Tanyang Gongfu Hong Cha – enigmatyczna piękność…

Wojtek podsunął mi pod nos otwartą torebkę z herbatą mówiąc: Ta jest niesamowita! Spojrzałam na niego sceptycznie, ale gdy zanurzyłam nos w papierowy pakiecik, poczułam się tak, jakby ktoś rzucił na mnie miłosny czar; i wiedziałam, że jestem zgubiona: zakochałam się w Tanyang Gongfu.
– Tanyang, jak sam nazwa wskazuje – jest przeznaczona do ceremonii gong fu cha. Praktykuj jej przyrządzanie. Najlepiej parzyć ją krótko i uważnie – instruował mnie Wojtek. – Jeśli masz gaiwan, to ta herbata świetnie nadaje się do przygotowania w takim naczyniu. Ale możesz też parzyć ją w glinianym czajniczku Yixing.

Po przyjściu do domu od razu zagotowałam w czajniku wodę na herbatę. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale ignorując rady Wojtka, postanowiłam zaparzyć tę herbatę tak, jak zwykle zaparzam czarne herbaty – w szklanym dzbanuszku trzymam liść we wrzątku 2-3 minuty, a potem napar przelewam do czajniczka, z którego następnie już nalewam do czarek lub filiżanek.
Już po pierwszym łyku czułam, że ten sposób parzenia Tanyanga był błędem…Zupełnie nie poczułam w naparze tego piękna, które zapowiadał zapach: ciepła słodycz, kwiatowe nuty i obietnica innych smaków, które ujawni kolejne i kolejne parzenie…
Przyznając się sama przed sobą do swojej własnej pychy i ignorancji postanowiłam posłuchać rady bardziej doświadczonego herbaciarza i zaparzyć Tanyanga tak, jak radził mi Wojtek.

Usiadłam spokojnie, wcześniej wszystko dookoła sobie posprzątałam, by powstała czysta przestrzeń na herbaciane doświadczenia.
Nowe parzenie, tym razem w szklanym gaiwanie. Woda około 90 stopni celsjusza i przelanie do czarki po dosłownie 10-15 sekundach. Pierwszy łyk. Poemat! Kwiaty i słód. Łagodność i radość. Tak, tak właśnie mnie zaparzaj – zdawała się mówić ta herbata – a będziesz zachwycona moim smakiem! W drugim łyku poczułam, jak lekkość i delikatność wiosennych płatków orchideii odpędza ode mnie wszystkie troski…
Subtelne kwiatowe nuty odegrały przepiękną symfonię akompaniując akcentom karmelowym i wdzięcznie przygrywając słodowym tonom. 7 szczęśliwych zaparzeń…
Biorąc ostatni łyk pomyślałam sobie, że trzeba koniecznie spróbować, jak ta herbata smakuje na świeżym powietrzu. Nadarzała się doskonała okazja, bo na dniach miałyśmy z Agnieszką zaplanowaną wycieczkę do Puszczy Kampinoskiej…

„Coś mu mówiło, że coś się kończy. Nie świat. Tylko lato. Będą jeszcze inne lata, ale nie będzie już takiego jak to. Już nigdy. A więc trzeba wykorzystać je w pełni”.
Terry Pratchett „Dobry omen”

Właśnie miniona środa była dniem, który w swojej pochmurności i chłodnej wilgoci unoszącej się w powietrzu, dawał przedsmak tego, że zbliża się koniec lata. Długo zastanawiałam się, czy zabranie ze sobą do lasu, na plenerowe parzenie, właśnie Tanyang Gongfu Hong Cha, jest dobrym pomysłem. Intuicja podpowiadała mi, że ta wielowymiarowa herbata jest pełna tajemnic i odsłoni je przede mną właśnie podczas parzenia w plenerze; przeczuwałam, że skrywa w sobie smaki, które mnie zaskoczą…. A już na miejscu poczułam, że ta herbata pasuje idealnie do zachmurzonego nieba, do wiatru, który raz mocniej, raz delikatniej tarmosił konary drzew strzepując z nich złociejące listki.

