W jesiennych kolorach – Huang Ya…

Mój znajomy robiąc ostatnio porządki w piwnicy odnalazł swoje stare książki o sztuce herbaty oraz schowane czajniczki; pozazdrościłam mu trochę tych odkrytych skarbów, bo jest czymś fascynującym odnajdywać dawno nie używane, niemal zapomniane lub niedostrzegane na co dzień przedmioty, poznać ich – niejednokrotnie niesamowitą historię, nauczyć się czegoś nowego, odbyć podróż w czasie do miejsc, których dawno już nie ma lub w teraźniejszości wyglądają zgoła odmiennie niż wówczas, kiedy powstawały w nich przedmioty dziś odkrywane z zachwytem…

Dawno, dawno temu, za górami za lasami bo w dalekiej republice Związku Radzieckiego czyli w Kirgizji, mieszkały dwie siostry, które lubiły ładne rzeczy a dodatkowo miały smykałkę do korzystnych zakupów. Pewnego razu, wczesną jesienią, siostry wybrały się z zamiarem kupienia butów na nadchodząca zimę do jednej z kirgiskich wsi, gdzie znajdował się sklep o dumnej nazwie Manas – pełen szykownych i eleganckich (jak na tamte czasy) przedmiotów…Tak na marginesie, nazwa sklepu jest bardzo ciekawa – bowiem Manas to kirgiska postać mityczna, choć niektórzy badacze twierdzą, że jednak jak najbardziej historyczna, ale też tytuł epopei kirgiskiej – wpisanej na listę światowego dziedzictwa Unesco oraz do Księgi Rekordów Guinnessa jako najdłuższa epopeja na świecie. Nieliczni badacze, którzy podjęli się próby interpretacji eposu mówią, że jest to dzieło niezwykle bogate w znaczenia; nie tylko opisuje bitwy stoczone przez Kirgizów z wrogiem zewnętrznym, ale opisuje też bogatą i barwną kulturę tego narodu, z której można dowiedzieć się m.in. o religii, filozofii, medycynie czy etyce i estetyce kirgiskiej…

Siostry kupiły buty na zimę, ale gdy już chciały wracać, wtem młodsza siostra dostrzegła piękny, w żywej czerwieni, energetyczny zestaw herbaciany. Koniecznie zapragnęły go kupić. Wróciły do domu po pieniądze, by znów zawitać w sklepie i kupić upatrzony serwis do herbaty. Oczywiście, jak to w przypadku kobiet kochających zakupy na zestawie herbacianym się nie skończyło i siostry wyszły ze sklepu obładowane całą masą paczek i paczuszek z zakupami…

Nie przestaje mnie fascynować jak pokrętne i dziwaczne bywają drogi jakimi przedmioty trafiają do swoich stałych lub tymczasowych właścicieli…Jak serwis do herbaty kupiony w kirgiskim sklepie o dumnie brzmiącej nazwie „Manas” trafił do mnie?… A, to już zupełnie inna historia 😉
Niemniej trzymam w ręce filiżankę, która jest częścią serwisu herbacianego, w skład którego wchodzą dwa czajniczki do herbaty – jeden duży, drugi mały; cukiernica z mleczarką, komplet sześciu filiżanek z podwójnymi podstawkami oraz maselniczka… A wszystko to wyprodukowano w kraju, który już nie istnieje dla kraju, który także już nie istnieje: na spodzie filiżanki widać wyraźnie napis DDR (Deutsche Demokratische Republik) czyli NRD (Niemiecka Republika Demokratyczna)… No i akcent angielski: made in… 😉

Tajemnicą też pozostanie jaką drogę przebyła gliniana figurka czytającego Kirgiza i w jakich okolicznościach stracił on swój nos 😉

   

Kolorystyka serwisu herbacianego skojarzyła mi się z czerwieniejącą intensywnie na drzewach jarzębiną. Postanawiam więc dziś w tych wyrazistych kolorach zaparzyć herbatę, którą dostałam w prezencie od Mamy czyli herbatę żółtą. Cóż mogę o niej powiedzieć? Niewielkie, jak do tej pory, jest moje doświadczenie z tą grupą herbat, a to ze względu na to, że bardzo trudno w Polsce dostać dobrej jakości żółtą herbatę. Miałam do czynienia z dziwnie smakującą Jun Shan Yin Zheng oraz z urzekającą Yellow Mogan Shan. Próbowałam też kilka herbat określanych jako żółte ale bez dostępnego mi rodowodu.

Moja żółta Huang Ya pochodząca z Syczuanu, którą najpierw poznaję przez zanurzenie nosa w opakowanie, pachnie trochę cukrem a trochę namoczonymi deszczem opadłymi jesiennymi liśćmi; bardzo intensywnie czuję też zapach deserowej czekolady. Przyjemny zapach…

Postanawiam trochę z tą herbatą poeksperymentować, więc najpierw zaparzę ją trzy razy wrzącą wodą na 3 minuty.

Ciekawe jakie doznania będą mi dostępne po zaparzeniu?

Napar żółty, a w jego zapachu dominują intensywnie nuty cukru trzcinowego oraz roślinnych akcentów. Pierwszy łyk. Moje skojarzenia smaku to połączenie ciemnej ale łagodnej herbaty cejlońskiej z równie łagodna zieloną herbatą chińska 😉 Jestem lekko zaskoczona, bo słodycz usuwa się na dalszy plan ustępując miejsca wyraźnie roślinno- mineralnej nucie; jest też lekka cierpkość – naprawdę słabo wyczuwalna, która chropowaci się na języku i podniebieniu. Nie ma – ku mojemu zaskoczeniu – goryczki.

Liście są piękne zielono-żółte i pachną suszonymi morelami. Lubię wybierać liście z naczyń, w których parzę… teraz podziwiam pełne, mięsiste liście i pączki liściowe.

