Konacha, która matchą być nie chciała czyli zwariowane eksperymenty herbaciane…

Michał wszedł bezceremonialnie do pokoju.
– Wstawiłaś wodę?
– Jeszcze nie – mruknęłam znad papierów bezładnie porozrzucanych na stole.
– Przyniosłem zieloną herbatę, którą kupiłem w Japonii – oznajmił z dumą Michał.
– O, a jaką? – z nadzieją na coś dotąd niespotykanego otworzyłam szeroko oczy i spojrzałam wyczekująco na Michała.
– Matchę.
– Sproszkowaną? – upewniłam się.
– Nie, nie sproszkowaną.
– To nie matcha – powiedziałam.
– Jak wszedłem do sklepu i powiedziałem „matcha” to facet dał mi tę właśnie herbatę.
Po czym Michał wyjął z torby słoik po musztardzie sarepskiej i podał mi go. W środku było pełno zielonych, drobnych igiełek z lekkouchwytnym, złotym refleksem o zapachu świeżej, wiosennej łąki…
– To nie matcha – zawyrokowałam.
– To co to za herbata? – z powątpiewaniem w moją wiedzę herbacianą zapytał Michał.
– Nie wiem – odparłam. -Ty mi powiedz; w końcu to ty byłeś w Japonii.
– No, ja byłem przekonany, że to matcha – Michał usiadł zrezygnowany. Ale po sekundzie podskoczył z entuzjazmem: zapytam kolegę, z którym byłem wówczas w Japonii – może on będzie wiedział.
– To jest dobry pomysł.

Wróciłam do swoich porozrzucanych na biurku papierów a Michał usiadł na kanapie i zawzięcie zaczął smsować z kumplem na temat herbaty, której nie potrafiliśmy zidentyfikować.

– To Konacha! – krzykiem odkrywcy oznajmił po chwili Michał. Kumpel pisze, że tę herbatę sporządza się z pozostałości po najwyższej jakości senchy oraz gyokuro z okolic Kyoto.
– To już coś. – mówię. -Parzyłeś ją już?
– Parzyłem. Według wskazówek, które wyczytaliśmy na opakowaniu, czyli wrzątkiem i bardzo krótko. Ale wcale a wcale mi nie smakowała…
– Dobrze; ja zrobię tę herbatę po swojemu – powiedziałam podnosząc się zza biurka i idąc do kuchni, by nastawić wodę na herbatę.

Tymczasem Michał, po szybkim niczym wiązka światła przeglądzie mojego regału z książkami, usiadł przy stole i zawzięcie przepisywał z angielskiego tekstu nowe słówka do nauki.
Woda znacznie ostygła. Nie byłam pewna, ale chyba do 80 lub 70 stopni. Zalałam maleńkie igiełki w czajniczku z sitkiem. Od razu zauważyłam jak drobna jest ta herbata, bo widziałam jak wiele igiełek wydostało się z zaparzacza.

Michał wziął pierwszy łyk.
– O rety, jaka dobra herbata! – wykrzyknął i spojrzał na mnie pytająco. – To na pewno ta moja Konacha?
– Twoja, twoja – odparłam z uśmiechem.
Aromat lekki, wiosenny; trochę podobny do Kirisakury, choć delikatniejszy, jakby Konacha była młodszą siostrą Shinchy Kirisakury, co by się nawet zgadzało…
– W ilu stopniach zaparzyłaś? – pyta Michał.
– Nie wiem. Parzę herbaty intuicyjnie, bez termometrów i czasomierzy…

20150728_191259   20150724_122726

Popijaliśmy konachę niespiesznie, gdy nagle Michał wykrzyknął:
– Zróbmy eksperymenty herbaciane!
– Co dokładnie masz na myśli? – niekiedy pomysły Michała były tyleż niezwykłe, co przerażające.
– Spróbujmy zrobić parzenia konachy na kilka sposobów i zobaczymy jak te różne metody jej przygotowywania wpłyną na smak naparu…
– Okey – powiedziałam ostrożnie.
– Zrobimy tak – Michał poderwał się na równe nogi – ja będę próbował parzyć w czajniczku a ty spróbujesz jak wyjdą parzenia w… kawowym dripie.
– Okey – nadal podchodziłam do całego pomysłu raczej dość sceptycznie.
– Poeksperymentujemy z temperaturą wody – z tymi słowami Michał zniknął w kuchni i usłyszałam, jak stawia czajnik na gaz.

Zobaczmy, co z tego wyniknie – pomyślałam i poszłam za Michałem.

20150907_203347

Pierwsze parzenie – jedno w czajniczku, drugie w dripie, zrobiliśmy temperaturą ok. 90 stopni celsjusza i Michał wyjął zaparzacz po ok. pół minuty. Ja musiałam poczekać, aż woda spłynie do czarki. Oba napary były mętne. I o ile Konaczę zaparzoną przez Michała można było pić, choć nie urzekała łagodnością i lekkością – raczej była płaska, to mojego naparu nie sposób było przełknąć bez grymasu na twarzy. Cierpkość, gorycz, ziemistość… Okropność!

