat orchidei. Przyglądam się liściom i łamię sobie głowę – jakiż tu był procent oksydacji; na pewno nie jest to oksydacja pełna…

Z kolei napar nie pachnie żadnym z wcześniej zidentyfikowanych kwiatów bo jego dominującą nutą jest wyraźna słodycz słonego karmelu…

W smaku kolejne zaskoczenie, bo słodycz karmelu przeplata się z bardzo wyraźnym smakiem… czerwonej ugotowanej fasoli. Te strączkowe akcenty pieczętuje przebijająca się aksamitna goryczka…

Każdy łyk zatrzymuję na podniebieniu i czuję, jak goryczka i słodycz przeplatają się niczym czerń i biel w symbolu jin i yang…
Każdy łyk jest ciepłą medytacją smaku…

Trzecie i czwarte parzenie wykonuję według wcześniejszych parametrów, tylko to ostatnie robię czterominutowe. Kolory tych naparów nie zmieniają się. Podobnie smaki i zapachy, choć w trzecim parzeniu mój nos wyczuwa w naparze akcenty ugotowanej kaszy gryczanej 😉

Myślę, że aby miło pożegnać się z tą akurat herbatą, warto poprzestać na drugim parzeniu… wtedy nastrój spokoju pozostanie na dłużej… 😉

Mam nadzieję, że spokój będzie mi towarzyszył podczas najbliższego weekendu i trzeciej edycji Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! 😉 Mam nadzieję, że ze wspomnianym spokojem będę mogła napić się herbaty z cudownymi gośćmi – prelegentami, wystawcami i uczestnikami, którzy zapowiedzieli swój przyjazd na Festiwal 🙂 I oby było słońce… 😀 Do zobaczenia przy czarce herbaty! 😀

p.s. A kogo zaintrygował opis nowozelandzkich oolongów będzie miał okazję posłuchać na Zaparzaj! prelekcji o Zealongach a może nawet i spróbować tych herbat 😉

Zaskakujące zealongi ;) cz. I

Pewnie gdyby nie Piotrek, który z wyprawy do Nowej Zelandii przywiózł z jedynej tamtejszej plantacji wszystkie możliwe czyli uprawiane i produkowane tam herbaty, nigdy herbat z tego zakątka Ziemi bym nie spróbowała. A tak, najpierw miałam okazję spróbować zealongów z herbacianymi przyjaciółmi a potem, już w zaciszu domowym, raz jeszcze zaparzyć te herbaty sama…choć jak się okazało towarzystwo do herbaty zawsze się znajdzie 😉
O całej otoczce historycznej dotyczącej zealongów bardzo obszernie i szczegółowo pisała Agnieszka przy okazji degustowania Aromatic Oolong z Nowej Zelandii. Poza tym 9-10 września szykuje się trzecia edycja Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! gdzie Piotrek będzie miał o herbatach z Nowej Zelandii prelekcję, dlatego nie będę tych informacji dublować i od razu przejdę do degustacji, którą zrobiłam pewnego ranka w kuchni…
W moje ręce trafiły cztery rodzaje herbat z Nowej Zelandii. Postanowiłam smakować je według kolejności oksydacji liści i zaczęłam od herbaty zielonej. Tym razem porzuciłam intuicyjne parzenie i postępowałam (prawie) ściśle według instrukcji producenta:


Do gaiwana o pojemności 150 ml wsypałam dwie niekopiaste łyżeczki liści herbacianych. A gdy czekałam aż ostygnie woda, do kuchni weszła Mama i doszedłszy do wniosku, że zapewne nie mam wszystkich niezbędnych przyborów do parzenia i kazała mi użyć termometru do herbaty dając mi tym samym dobitnie do zrozumienia, że posiadanie córki herbaciary zobowiązuje, więc i ona podchodzi do tematu herbaty poważnie i że numer z użyciem wody w nieodpowiedniej temperaturze nie przejdzie 😉 Nawet się ucieszyłam na ten termometr, bo to oznaczało, że spełnię bardziej drobiazgowo wytyczne plantatora 🙂