W drugim parzeniu zapach naparu bez zmian, tylko w smaku herbata robi się bardziej cierpka i drzewno-roślinna. Ale o ile pierwszy napar mógł zaciekawić, to drugi już niekoniecznie…

Trzecia próba daje w efekcie blady kolor naparu i również blade doznanie smakowe…

Wącham liście w czajniczku i dziwię się czując… rosół wołowy z dużą ilością liścia laurowego a przy tym jakieś świeże akcenty, których nie potrafię zidentyfikować. Czy ta herbata jest tak zaskakująca czy mój nos płata mi figle? 😉

Kolejnym eksperymentem będzie parzenie w niższej temperaturze wody: 70 stopni (tak, tak, podkradłam Mamie termometr 😉 ). Czas parzenia 3 minuty i, tak jak przy parzeniu wrzątkiem, zrobię trzy zalania…

Cóż… napary wypadły dużo bledsze i bardziej brązowe niż żółte; zapach pozostał przyjemny roślinno – cukrowy. Smak jednak nie dawał pola do delektowania się niuansami…

Można rozmarzyć się nad filiżanką herbaty, która otulając różnymi aromatami odsyła nasze skojarzenia do odległych zdarzeń, przypomina zdumiewające smaki i zapachy prowadzące do wspomnień… Można skupić się na doznaniach smakowych katalogując wrażenia w szufladce z charakterystyką danej grupy herbat. Huang Ya dała mi jedno i drugie…cenię sobie ten kolejny krok ku poznaniu żółtych herbat; bo co ja wiem o żółtej herbacie? Tyle co nic… 😉

 

 

Zaglądałam:

https://ru.wikipedia.org/wiki/%D0%9C%D0%B0%D0%BD%D0%B0%D1%81

http://kirgiski.pl/2014/04/manas-i-jego-potomkowie-czyli-najobszerniejszy-epos-swiata/

http://revolution.allbest.ru/religion/00415082_0.html

https://ok.ru/vetommirey/topic/65340676554923

http://pixanews.com/photo-from-the-world/kirgiziya-zametki-na-polyax.html

 

Reklamy

Poznański Festiwal Herbaty Zaparzaj! czyli… skupienie na herbacie…

Następnego dnia po zakończeniu trzeciej edycji Poznańskiego Festiwalu Zaparzaj! obudziłam się pełna nowych pomysłów na kolejną odsłonę herbacianego święta… A jednak bardziej niż nowe idee zaparzajowe odczuwałam smutek, że tegoroczny Zaparzaj! już się zakończył, a przede wszystkim, że porozjeżdżali się moi herbaciani przyjaciele…

Czasami trudno jest pielęgnować radość, chociaż nawet jeśli to nie pozostanie, jest piękne, że było*…

Piękne było, że w ogóle udało się nam tegoroczny Zaparzaj! zorganizować, pomimo różnych przeciwności losu, z jakimi zmagał się każdy z organizatorów 😉 Zaangażowanie, z jakim garstka ludzi dobrej woli: Macio, Darek, Michał, Hania, Ania, Agata, Czarek, Ewa, Krzysiek, Maciej i Kwietna oraz nasi najwspanialsi na świecie wolontariusze, działała na Zaparzaj! jest jedną z najpiękniejszych i najradośniejszych rzeczy jakie miałam przyjemność i zaszczyt współ-przeżywać 😉 Jestem też pełna wdzięczności dla wszystkich zaparzajowych prelegentów, którzy z zaangażowaniem i pasją dzielili się swoją niebywałą wiedzą i przebogatym herbacianym doświadczeniem, oraz dla wystawców, dzięki którym zapasy herbaciano- ceramiczne powinny nam na jakiś czas wystarczyć 😉

Piękne było to, że do Poznania zjechali naprawdę wybitni herbaciarze i ceramicy herbaciani; że pogoda się nam w miarę udała, a kiedy się nie udawała krzyżując plany zaparzania na trawie, to okazało się, że można zaparzać herbatę w innej przestrzeni a napary smakują nowymi doznaniami…

Piękne było to, że widziałam całą masę uśmiechniętych, zadowolonych twarzy, słyszałam słowa: ten festiwal pokazał mi herbatę w innym świetle; nie wiedziałam, że herbata może być tak różnorodna i fascynująca…

Piękne było też to, że zostałam zmuszona do parzenia herbaty, co stało się dla mnie nowym i jakże niezwykłym doświadczeniem herbacianym…Tak powstał punkt zaparzajowego programu: „Skupienie na herbacie”, którego ideą było przygotowanie herbaty dla kameralnego grona osób i niespieszna degustacja unikatowej herbaty hei cha skoncentrowana na wsłuchaniu się w smak i zapach herbaty i świadomym docenieniu cha xi. Aranżacja przestrzeni herbacianej była przeze mnie i Roberta przygotowana na długo przed Festiwalem; użyliśmy kilku elementów, którymi chcieliśmy m.in. wyrazić wdzięczność dla Mistrza Rong Tre, który ręcznie wykonuje bambusowe miarki/ prezentery herbaciane czy podziękować za podkładkę herbacianą od pani Hiromi oraz japońskie podstawki pod czarki, które wspaniale współgrały z przeznaczonymi dla gości delikatnymi czarkami z chińskiej porcelany oraz czajniczkiem wykonananym przez Mistrza Xiao Shan z Jingdezhen.

Tajwański termos do herbaty był kolorystycznie pasującym elementem do kompozycji a na dodatek sam w sobie jest przedmiotem ciekawym i całkiem funkcjonalnym.

Każdy element miał swoją historię i znaczenie. W ostatniej chwili dodaliśmy element polski – lniany obrus oraz aranżację roślinną, którą spontanicznie skomponował Robert na fragmencie dachówki z mchem i delikatnymi kwiatkami. Element roślinny pojawił się także, gdy okazało się, że nie mamy do dyspozycji szpilki herbacianej czyli pałeczki do zgarniania liści do czajniczka; wtedy Robert znalazł gałązkę uroczo zakończona listkami i meleńkimi pączkami kwiatów…

Te 20 minut skupienia na herbacie były dla mnie wyjątkowym momentem absolutnego wyciszenia, skoncentrowania się na każdym ruchu, na każdym dźwięku płynącym z przygotowania herbaty; to był czas, kiedy zapomniałam o wszystkim co mnie otacza poza salką, w której parzyłam herbatę, Robertem, który opowiadał o ceremonii i gośćmi słuchającymi i smakującymi napar…I myślę, że mogę powiedzieć, iż ten czas skupienia, bez hałasu, bez zbędnych słów, bez muzyki był dla mnie najbardziej intensywnym doświadczeniem herbacianym. Była to swoista medytacja przy herbacie, która dała mi dużo spokoju i radości… Tym bardziej było to dla mnie zaskakujące, że zwykle przy herbacie dużo rozmawiam i się śmieję…