Po kilku kilometrach marszu w końcu na naszym szlaku ukazała się przycupnięta między drzewami ławeczka. I tak, jak podczas spaceru towarzyszyła nam rozmowa, tak teraz – usiadłszy – zamilkłyśmy. Wyciągnęłam z plecaka termos z wodą, mój szklany gaiwan i czarki. I oczywiście herbatę. Dookoła cisza przerywana ptasimi trelami, szumem drzew i szelestem opadających liści. Zbierało się na deszcz.

20150825_133053
Pierwszy napar Tanyanga był zaskakujący. Oczywiście! Z poczuciem obcowania z czymś znajomym, jednocześnie odkrywałam smaki, których albo wcześniej ta herbata przede mną nie ujawniła, albo ja ich nie zauważyłam. Bardzo słodowa, z wyraźnie wybijającym się na pierwszy plan karmelowym smakiem. Wąchamy przykrywkę gaiwana i czujemy odbicie unoszącego się wokół nas powietrza – jakby ziemi zgrzanej słońcem chwytającej wilgoć zbliżającego się deszczu…

20150825_133648  20150825_135856
– Zobacz – mówi Agnieszka wskazując na brzozowy zagajnik nieopodal naszej ławeczki – ile pożółkłych liści strąca wiatr.
– Tak szybko straciły zieleń z powodu suszy.
– A ta żółtość jest niemalże taka, jak kolor naszej herbaty.
Drugie parzenie. Teraz w karmelu zostały obtoczone prażone orzeszki. Do głosu dochodzą subtelne kwiatowe nuty… Gdzieś, niczym lekki wiatr, przemyka aromat brzoskwini. Czujemy delikatną goryczkę, która jest raczej ciepła, cynamonowa niż winna… I właśnie to cynamonowe muśnięcie rozchodzi się po podniebieniu jak echo lekką pikanterią. Na pokrywce gaiwana można wyczuć warzywne nuty… Chwytamy tę różnorodność smaków zafascynowane…
– Jak dobrze o wszystkim zapomnieć… Nie myśleć o pracy, o robotnikach, którzy mają wymienić wodomierze, o liście zakupów… – mówi Agnieszka dopijając herbatę.
Przytakuję.
Bodajże przy piątym parzeniu kończy się nam woda w termosie.

Pakuję wszystkie utensylia do plecaka i ruszamy dalej. Mamy jeszcze inne plany, jak w pełni wykorzystać to zbliżające się do końca lato…

20150825_134907

Nokcha Sejak DARACK. Niespodziewane spotkanie…

Jeszcze dni są słoneczne, jeszcze wiatr jest łagodny i pieszczotliwy więc jak mogłabym nie wykorzystać tych pięknych okoliczności przyrody i odmówić sobie kolejnego parzenia herbaty w plenerze?

W Parku Ujazdowskim znalazłam ciche miejsce przy kamiennym wodospadzie. Wyjęłam z torby nierozpakowaną jeszcze herbatę, którą chciałam dziś degustować na świeżym powietrzu – koreańską Nokcha Sejak DARACK. Gdy rozkładałam czarki, gdy opłukiwałam gaiwan lekko parującą wodą z termosa, powoli przysiadali się do mnie bohaterowie kolejnej opowieści, ich rozmowy – z początku urywane – zaczynały układać się w całe zdania i dialogi.
Pierwsze parzenie było zachwycajaco słodowe i przywodziło na myśl beztroskie wakacje…