Ogrzewam naczynia i do ciepłego gaiwana wsypuję liście nowozelandzkiej zielonej herbaty: pachną świeżo, lekko prażoną, kukurydzianą nawet nutą; ten zapach przywodzi mi na myśl tajwańską Słodką Zieloną Wiosnę, ale jakby jej młodszą siostrę – młodszą i poważniejszą 😉

Termometr w wodzie pokazuje już 85 stopni więc zalewam liście i nastawiam czas na 2 minuty. Tak, tym razem będzie zdyscyplinowane, rygorystyczne parzenie bez żadnego artystycznego widzimisię 😉
Po dwóch minutach przelewam napar do czarki. Tego niestety nie udało mi się uchwycić moim aparatem, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że kolor naparu jest żółto-złoty przeplatany zielenią.

Pachnie trawiastymi akcentami przeplatanymi strączkowymi nutami; i zapach kukurydzy – takiej dopiero co wyjętej z wrzącej wody i polanej masełkiem – majaczy gdzieś na dalszym planie… Ale uderza mnie jeszcze taki specyficzny zapach – zapach jeziora…przeplatany delikatnymi kwiatami.
Podaję czarkę Mamie i pytam, co wyczuwa w tej herbacie. Mama po pierwszym łyku mówi: – Delikatna i bardzo przyjemna…czuję w niej kwiaty i słodycz.
– Jakie kwiaty? – dopytuję.
– Trudno powiedzieć, aż tak bardzo nie znam się na kwiatach…Ale to herbata, którą bardzo chętnie piłabym każdego ranka…

Z kolei liście w gaiwanie mają zapach z dominującą morską, glonową nutą przeplecioną ze słodkimi akcentami.
Drugie parzeni według wcześniejszych paramentrów. Kolor naparu wydaje się bardziej nasycony, wyrazisty, zdecydowany. W zapachu tego naparu dominować zaczyna podprażana nuta, a na drugim planie morskie tony, dalej słodkie, dalej kwiatowe…
W smaku jednak zaskakuje dość wyraźnym świeżym motywem. Nie wiem skąd on się tam wziął – tak jakby cytrusy w świeżej, orzeźwiającej wodzie. Smak słodki a daleko majaczy podprażany…Ale też bardzo wyraźnie wyczuwam te wodne, jeziorne akcenty. Skojarzenie może nie jest zbyt romantyczne bo mi przywodzi na myśl trochę zarośnięte rzęsą wodną, nieruchome jezioro nagrzane letnim słońcem, ale na ten obraz asocjacji można też spojrzeć jako akcent niespiesznie upływającego czasu, dobiegających do końca wakacji i ostatnich dni słodkiego lenistwa – tym bardziej słodkiego, że zbliżającego się do kresu…

Ponieważ Mama kręci się koło mnie kontrolując czy aby dobrze używam jej termometru i czy odpowiednio zaparzam nowozelnandzką herbatę, daję napar z drugiego parzenia także Mamie zaciekawiona, jak jej będzie smakował. Mama, biorąc łyka, mówi, że herbata zrobiła się bardziej wyrazista ale nadal jest bardzo przyjemna. Taką herbatę mogłabym pić cały dzień – mówi.
Podsuwam Mamie pod nos gaiwan z mokrymi liśćmi. „Takie cierpkie glony” – słyszę opinię.