   

I teraz, gdy o tym myślę – już dwa tygodnie z hakiem po zakończeniu Festiwalu – dochodzę do wniosku, że dla mnie osobiście, ten moment skupienia się na herbacie był kwintesencją Zaparzaj! – zdystansowanie się do zgiełku otaczającego świata i pełna koncentracja na smakowaniu herbaty. I chyba rzeczywiście tegoroczna edycja Festiwalu Herbaty była mniej dynamiczna niż jej poprzednie wydania…Najwyraźniej Zaparzaj! jak herbata nieustannie pokazuje inne oblicza…

Dość wyraźnie brzmi we mnie radość z przeżytego święta i spotkania się ze znajomymi herbaciarzami z całej Polski; radość z nowych znajomości z ludźmi, którzy z zachwytem odkrywają świat herbaty…zadowolenie i poczucie szczęścia przeplatają się wciąż z doświadczeniem smutku i utraty po wyjeździe herbacianych przyjaciół… ale o tym trzeba zapomnieć, bo…Zapominanie jest wyrazem duchowej dyscypliny i ma coś wspólnego z podążaniem dalej. Daodejing (Tao-te-king) powiada, że Mędrzec nie zatrzymuje się przy swoim sukcesie, idzie natychmiast dalej. Oczywiście, to samo odnosi się także do niepowodzenia i do pragnienia bycia pamiętanym. Ty też pogódź się z tym, że czasem mylnie Cię oceniają, i idź dalej. Bywamy, z niewyjaśnionych powodów, wikłani w szczęśliwe okoliczności i tak samo w nieszczęśliwe. Zgodzić się trzeba na obydwa ich rodzaje. I zaniechać pytania: Dlaczego? Albowiem każda odpowiedź jest ucieczką przed tym, co jest i co działa.

 

Z całego serca dziękuję Ani i Marcinowi Bohdziewiczom za zdjęcia dokumentujące momenty skupienia na herbacie ❤

*wszystkie cytaty: B.Hellinger

 

 

 

Zaskakujące zealongi ;) cz. II

Wydawać by się mogło, że przygotowania do trzeciej edycji Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! z racji tego, że mają miejsce nie po raz pierwszy a więc można liczyć na jakąś powtarzalność i rutynowość, będą przebiegały sprawnie i spokojnie… O, naiwności! I jak tu nie zwariować – zastanawiam się, jednocześnie gryząc nerwowo paznokcie podczas przeglądania diametralnie różnych prognoz pogody na nadchodzący weekend… Chyba tylko herbata może mnie uratować, więc zagotowuję wodę w czajniku i…
Wracam do zealongów; tym razem napiję się nowozelandzkiego oolonga o wyższej oksydacji… Jaki jest to stopień utleniania pozostanie tajemnicą producenta, ja mogę tylko powiedzieć, że nie wydaje mi się, by różnica pomiędzy oolongiem opisywanym wcześniej a tym, za który zabieram się dzisiaj była duża – liście oolonga, którego dziś biorę na tapet są minimalnie tylko ciemniejsze…

Zalecenia producenta pozostają w mocy, więc musi być wrząca woda i minutowe parzenia.  I otrzymuję napar w kolorze złoto-brązowawym przetykanym zielenią…

Ale gdy zanurzam nos, by powąchać liście w gaiwanie – spotyka mnie niemałe zaskoczenie: oto nagle stykam się z zapachem wybitnie skórzanym; z prażoną a nawet wyczuwalnie podwędzaną nutą, która momentami wpada w… spaleniznę. A na dalekim planie majaczą roślinne akcenty, ale trudno mi zidentyfikować czy to kwiaty czy raczej warzywa…
Zapach naparu niesie ze sobą kolejne zaskoczenie: tu na pierwszy plan wybija się słodycz miodu, w dali słonawe akcenty przeplatają się z drzewnymi. A w smaku okazuje się, że ten miód chce być akacjowy i wspomagany jest niezmiennie skórzanymi tonami i drzewnymi akcentami…

Liście w gaiwanie warto wąchać wielokrotnie: gdy są gorące, trochę przestudzone a potem zimne; bardzo często są to zaskakujące doznania węchowe.
Ja dopijam pierwsze parzenie i wącham wystygłe liście w gaiwanie: tam poprzez spaloną sucha trawę gwałtownie i wyraźnie przebija słodka, soczysta i pełna słońca mandarynka. Taka niespodzianka!
Przestygły napar z kolei pokazuje łagodniejsze oblicze, bo oto w ostatnich łykach wyczuwam kwiaty.

Drugie parzenie wychodzi dość wyraziste, krzepkie. Skórzane nuty są na pierwszym planie i zdominowują napar. Taka męska herbata 😉

Te nowozelandzkie herbaty mają tę niezwykłą i zaskakująca cechę, że kolor napar nie blednie jakoś znacznie wraz z kolejnym parzeniem. Zaskakują też zapachy odsączonych z naparu liści. Przy trzecim parzeniu wciąż skórzane tony są przeplatane akcentami słodkich kwiatów i…lekko podsuszonego jabłka… 😉
Napar jest już łagodniejszy niż poprzedni ale wciąż ma zbalansowany charakter: skórzane i dymne, momentami nawet intensywnie podprażane nuty bardzo płynnie przeplatają się z akcentami kwiatów, owoców i słodyczy. Ten zrównoważony napar daje wrażenie ciepła i ukojenia… I nawet jeśli gdzieś w oddali pojawia się delikatna goryczka – nie jest ona przykra, ale nadaje herbacie ciekawego smaczku 🙂