20150824_102340  20150824_102615  20150824_104204  20150824_103524
To miała być zupełnie inna historia, ale rzeczywistość przynosi czasami tak miłe niespodzianki, że trzeba je chwytać i smakować z przyjemnością i ciekawością jak herbatę, którą pijemy po raz pierwszy w życiu…
Właśnie nalewałam do czarki herbatę z drugiego parzenia, gdy nieśmiało podeszła do mnie starsza kobieta.
– Przepraszam – powiedziała uśmiechając się – ale chciałam zapytać, co pani robi?
– Teraz zaparzyłam zieloną herbatę, którą mam zamiar sfotografować – powiedziałam. Proszę – wzięłam czarkę i podałam ją kobiecie – niech pani spróbuje.
-Ach, nie, nie…ja tylko chciałam zapytać co pani fotografuje, może jakieś kamyczki…siedziałam tam nieopodal, wie pani – umówiłam się z koleżanką, która jeszcze nie przyjechała i tak siedziałam tam na ławeczce – wskazała ręką na ścieżkę po drugiej stronie parkowego wodospadu – i przygladałam się co pani robi. Postanowiłam podejśc i zapytać…
– Robiłam zdjęcia herbaty na mojego bloga. Proszę – znów podałam kobiecie czarkę z herbatą – proszę napić się ze mną herbaty.
Kobieta jeszcze chwilkę się wzbraniała, ale ponieważ byłam nieugieta i zachęcałam do przyłaczenia się z uśmiechem, starsza pani w końcu wzięła z mojej ręki czarkę i popatrzyła na napar herbaciany.
– A co to za herbata? – zapytała.
– Zielona. Koreańska. Kupiłam ją w ubiegłym roku w Krakowie, w Czajowni…Co ja mówię? Nie w ubiegłym roku – roześmiałam się – to było w tym roku. Ale tyle rzeczy się wydarzyło, że wydawało mi się, że to było co najmniej rok temu…
-Wie pani, ja to nie lubię zielonych herbat – powiedziała kobieta.
– Niech pani spróbuje.
Starsza pani usiadła na kamiennej ławce obok mnie i podejrzliwie zanurzyła usta w czarce z naparem.
– O, nie jest wcale taka zła…
Zaśmiałam się.
– Jest badzo dobra. Chociaż teraz, w drugim parzeniu, jakby ukryła przede mną swoje piękno. Ale zaraz zrobię kolejne parzenie i zobaczymy jaka będzie w smaku…