Z niezmiennymi parametrami robię trzecie parzenie. Napar nie traci na wyrazistości w swej złoto-zielonej barwie i w smaku wciąż wyczuć można morsko-trawiaste akcenty z kukurydzianymi tonami. Jednak mnie wydaje się już bardziej wodnisty, zmęczony. Więc czwarte parzenie postanawiam przedłużyć do trzech minut przy niezmiennej temperaturze wody. I tym razem kolor naparu żywy, choć odnoszę wrażenie, że bardziej zaczyna dominować kolor żółty. Zapach słaby: kwiatowo-słodki; ewidentnie można po zapachu już wywnioskować, że to wielokrotnie zaparzana, trochę już zmęczona herbata. Ale Mama, próbując tego parzenia, mówi że nadal jej się ta herbata podoba, nadal jej smakuje, a nawet to parzenie bardziej jej smakuje niż poprzednie…hmmm… Specjalnie dla Mamy zrobiłam piąte parzenie: ta sama temperatura wody, czas parzenia przeciągnęłam do czterech minut. Mamie smakowało, a ja przy tym parzeniu zatęskniłam za pierwszym 😉

Herbaciane degustacje trochę pobudziły apetyt więc po zjedzeniu kilku suszonych owoców zabieram się za poznawanie kolejnej herbaty z Nowej Zelandii czyli niskooksydowanego oolonga, który w nowozelandzkiej nomenklaturze został nazwany jako „pure”.

Znów postanawiam kierować się wytycznymi producenta więc używam do pierwszego parzenia wrzącą wodę. Po minucie otrzymuję napar w kolorze delikatnej zieleni z żółtymi refleksami o urzekającym zapachu orchidei z lekko – znów, jak w przypadku wcześniejszej herbaty – kukurydzianą nutą w tle. Wącham też liście w gaiwanie, gdzie dominujzapach roślinny, trawiasty w połączeniu z nutą melasy. Nie ma tutaj świeżych, soczystych tonów – to roślinność zgaszona, taka bardzie słodkawo-drzewna… Tymczasem wnętrze pokrywki gaiwana zaskakuje zapachem… dużego bukietu kwiatowego: lilii, orchidei i… tulipana! 🙂
Smak również sprawił mi niespodziankę swoją delikatnością – odniosłam wrażenie, że ta herbata się jeszcze nie obudziła…

   

I rzeczywiście, w drugim, a później i trzecim parzeniu (choć nadal pozostałam przy jednominutowym zaparzaniu) kolor naparu był bardziej intensywny, zapach zyskał akcenty drzewa gruszkowego a smak stał się bardziej wyrazisty, choć jednocześnie napar był bardzo zrównoważony; liście w gaiwanie pachniały bardzo podobnie, natomiast pokrywka… kolejne zaskoczenie: pokrywka pachniała długo leżącym na słońcu arbuzem 🙂


Podczas degustacji przyszło mi na myśl, że trudno by było odróżnić tę herbatę od dobrego tajwańskiego oolonga…
Tymczasem liście w gaiwanie pęcznieją zapełniając całe naczynie…

Podczas czwartego parzenie postanawiam jednak przedłużyć czas parzenia do półtorej minuty. Kolor naparu w czarce pozostał bez zmian; napar wciąż trzymał zrównoważony poziom z przeważającym akcentem słodyczy…
Zgodnie z zaleceniami producenta wykonałam osiem zaparzeń tego nowozelandzkiego oolonga. Przez te wszystkie parzenia kolor naparu stawał się mniej zielony, bardziej żółty, zapach utrzymywał zrównoważony poziom słodkiego cukru trzcinowego i delikatnych aromatycznych kwiatów.

      

Chciałam zobaczyć ile tak naprawdę parzeń wytrzyma ta herbata i ostatecznie zaparzałam ją 10 razy. Dwa ostatnie parzenia były już mocno zmęczone, ale mogę powiedzieć śmiało o tej herbacie, że jest bardzo wytrzymała i wydajna, przyjemnie słodka i bezgoryczkowa. Myślę, że ona wspaniale nadawała by się na długie spotkania i radosne pogawędki przyjaciół – nie trzeba się nią delektować, ale podczas rozmowy wspaniale gasi pragnienie, wprowadza w błogi nastrój i można nią wznosić wiele herbacianych toastów… za wiernych przyjaciół, na przykład 🙂

c.d.n…