Producent sugeruje, że i tę herbatę można zaparzać aż 8 razy. Moje czwarte i piąte a potem szóste i siódme parzenie są niezmiennie zrównoważone ale i charakterne napary. Skóra i spalenizna złagodzona słodyczą i kwiatami… lubię takie kontrastowe połączenia 🙂
Gdybym miała tę herbatę dopasować do określonej sytuacji czy okazji, polecałabym ją do spotkań biznesowych – zdecydowanych spotkań negocjacyjnych, gdzie nie dominuje agresja ale rzetelny, racjonalny dialog. Ta herbata wytrzyma takie negocjacje, nawet jeśli będą się przedłużać – jest ona wydajna i wytrwała więc na pewno dotrzyma kroku negocjującym stronom 😉

Ja jednk potrzebuję teraz wyciszenia i równowagi…
Pamiętam, że gdy po raz pierwszy piłam Zealonga Black, byłam zachwycona jego słodyczą i intensywnym kwiatowym aromatem… Tym bardziej cieszyłam się na ponowną degustację, bo ta herbata pozostawiła w mojej pamięci dobre skojarzenia i tęsknotę…

I faktycznie – ciemne, prawie czarne liście w torebce pachną kwiatami lilii, frezji i orchidei; wyczuwam też słodycz cukru trzcinowego oraz wyraźny akcent deserowej czekolady. Trudno je też nabrać na łyżeczkę – są dość spore, twarde i nie zwinięte w kuleczki więc trochę niesforne…

Pierwsze parzenie wrzącą wodą po dwóch minutach daje napar w kolorze miodu spadziowego…

   

 

Liście w gaiwanie mają zapach wilgotnego torfu i słonego karmelu a na dalekim planie majaczy aromat orchidei. Przyglądam się liściom i łamię sobie głowę – jakiż tu był procent oksydacji; na pewno nie jest to oksydacja pełna…

Z kolei napar nie pachnie żadnym z wcześniej zidentyfikowanych kwiatów bo jego dominującą nutą jest wyraźna słodycz słonego karmelu…

W smaku kolejne zaskoczenie, bo słodycz karmelu przeplata się z bardzo wyraźnym smakiem… czerwonej ugotowanej fasoli. Te strączkowe akcenty pieczętuje przebijająca się aksamitna goryczka…

Każdy łyk zatrzymuję na podniebieniu i czuję, jak goryczka i słodycz przeplatają się niczym czerń i biel w symbolu jin i yang…
Każdy łyk jest ciepłą medytacją smaku…

Trzecie i czwarte parzenie wykonuję według wcześniejszych parametrów, tylko to ostatnie robię czterominutowe. Kolory tych naparów nie zmieniają się. Podobnie smaki i zapachy, choć w trzecim parzeniu mój nos wyczuwa w naparze akcenty ugotowanej kaszy gryczanej 😉

Myślę, że aby miło pożegnać się z tą akurat herbatą, warto poprzestać na drugim parzeniu… wtedy nastrój spokoju pozostanie na dłużej… 😉

Mam nadzieję, że spokój będzie mi towarzyszył podczas najbliższego weekendu i trzeciej edycji Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! 😉 Mam nadzieję, że ze wspomnianym spokojem będę mogła napić się herbaty z cudownymi gośćmi – prelegentami, wystawcami i uczestnikami, którzy zapowiedzieli swój przyjazd na Festiwal 🙂 I oby było słońce… 😀 Do zobaczenia przy czarce herbaty! 😀

p.s. A kogo zaintrygował opis nowozelandzkich oolongów będzie miał okazję posłuchać na Zaparzaj! prelekcji o Zealongach a może nawet i spróbować tych herbat 😉

Zaskakujące zealongi ;) cz. I

Pewnie gdyby nie Piotrek, który z wyprawy do Nowej Zelandii przywiózł z jedynej tamtejszej plantacji wszystkie możliwe czyli uprawiane i produkowane tam herbaty, nigdy herbat z tego zakątka Ziemi bym nie spróbowała. A tak, najpierw miałam okazję spróbować zealongów z herbacianymi przyjaciółmi a potem, już w zaciszu domowym, raz jeszcze zaparzyć te herbaty sama…choć jak się okazało towarzystwo do herbaty zawsze się znajdzie 😉
O całej otoczce historycznej dotyczącej zealongów bardzo obszernie i szczegółowo pisała Agnieszka przy okazji degustowania Aromatic Oolong z Nowej Zelandii. Poza tym 9-10 września szykuje się trzecia edycja Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! gdzie Piotrek będzie miał o herbatach z Nowej Zelandii prelekcję, dlatego nie będę tych informacji dublować i od razu przejdę do degustacji, którą zrobiłam pewnego ranka w kuchni…
W moje ręce trafiły cztery rodzaje herbat z Nowej Zelandii. Postanowiłam smakować je według kolejności oksydacji liści i zaczęłam od herbaty zielonej. Tym razem porzuciłam intuicyjne parzenie i postępowałam (prawie) ściśle według instrukcji producenta:


Do gaiwana o pojemności 150 ml wsypałam dwie niekopiaste łyżeczki liści herbacianych. A gdy czekałam aż ostygnie woda, do kuchni weszła Mama i doszedłszy do wniosku, że zapewne nie mam wszystkich niezbędnych przyborów do parzenia i kazała mi użyć termometru do herbaty dając mi tym samym dobitnie do zrozumienia, że posiadanie córki herbaciary zobowiązuje, więc i ona podchodzi do tematu herbaty poważnie i że numer z użyciem wody w nieodpowiedniej temperaturze nie przejdzie 😉 Nawet się ucieszyłam na ten termometr, bo to oznaczało, że spełnię bardziej drobiazgowo wytyczne plantatora 🙂

Ogrzewam naczynia i do ciepłego gaiwana wsypuję liście nowozelandzkiej zielonej herbaty: pachną świeżo, lekko prażoną, kukurydzianą nawet nutą; ten zapach przywodzi mi na myśl tajwańską Słodką Zieloną Wiosnę, ale jakby jej młodszą siostrę – młodszą i poważniejszą 😉

Termometr w wodzie pokazuje już 85 stopni więc zalewam liście i nastawiam czas na 2 minuty. Tak, tym razem będzie zdyscyplinowane, rygorystyczne parzenie bez żadnego artystycznego widzimisię 😉
Po dwóch minutach przelewam napar do czarki. Tego niestety nie udało mi się uchwycić moim aparatem, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że kolor naparu jest żółto-złoty przeplatany zielenią.