20150824_104154
– To robiła pani zdjęcia na bloga? – Gdy skinęłam głową, kobieta mówiła dalej: Mój kolega też prowadził bloga. Pisał wiersze i zamieszczał je w internecie…
– A jak sie nazywa ten blog? – zainteresowałam się. – Chętnie poczytam…
– A, nie…on już nic tam nie zamieszcza. Wie pani jak to jest, jak już człowiek jest starszy…a ten poeta ma, tak jak ja, 70 lat. W takim wieku już się wielu rzeczy po prostu nie chce…coś boli, coś strzyka i to potem odbiera ochotę na robienie czegokolwiek.
– Znam studentów z drugiego lub trzeciego roku, którym się też nic nie chce, a nic im nie strzyka. Przynajmniej nie powinno – mówię.
– Ach, bo to, wie pani, zależy od człowieka…Ja jeszcze mam siły, chwała Bogu, i coś się zawsze zorganizuje. Poszłam – bo mogłam – na wcześniejszą emeryturę; chciałam jeszcze się życiem nacieszyć a nie tak ciągle pracować i pracować. Dziś się umówiłam z koleżanką i idziemy na spacer…Najgorsze, jak się człowiek zasiedzi…
Tymczasem ja zrobiłam trzecie parzenie koreańskiej herbaty. Rozlałam napar do czarek. Moja rozmówczyni, już trochę śmielej, wzięła pierwszy łyk. I kolejny, i kolejny. Obserwowałam, jak smakuje napar, jakby próbowała zidentyfikować jego wszystkie smaki…
– Bardzo łagodna – powiedziała po chwili. Chociaż ja nie przepadam za zieloną herbatą…
– Tak, łagodna, trochę słodowa, z warzywnymi akcentami…
– Tak, rzeczywiście trochę taka warzywna…
– I nie ma goryczki…
– Ja to generalnie nie pijam herbaty. Ale ta mi nawet smakuje. Kawy zresztą też nie piję.
– Nie lubi pani kawy?
– Wolę zapach. Ale muszę powiedzieć, że nie piłam zbyt często dobrej herbaty. Kiedyś pojechałam do Budapesztu i tam mieliśmy zakwaterowanie w kwaterze, to była kwatera główna. Przyjechaliśmy tam z lotniska i pani, która nas obsługiwała zapytała czy chcemy herbaty lub kawy. Ponieważ nie przepadam za kawą, poprosilam o herbatę. Powiem pani, że o mały włos a znienawidziałabym herbatę do końca życia. Boże, co ja dostałam? Ta kobieta, która mi zaproponowała tę herbatę, ona ją zrobiła nie tak, jak my robimy – w czajniczku i zalana wodą – ona to w garnku, pewnie w takim co wcześniej kartofle gotowała i nie umyła tego garnka, nalała wody, wsypała tę herbate i zagotowała. I ja taką herbatę z garnka dostałam. Boże – myślałam – nie wypiję tego bo to jakies obrzydlistwo; ale dobrze, że mieli tam cytryny. Wtedy w Polsce cytryn tak nie było, ale tam mieli. Poprosiłam o cytrynę i trochę tego soku sobie wycisnęłam i wtedy mogłam tę herbatę wypić; ten sok uratował całą herbatę.
– A w którym to było roku – zapytałam zaintrygowana.
– W 65 lub 66. Chyba 65. Tak, to był 65 rok.
– A pamięta pani z czasów prl-owskich oolongi?
– Tak, pamiętam oolongi.
– Wiele osób mówi, że to były najgorsze herbaty, jakie pili; gdy teraz pokazuję równolatkom mojej babci oloongi z Tajwanu czy z Tajlandii, wszyscy otwierają szeroko oczy i mówią, że te pięknie pachnące herbaty nie mogą być oolongami, bo tamte były po prostu obrzydliwe…
– Ja nie piłam złych oolongów. Nie mogę powiedzieć, że to były najgorsze herbaty. Nie były tak dobrej jakość jak teraz, ale nie mogę powiedzieć, że były najgorsze z możliwych. Ale wie pani, wtedy prym wiódł Madras…zdobyć taka herbatę, to było coś. Była wyśmienita. O, już jest moja koleżanka – zakrzyknęła moja rozmówczyni – chodź tu do nas. Czekałam na ciebie i patrzę a pani jakieś zdjęcia robi. Okazuje się, że pani ma bloga i pisze tam o herbatach. A tutaj pijemy zieloną herbatę.
Przywitałam się z nowo przybyłą starszą panią i nalałam do czarek zrobione przed chwilą już czwarte parzenie. Podałam czarkę drugiej starszej pani, która – podobnie jak wcześniej jej koleżanka – patrzyła na mnie i na podawaną przeze mnie herbatę podejrzliwie.
– Nie, nie dziękuję bardzo… A co to za herbata?
– Zielona. Koreańska, niech pani spróbuje – zachęcałam.
– Nie, nie, ja to naprawdę nie lubię zielonych herbat…
– Niech pani tylko spróbuje – kusiłam z uśmiechem.
W końcu pani dała się namówić. Wzięła łyk i jej twarz się rozpogodziła.
– Ach, jaka dobra – zwróciła się z uśmiechem do koleżanki.
– Tak, ja też nie lubię zielonych herbat, ale jak mnie ta pani poczęstowała i spróbowałam, to chyba teraz zacznę pić zielone herbaty… Może pani sobie to przypisać na plus, że przekonała mnie pani do zielonych herbat – zwróciła sie do mnie ze śmiechem
-Bardzo się cieszę; dziękuję – odpowiedziałam z radością.
Tymczasem kobieta, która przed chwilą dołaczyła do nas dopiła herbatę do końca i odstawiła czarkę.
– No naprawdę dobra herbata. Ja nie wiedziałam, że zielone mogą być tak dobre…Bo ja to zwykle piję jakieś takie mocne i gorzkie…
– Może za wysoka temperatura parzenia – zasugerowałam.
– Nie, przecież my wiemy, że zielone trzeba zaparzać przestudzoną wodą…Ale ja to piję, wie pani, takie z saszetek…
– To zachęcam do picia herbat liściastych – są o wiele smaczniejsze i zdrowsze. Proszę zobaczyć jaki piękny liść herbaciany – powiedziałam jednocześnie pokazując paniom tulące się na dnie gaiwana liście Darack`a.