Gdy jeszcze bardziej przestygła nam woda – do ok. 80-82 stopni, zrobiliśmy kolejne parzenie w tych samych naczyniach. Zobaczyłam, że Michał bardzo powoli wlewa wodę do czajniczka.
Co robisz? – zaciekawiłam się.
– Staram się lać wodę nie bezpośrednio na liść, ale po ściankach sitka…

20150907_203823

Po minucie spróbowaliśmy swoich naparów. Mój nadal był obrzydliwy, Michała stał się troszeczkę łagodniejszy, przyjemnie świeży niczym powiew wiosny…

Postanowiłam zrobić jeszcze jedno parzenie tego samego liścia dość przestudzoną wodą. I podczas gdy ja zajęłam się swoją Konachą w dripie, Michał czarował przy czajniczku; gdy zapytałam co robi, odparł, że będzie próbował zaparzyć naszą zieloną herbatę jeszcze raz, od nowa, ale w niższej temperaturze…

W pewnym momencie nasze eksperymenty przybrały formę zwariowanych działań szalonego chemika. Może to dlatego, że ani ja, ani Michał nie jesteśmy umysłami ścisłymi i zdyscyplinowana metodyka badań jest nam raczej obca.
– Nasze badania nie są miarodajne – powiedziałam.
– Dlaczego?
– Bo powinniśmy zaparzać tą samą ilość herbaty tą samą temperaturą wody i w tym samym czasie, choć wszystko to w różnych naczyniach. W momencie, kiedy parzymy to każdy po swojemu, bo przecież teraz zalałeś dużo mocniej przestudzoną wodą, nie mamy porównania…
– No, dobra… Chyba nas poniosło… – Roześmialiśmy się oboje.

– Wniosek jednak można wysnuć niepodważalny z naszych dotychczasowych eksperymentów: mętność naparu Konachy wynika albo z wysokiej temperatury wody, albo z lania tej wody bezpośrednio na liście. No i ta herbata łagodnieje, gdy parzymy niższą temperaturą wody – wtedy robi się taka świeża i radosna, a nabiera goryczki i mocy, gdy parzy się ją albo niemal wrzątkiem, albo dłużej niż 3 minuty – podsumowałam.
– Tak czy siak, nie jest to żadna rewelacja – powiedział Michał dopijając napar z ostatniego swojego parzenia.
– Może nie rewelacja, ale ciekawostka – odparłam. – No, ale mieliśmy dziś trochę japońszczyzny… Ja jeszcze nie byłam w Japonii – powiedziałam z lekkim smutkiem w głosie. – Ale wygląda na to, że Japonia przychodzi do mnie…
Z uśmiechem puściłam oczko do Michała i skierowałam się do pokoju.
– Jak to? – zaciekawił się.
Ponieważ nie odpowiedziałam, wychylił się w moją stronę i zakrzyknął:
– Jak to Japonia do ciebie przychodzi?
– Zaraz wszystko ci opowiem – odkrzyknęłam.

cdn…

6 myśli na temat “Konacha, która matchą być nie chciała czyli zwariowane eksperymenty herbaciane…

  1. Ale fajnie! Takie eksperymenty, to według mnie, najlepszy sposób na naukę i poznanie herbaty:) I polecam jednak nieco usystematyzować, bo później, z każdą herbatą będzie ciężej zapamiętać co i jak:)

    Polubienie

  2. Noo ciekawe eksperymenty 🙂 W sumie nigdy nie pomyślałem, żeby zaparzyć herbatę w dripie 😉 A parzyłaś już w ten sposób jakieś inne herbaty?? 🙂
    I jeszcze odnośnie do Kirisakury – pamiętam, jak na początku przygody mojej z herbatą, wróciliśmy z koleżanką ze studiów z Warszawy z teatru Ateneum, i kiedy nie miałem jeszcze pojęcia, o różnicach między herbatami chińskimi a japońskimi, nie mówiąc już o Darjeelingu, czy Nepalu 🙂 I wracając do rzeczy – zrobiła na mnie takie wrażenie, jak żadna inna herbata. Do dzisiaj czuję jej aromat, smak, i kolor w kubeczku, w którym mi ją zaserwowała. Do teraz, żadna herbata mi nie zasmakowała tak bardzo, jak wtedy Kirisakura… nawet ona sama nie jest już taka sama jak wtedy, chociaż bardzo ją cenię, i uwielbiam 🙂

    Polubienie

    1. Zanim spróbowałam Kirisakury, myślałam, że zachwyty nad nią są mocno przesadzone bo raczej oparte na dobrym marketingu…Gdy jednak jej spróbowałam – wiedziałam, że jest wyjątkowa…Ona przenosi ducha do krainy spokoju i błogostanu… 😉 Konacha ma w sobie świeżość i wiosenność ale daleko jej do kwiatu wiśni we mgle… 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s