Pachnie trawiastymi akcentami przeplatanymi strączkowymi nutami; i zapach kukurydzy – takiej dopiero co wyjętej z wrzącej wody i polanej masełkiem – majaczy gdzieś na dalszym planie… Ale uderza mnie jeszcze taki specyficzny zapach – zapach jeziora…przeplatany delikatnymi kwiatami.
Podaję czarkę Mamie i pytam, co wyczuwa w tej herbacie. Mama po pierwszym łyku mówi: – Delikatna i bardzo przyjemna…czuję w niej kwiaty i słodycz.
– Jakie kwiaty? – dopytuję.
– Trudno powiedzieć, aż tak bardzo nie znam się na kwiatach…Ale to herbata, którą bardzo chętnie piłabym każdego ranka…

Z kolei liście w gaiwanie mają zapach z dominującą morską, glonową nutą przeplecioną ze słodkimi akcentami.
Drugie parzeni według wcześniejszych paramentrów. Kolor naparu wydaje się bardziej nasycony, wyrazisty, zdecydowany. W zapachu tego naparu dominować zaczyna podprażana nuta, a na drugim planie morskie tony, dalej słodkie, dalej kwiatowe…
W smaku jednak zaskakuje dość wyraźnym świeżym motywem. Nie wiem skąd on się tam wziął – tak jakby cytrusy w świeżej, orzeźwiającej wodzie. Smak słodki a daleko majaczy podprażany…Ale też bardzo wyraźnie wyczuwam te wodne, jeziorne akcenty. Skojarzenie może nie jest zbyt romantyczne bo mi przywodzi na myśl trochę zarośnięte rzęsą wodną, nieruchome jezioro nagrzane letnim słońcem, ale na ten obraz asocjacji można też spojrzeć jako akcent niespiesznie upływającego czasu, dobiegających do końca wakacji i ostatnich dni słodkiego lenistwa – tym bardziej słodkiego, że zbliżającego się do kresu…

Ponieważ Mama kręci się koło mnie kontrolując czy aby dobrze używam jej termometru i czy odpowiednio zaparzam nowozelnandzką herbatę, daję napar z drugiego parzenia także Mamie zaciekawiona, jak jej będzie smakował. Mama, biorąc łyka, mówi, że herbata zrobiła się bardziej wyrazista ale nadal jest bardzo przyjemna. Taką herbatę mogłabym pić cały dzień – mówi.
Podsuwam Mamie pod nos gaiwan z mokrymi liśćmi. „Takie cierpkie glony” – słyszę opinię.

Z niezmiennymi parametrami robię trzecie parzenie. Napar nie traci na wyrazistości w swej złoto-zielonej barwie i w smaku wciąż wyczuć można morsko-trawiaste akcenty z kukurydzianymi tonami. Jednak mnie wydaje się już bardziej wodnisty, zmęczony. Więc czwarte parzenie postanawiam przedłużyć do trzech minut przy niezmiennej temperaturze wody. I tym razem kolor naparu żywy, choć odnoszę wrażenie, że bardziej zaczyna dominować kolor żółty. Zapach słaby: kwiatowo-słodki; ewidentnie można po zapachu już wywnioskować, że to wielokrotnie zaparzana, trochę już zmęczona herbata. Ale Mama, próbując tego parzenia, mówi że nadal jej się ta herbata podoba, nadal jej smakuje, a nawet to parzenie bardziej jej smakuje niż poprzednie…hmmm… Specjalnie dla Mamy zrobiłam piąte parzenie: ta sama temperatura wody, czas parzenia przeciągnęłam do czterech minut. Mamie smakowało, a ja przy tym parzeniu zatęskniłam za pierwszym 😉

Herbaciane degustacje trochę pobudziły apetyt więc po zjedzeniu kilku suszonych owoców zabieram się za poznawanie kolejnej herbaty z Nowej Zelandii czyli niskooksydowanego oolonga, który w nowozelandzkiej nomenklaturze został nazwany jako „pure”.

Znów postanawiam kierować się wytycznymi producenta więc używam do pierwszego parzenia wrzącą wodę. Po minucie otrzymuję napar w kolorze delikatnej zieleni z żółtymi refleksami o urzekającym zapachu orchidei z lekko – znów, jak w przypadku wcześniejszej herbaty – kukurydzianą nutą w tle. Wącham też liście w gaiwanie, gdzie dominujzapach roślinny, trawiasty w połączeniu z nutą melasy. Nie ma tutaj świeżych, soczystych tonów – to roślinność zgaszona, taka bardzie słodkawo-drzewna… Tymczasem wnętrze pokrywki gaiwana zaskakuje zapachem… dużego bukietu kwiatowego: lilii, orchidei i… tulipana! 🙂
Smak również sprawił mi niespodziankę swoją delikatnością – odniosłam wrażenie, że ta herbata się jeszcze nie obudziła…

   

I rzeczywiście, w drugim, a później i trzecim parzeniu (choć nadal pozostałam przy jednominutowym zaparzaniu) kolor naparu był bardziej intensywny, zapach zyskał akcenty drzewa gruszkowego a smak stał się bardziej wyrazisty, choć jednocześnie napar był bardzo zrównoważony; liście w gaiwanie pachniały bardzo podobnie, natomiast pokrywka… kolejne zaskoczenie: pokrywka pachniała długo leżącym na słońcu arbuzem 🙂


Podczas degustacji przyszło mi na myśl, że trudno by było odróżnić tę herbatę od dobrego tajwańskiego oolonga…
Tymczasem liście w gaiwanie pęcznieją zapełniając całe naczynie…

Podczas czwartego parzenie postanawiam jednak przedłużyć czas parzenia do półtorej minuty. Kolor naparu w czarce pozostał bez zmian; napar wciąż trzymał zrównoważony poziom z przeważającym akcentem słodyczy…
Zgodnie z zaleceniami producenta wykonałam osiem zaparzeń tego nowozelandzkiego oolonga. Przez te wszystkie parzenia kolor naparu stawał się mniej zielony, bardziej żółty, zapach utrzymywał zrównoważony poziom słodkiego cukru trzcinowego i delikatnych aromatycznych kwiatów.