20150824_103211
– Tak, piękne, piękne liście – przytaknęły zgodnie.
-Dobrze, na nas już czas – powiedziała pierwsza pani. Życzymy wszystkiego dobrego w prowadzeniu bloga i bardzo dziękujemy za poczęstowanie nas herbatą.
– Bardzo dziękuję. I bardzo się cieszę, że napiły sie panie ze mną herbaty. Wszystkiego dobrego – pomachałam na pożegnanie dwum oddalającym się powoli starszym paniom.
Zajrzałam do termosa i oszacowałam, że wystarczy wody na jeszcze jedno, ostatnie już, parzenie. Gdy piłam napar z czarki myślałam o przypadku, który przeplata ze sobą losy różnych ludzi. Czemu mają służyć te spotkania? Czy rzeczywiście – jak się często słyszy – każde spotkanie ma nas czegoś nauczyć? Czy naprawdę jest tak, jak pisze w „Mowie ciszy” Eckart Tolle: ” Ostatecznie, nie ma żadnych innych – wszędzie i zawsze spotykasz tylko siebie”?

20150824_103353

Wuji Oolong. Plenerowe parzenie.

– To nie będzie dobry dzień – zawyrokowała Julia wyskakując z łóżka z marsem na czole i jednym okiem sklejonym jeszcze snem. – Nie wyspałam się.
A jednak po lekkim i szybkim śniadaniu zarzadziła zbiórkę utensyliów herbacianych i wyprawę do pobliskiego parku na parzenie herbaty.
Zrzędziała po drodze, że taki upał, że tyle hałasu dookoła, i że po co ci wszyscy ludzie się tak spieszą. Ona przez to wszystko się nie wyspała. -Absurd! – pozwoliłam sobie na negację jej nieszczęścia co wywołało jeszcze wiecej biadolenia, że nawet ja jej nie rozumiem. Taka ze mnie przyjaciółka…
Chłód i spokój parku podziałały na Julię kojąco. W ustronnym miejscu znalazłyśmy niewielki stolik i siedziska; z oddali słyszałyśmy echa wielkiego miasta. Tu czas spowalniał swój bieg…
Rozłożyłyśmy nasze herbaciane przyrządy. Julia odkręciła termos, opłukała czajniczek i czarki. Do czajniczka wsypała garść oolonga, którego ciemna barwa wskazywała na jego wyższą oksydację. Wyciagnęłam szyję, by lepiej przyjrzeć się jeszcze suchemu liściu.
– To Wuji Oolong – powiedziała Julia zalewając ciemne, zwinięte w kuleczki liście. – Pochodzi z północno- zachodniej części prowincji Fujian u stóp malowniczych gór Wu Yi.