      

Chciałam zobaczyć ile tak naprawdę parzeń wytrzyma ta herbata i ostatecznie zaparzałam ją 10 razy. Dwa ostatnie parzenia były już mocno zmęczone, ale mogę powiedzieć śmiało o tej herbacie, że jest bardzo wytrzymała i wydajna, przyjemnie słodka i bezgoryczkowa. Myślę, że ona wspaniale nadawała by się na długie spotkania i radosne pogawędki przyjaciół – nie trzeba się nią delektować, ale podczas rozmowy wspaniale gasi pragnienie, wprowadza w błogi nastrój i można nią wznosić wiele herbacianych toastów… za wiernych przyjaciół, na przykład 🙂

c.d.n…

Anji Bai Cha w drewutni ;)

Wspomnienie sprzed roku odświeżone jakiś tydzień temu…
– O, postawiłeś pawilonik herbaciany!? – wykrzyknęłam przystanąwszy ze zdumienia.
– Pawilonik herbaciany? – zdziwił się Tata – Nie, to drewutnia.
– Jaka drewutnia? Toż to idealne miejsce na ceremonię herbacianą – mówiłam przejęta. Czułam jak ta drewniana budowla jest przepełniona spokojem i dobrą energią. Całe otoczenie wokół: rosnące w siłę sosny, kamienie, młoda trawa, cisza dookoła mącona tylko delikatnymi podmuchami wiatru – to wszystko samo z siebie czyniło to miejsce idealnym do wyciszonego przygotowania herbaty. Oczami wyobraźni widziałam, jak w słoneczny, ciepły dzień siedzę pod spadzistym daszkiem i niespiesznie przygotowuję herbatę… – O, nawet są dzwonki wietrzne! – zawołałam.
Weszliśmy do domu a ja obiecałam sobie i Tacie, że gdy tylko przyjadę tu następnym razem i będzie ciepło – koniecznie zaparzę herbatę w tym cudownym pawiloniku herbacianym…

Kilka miesięcy później znów stanęłam przed drewutnią. Powietrze pęczniało ciepłem ukołysane ciszą i subtelnym wiaterkiem. Dzwonki wietrzne pobrzękiwały jakby od niechcenia, rozleniwione letnim popołudniem… Uśmiechnęłam się do siebie, bo czas i okoliczności dopasowały się do miejsca – idealne warunki, by napić się herbaty…

   

Nastawiłam wodę na herbatę. Tymczasem Tata znalazł kawałek wykładziny, który idealnie pasował do położenia na betonowej podłodze pawiloniku herbacianego. Przyniosłam i rozstawiłam swoje utensylia do herbaty. Dostałam w prezencie mały wazonik, do którego wstawiłam stokrotkę – kwiat, który zawsze kojarzy mi się z lekkością, beztroską i radością; chciałam, by tego dnia chwile przy herbacie pod dachem drewutni takie właśnie były…

W pudełku miałam ze sobą kilka herbat, ale wybrałam Anji Bai Cha… Pierwszy raz tę herbatę spróbowałam zaparzoną przez Roberta – oryginalna Anji Bai Cha pochodząca z chińskiego regionu Anji w północnej prowincji Zheijang ze zbiorów w 2015 roku. Wspomnienie tego smaku – lekkości, subtelnej słodyczy naparu, niezmiennie wywołuje uśmiech na mojej twarzy. To była dobra herbata dobrze zaparzona. Rok później piłam Anji Bai Cha przywiezioną przez Jarka – świeża, aromatyczna, choć zdawała mi się bardziej wyrazista niż ta, którą poczęstował mnie Robert. A teraz byłam w posiadaniu Anji Bai Cha od Wojtka.

Usiadłam po turecku przed naczyniami herbacianymi. Woda przestygła do odpowiedniej temperatury… Pierwszy napar był łagodny – herbata zdawała się być jeszcze nie w pełni obudzoną i tylko nieśmiało ujawniała świeże trawiasto-kwiatowe akcenty.

         

Następne napary pozostały łagodne, ale każdy kolejny dawał jakby więcej słodyczy… Cieszyłam się, że nawet Tacie smakuje… 🙂

Nigdzie się nie spiesząc z maleńkich czareczek spijaliśmy napar kojąco zrównoważony…

I taka oczywista oczywistość mocno zakiełkowała w świadomości: delektowanie się herbatą to nie tylko odnajdywanie subtelnych smaków ukrytych w naparze… to uspokojenie wewnętrznego rozedrgania; to nabranie dystansu do problemów, do których i tak trzeba będzie wrócić po ostatnim łyku herbaty; to rozrastająca się w duszy i ciele radość, że jest się w tym konkretnym miejscu, w tym konkretnym czasie i właśnie z tymi ludźmi, z którymi z wdzięcznością można dzielić to wewnętrzne przeżycie… Delektowanie się herbatą to szczęście w najczystszej postaci… 🙂

Tak, tym wpisem ocalam to wspomnienie od zapomnienia, ponieważ gdy niedawno mogłam znów odwiedzić mój pawilon herbaciany, wyglądał on tak:

Cóż, oby do lata; mam nadzieję… 🙂

p.s. O Anji Bai Cha można też poczytać:
http://cha-herbata.blogspot.com/2014/10/anji-bai-cha-z-prowincji-jiangxi.html
http://mycupofgreentea.blog.pl/2016/12/10/rozne-odslony-herbaty-cz-33-anji-bai-cha-czyli-nietypowa-chinska-zielona-herbata/
http://cappy-bara.blogspot.com/2015/05/an-ji-bai-cha-2015.html

Ivanishvilli – biała herbata prasowana z Gruzji

Przygotowując się do spotkania o białych herbatach, które niebawem organizujemy w ramach spotkań Warszawskiego Kolektywu Herbacianego, trafiłam na blog Antona Dmitraściuka www.tea-terra.ru i jego lektura zmotywowała mnie, by dokończyć wpis o białej prasowanej herbacie z Gruzji… 🙂

Każdy, kto mnie zna wie, że zawsze jestem niezwykle podekscytowana każdą nową herbatą, każdą ciekawostką herbacianą. Nieznane budzi we mnie żywe zainteresowanie i pragnienie poznania na wielu płaszczyznach: smaku, aromatu, historii…
Dzięki Wiktorowi w moje ręce wpadła biała herbata prasowana z Gruzji o nazwie Ivanishvilli. Byłam podekscytowana tym nabytkiem ponieważ herbaty pana Ramiza i pani Leili od Wojtka wzbudziły mój entuzjazm i bardzo mile je wspominam. Poprosiłam Herbaciarnię Laja, która herbatę Ivanishvili dystrybuowała, o podstawowe informacje: czas i miejsce zbiorów oraz osobę plantatora, który tę herbatę robi. Dostałam bardzo szybką odpowiedź od Michała:
„Nazwa herbaty Ivanishvili pochodzi od nazwiska właścicielki ogrodu. Zbierana była w czerwcu 2016, prasowanie – wrzesień 2016 (przetwórnia w Kutaisi), miejsce zbioru: okolice Tkibuli, Gruzja. Duże liście dawały realny potencjał do uzyskania herbaty dojrzewającej, stąd pomysł na taką próbę. Herbata jest bardzo delikatna, wręcz eteryczna…”

Ponieważ charakterystyka białych herbat, wbrew pozorom, do łatwych nie należy – o czym może przy innej okazji uda mi się napisać – jestem zmuszona skategoryzować opisywaną herbatę jako białą według jednej cechy, którą Ivanishvilli posiada: liście zostały zerwane i poddane jedynie suszeniu. Ale już sama wielkość liści, ich kształt, pora zbiorów oraz sprasowana forma – raczej tę herbatę rzucają na antypody grupy jaką jest biała herbata.

Poprosiłam znajomego herbaciarza o opinię na temat tego dziwnego liścia… Otrzymałam informację, że dokonując oceny po liściu od razu widać, że jest to herbata słabszej jakości, eksperymentalna ale w sposób amatorski, tj. zrobiona bez wsparcia w postaci wielowiekowej tradycji związanej z produkcją białych herbat, tak jak to się dzieje w Chinach (zwłaszcza w Fujijan). Jednak sprawa wymaga głębszego zbadania…

Ponieważ jakiś czas temu wraz z Warszawskim Kolektywem Herbacianym robiliśmy eksperymenty na herbatach testując je podczas parzenia kiperskiego, postanowiłam i tę herbatę poznać w ten sposób. Więc 2,6g suchych liści zalewam wrzątkiem w kiperówce i czekam 5 minut.

            

Zapach naparu: ziołowy; najsilniejsze skojarzenie to zapach henny – ziołowej farby do włosów, którą kiedyś używała moja Mama. Wyczuwam też słodkie tony. Sam napar jest delikatny.

Kolor naparu: zielonkawo- brązowo-złoty.

Smak naparu: mocno ziołowy, cierpkawy; bardzo subtelna goryczka rozkłada się nieśmiałą chropowatością na podniebieniu; na dalekim planie wyczuć można smak trawy pod koniec lata. Moc słaba.

Zapach liści po zaparzeniu: jesienne liście z lasu, choć delikatniejszy aromat z odrobiną słodyczy.

Zapach liści po pięciu minutach: dominująco ziołowy

Zapach zimnych liści: ziołowy; nie wyczuwam różnic w zapachu w porównaniu z poprzednim testem.

Następnego dnia wykonuję parzenie intuicyjne.

I tym razem zapytałam Herbaciarnię Laja o sugestie dotyczące parzenia; dostałam informację, że „w przypadku kiedy chcemy uzyskać napar zbliżony do znanych nam herbat białych proponuję dłuższy czas parzenia i wyższą temperaturę wody: 3 minuty pierwszy napar, temperatura około 85-90°C, drugi napar 3-5 minut, temperatura wody 90-95°C, ale warto poeksperymentować”

Więc poeksperymentowałam… 🙂

Suche liście wrzucone do nagrzanego gaiwana pachną ziołami i drewnem.

   

Parzyłam tę herbatę i temperaturą ok. 90 stopni C przez ok.1; z nowej partii liścia zrobiłam parzenie w podobnej temperaturze ale przedłużyłam czas parzenia do 3-4 minut.

   

Podczas jednego z testów zamyśliłam się obserwując chmury i czekając aż wyjdzie słońce by zrobić zdjęcie naparowi, więc woda znacznie przestygła…i nią również zaparzyłam herbatę tym razem jednak zapominając przypilnować czas… nawet tak orientacyjnie… 😉

Generalnie każde parzenie dało bardzo podobne rezultaty zapachowo – smakowe. Ivanishvilli w parzeniu intuicyjnym w porównaniu z kiperskim wydaje mi się mniej ciekawa. Wychodzi – o dziwo! – mocniejsza, bardziej goryczkowa a ziołowe akcenty zdają się dominować w tej herbacie z każdym kolejnym zaparzeniem i mam wrażenie, że żadne inne ciekawe posmaki już do mnie nie dotrą…

   

Skoro Michał napisał, że Ivanishvilli ma potencjał herbaty dojrzewającej a Jarek zaproponował, bym pozwoliła przez najbliższe 4-5 lat dojrzeć tej herbacie w suchych warunkach a potem tę herbatę ugotowała 😉 to może rzeczywiście najlepiej odłożyć tę herbatę na jakiś czas, niech sobie dojrzeje… A potem znów poddam ją jednemu ze swoich ulubionych zajęć czyli eksperymentowaniu 🙂

Wspomniany na początku Anton Dmitraściuk omawiając białe herbaty zaznacza, że jego opis może zawierać uproszczenia i niedoskonałości, co ma zmotywować czytelnika czyli herbaciarza do swoistego herbacianego sceptycyzmu, do rozmyślań, refleksji oraz poszukiwań innych źródeł informacji na dany temat. Taka idea towarzyszyła mi także przy tworzeniu tego wpisu i poznawaniu ciekawostki herbacianej jaką jest dla mnie Ivanishvilli. Jeśli ktoś z Was ma uwagi czy uzupełnienia na temat przedstawionej herbaty – będę wdzięczna.

Bardzo dziękuję Robertowi i Jarkowi za cenne uwagi i sugestie.