20150806_11185720150806_112159

 

Przyglądałam się, jak Julia zaparza herbatę. Nie rozmawiałyśmy. Przez około 3 minuty robiła tzw. budzenie liścia. Cały napar wylała na drewniany stolik. Potem zrobiła kolejne parzenie. Nie liczyła czasu, ale chyba było to również około trzyminutowe parzenie. Napar nalała do czarek. Pamiętałam tę herbatę z ubiegłorocznych zbiorów – była zadziwiająco lekka, bardzo mineralna już od pierwszego parzenia. Teraz zaskoczyła mnie dominujacym drzewno-ziemistym posmakiem z lekkim, ale jakże cudownym kwiatowym akcentem w tle. Przywodziła na myśl leśne runo nagrzane słońcem z odrobiną parujacej wilgoci. Bardzo wyraźnie dało sie wyczuć ciepłe, słodowe akcenty. I kwiaty – barwne kwiaty…

20150806_113904
W drugim parzeniu ziemiste nuty usunęły się na dalszy plan; napar stał się bardziej słodowo-kwiatowy, bardziej delikatny, wysubtelniał. Zachwycił mnie kolor – niemal płynne złoto. I liść pięknie się rozwinął. Czujesz? – powiedziała w pewnej chwili Julia – czujesz tę enigmatyczną pikanterię z drzewną nutą? Tak, jak lekki podmuch wiatru pojawiały się jakby pieprzowe akcenty…niezwykłe doznanie…

20150806_11375520150806_113833

 

Powierzchnia wody w czajniczku wyglądała jak czysta rzeka, pod której taflą można dostrzec cudnej zieleni wodorosty. Liście mojego oolonga są jak te rzeczne wodorosty. Patrzę, jak słońce łaskocze wodę w moim malutkim czajniczku; jest w tym jakaś nieskrępowana radość, która oddala z serca wszelkie troski świata.
– Ta herbata przywodzi mi na myśl stary, bujny las tropikalny z parującą w słońcu wilgocią i aromatem egzotycznych kwiatów; jest w nim spokój i harmonia,choć jednocześnie jakaś dzikość i pierwotność – powiedziałam i trzecim łykiem opróżniłam czarkę.

20150806_113923
Spokój. Promienie słońca, lekki wiatr na rozgrzanej skórze, szum fontanny i piski rozbawionych, rozradowanych dzieci. Pan z laptopem przysiadł na ławeczce nieopodal. Ścieżką obok naszego stolika niespiesznie przeszła para staruszków z kijkami do nordic walking
– Popatrz na liście – mówi Julia. Popatrz na trawę a potem na konary drzew – jaka jest w nich niesamowita akceptacja. Nie mają planów, nie mają ambicji. Wystarczy im to, co jest…

20150806_11321220150806_114308
Julia robi kolejne parzenie. Straciłam już rachybę – które. Parzenie stało się jednym z elementów mojej cichej obecności wśród parkowej zieleni. Ale zaczynam czuć w naparze tę mineralność, jakby smak kamienia, które czułam w ubiegłorocznym Wuji Oolongu.
-Zobacz – słyszę po chwili – zobacz, już opadają zżółkłe liście…
Wiatr szybko porywa piankę z powierzchni herbaty, którą Julia właśnie zaparzyła w czajniczku.
– Przypomina mi się – mówię – scena z jednego z moich ulubionych filmów – „Pod słońcem Toskanii”, w którym główna bohaterka pomaga znajomemu napisać kartkę dla mamy; stara się opisać otaczajace piękno: siedzą na murku, zajadają winogrona i obserwują ludzi na targu w Cortonie, którzy po prostu cieszą się życiem, możliwością rozmowy z innymi ludźmi, niespieszną degustacja kawy w kawiarni pod parasolem w paski, drobnymi przyjemnościami. Bohaterka bierze do ust winogrona i czuje ich filetową słodycz rozpływajaca się na podniebieniu, czuje ich fioletowy smak; i tylko dzwony na kościelnej wieży przypominają o upływajacym czasie…
Tymczasem w naszej rzeczywistości dzwony kościelne oznajmiają, że właśnie nastało południe. Słońce puszy się jak paw. Niedaleko ktoś postanawia skosić trawnik i nagle cisza przestaje być błoga. Czas wracać.
– To chyba jednak nie będzie aż taki zły dzień – mówi Julia z uśmiechem.

20150806_113131