Japońska czarna herbata z Ureshino i duch Lu Yu ;)

Na spotkanie herbaciane w Onggi przyszłam najwcześniej. Przygotowałam więc wszystkie potrzebne utensylia w założeniu, że będziemy pić więcej niż jedną herbatę. Rozłożyłam materiał, ustawiłam naczynia, przygotowałam miseczki ze słodkościami, zagotowałam wodę. Z jednej z półek wzięłam figurkę Lu Yu i postawiłam przy czarkach – będzie dziś nam towarzyszył przy herbacie z bardzo bliska 😉 Czekałam. Lubię tę szczególną chwilę, kiedy wszystko na stole herbacianym jest już właściwie przygotowane i zaraz zagotuje się woda, by można było przygotować napar herbaciany… Cisza. Szum czajnika. Wybieram herbatę, którą zaparzę na początek – japońską czarną herbatę z Ureshino. Nie jest to herbata do pobożnego degustowania i kontemplacji jej smaku. To herbata, którą w chłodne dni można rozpocząć spotkanie herbaciane; nie zachwyca, ale wywołuje uśmiech sympatii na twarzy pijącego. Zdaje się mówić: Witaj, zdejmij płaszcz, usiądź przy herbacianym stole, zrelaksuj się i otwórz na nowe smaki herbaty… Więc relaksuję się 🙂

20170225_170028   20170225_170016

Pierwsze parzenie…

W oczekiwaniu na napar patrzę na to ciche miejsce, które przytula mnie w to zimne lutowe popołudnie; patrzę na drewniane ściany, stół z wtopionym ryżem i herbatą, uśmiecham się do wszystkich czareczek i czajniczków, wazoników i pudełek z herbatą, które umościły się na niewielkich rozmiarów półeczkach… Ach, jakie idiotyczne uczucie – mówię sama do siebie – taka wdzięczność za to wszystko… Za to ciepło i ciszę, za łagodną muzykę w oddali i szmer rozmów gości restauracji na dole… Jakież ja mam cholerne szczęście… 😉

20170225_162935

Pierwszy łyk ciepłej czarnej herbaty z Ureshino niezmiennie koi mnie swoją łagodnością. Przyjemne, wyraźne winne i słodkawe nuty doskonale się równoważą…

Przyglądam się w skupieniu zaaranżowanej przestrzeni herbacianej. I wiem, że bardzo przydałby się tu teraz jakiś akcent roślinny. Tak, kompozycje kwiatowe do ceremonii herbacianej są jeszcze moją piętą achillesową… do tej pory stawiałam niepewne kroki w aranżowaniu chaxi, nadal w tej materii przede mną całe lata świetlne nauki, ale w tym wszystkim kompozycję roślinną jakimś cudem omijałam i pomijałam…Teraz pomyślałam sobie, że koniecznie trzeba przestać ten element aranżacji przestrzeni herbacianej traktować po macoszemu…

Drugie parzenie…

Rozmyślania przerywa sms, który informuje mnie, że na spotkanie nikt nie przyjdzie. Zostałam sama. Z Lu Yu 😉 … czy tak miało być?

Są przypadki czy ich nie ma? Jedni mówią, że nie ma przypadków, że jest to przeznaczenie, którego się nie uniknie; inni, że przypadki jak najbardziej istnieją i są szansami, możliwościami wyboru tego, jaką drogą pójdziemy dalej… A prawda leży pewnie gdzieś pośrodku…
A napar smakuje przyjemnie…

Wstaję na chwilę by rozprostować nogi i bezwiednie podchodzę do półki z książkami. Wśród literatury herbacianej napisanej po chińsku i japońsku, gdzie mogę tylko sycić oczy zdjęciami, znajduję „O Duchu Herbaty” Sen Sōshitsu… książkę, którą chciałam kupić już dawno temu, ale nigdzie nie mogłam jej dostać… Czy tak miało być?

20170225_171939

Trzecie parzenie…

Po przeczytaniu wstępu zalewam liście czarnej herbaty z Ureshino. Winność i słodycz tak wyraźne w poprzednich naparach, teraz ustępują miejsca mineralności…

Uśmiecham się do myśli, która podpowiada mi, by otworzyć teraz książkę na przypadkowej stronie – tak się przecież czasami robi chcąc w takim ślepym trafie znaleźć wskazówkę na rozwiązanie wątpliwości, słowa, których samemu nie może się dobrać choć usilnie próbuje; tak się czasami robi szukając znaku, wróżby…

Otwieram na przypadkowej stronie:

„Miłośnik herbaty powinien odkryć piękno w porzuconych sprzętach i używać ich jako utensyliów herbacianych (…).
Miłośnik herbaty powinien przede wszystkim żyć w oddaleniu i oderwaniu od świata, powinien też znać znaczenie Prawa Buddy i być wrażliwym na poezję…”*

Hmmm… Też mi wyrocznia – myślę sobie.- Jak mam to rozumieć? Czy nadawać znaczenie zdaniu wyrwanemu z kontekstu?

Patrzę na figurkę Lu Yu. Cwaniaczek uśmiecha się tajemniczo znad czarki z herbatą…

20170225_162925

Więc robię czwarte parzenie…

Słaby napar, w którym co prawda można wyczuć akcenty smaków z poprzednich naparów, ale też już czuć wyraźnie, że tę herbatę nie stać na więcej zaparzeń…

Robię porządek po herbacianej ceremonii z Lu Yu. Na koniec, gdy już wszystko jest umyte i pochowane, raz jeszcze ulegam pokusie i otwieram książkę Sen Sōshitsu na przypadkowej stronie… Tym razem trafiam na fragment o…Lu Yu (sic!) 🙂 a moją uwagę przykuwa zwłaszcza cytat z jego dzieła:

„Na temat osądzania herbaty dobrej i złej istnieją przekazy ustne”.

A ja zastanawiam się czy przypadkiem nie jest to swoista odpowiedź na nurtujące mnie wątpliwości przy degustowanej ostatnio ciekawostce herbacianej z Gruzji, którą jednak opiszę następnym razem… 😉

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki „O Duchu Herbaty” Sen Sōshitsu (1969) w tłumaczeniu Anny Zalewskiej