Butterfly Pea Tea…

Ten wpis miał mieć charakter archiwizacyjny – chciałam bowiem uchronić od zapomnienia herbatę, którą jakiś czas temu dostałam w prezencie.
Ale zacznę od początku.
Kilka miesięcy temu Alicja zrobiła mi niespodziankę i obdarowała mnie niebieską herbatą z Tajlandii. Właściwie to nie herbata a kwiaty, choć nazywana jest Butterfly Pea Tea. Nic o tej roślinie nie wiedziałam a i Alicja też niewiele mogła mi o niej powiedzieć, ponieważ niebieskie kwiaty dostała od koleżanki, która co prawda Butterfly Pea Tea osobiście przywiozła z Tajlandii, ale wiedziała o tych niebieskich kwiatach tylko tyle, że napój z nich jest ogromnie w Tajlandii popularny.
Zaintrygowana poszperałam trochę w Internecie; chciałam wiedzieć więcej o tej tajemniczej herbacie o pięknym niebieskim kolorze. Niewiele jednak informacji znalazłam na polskich stronach. Butterfly Pea Tea to po łacinie Clitoria ternatea L. czyli Klitoria ternateńska –gatunek tropikalnej rośliny należący do rodziny bobowatych (Fabaceae).

Clitoria_ternateazdjęcie:wikipedia.org/wiki/Klitoria_ternate%C5%84ska

W niektórych opisach zachęcających do kupna tej herbaty widnieje informacja, że niebieskie kwiaty pochodzą z organicznych plantacji północnej Tajlandii, gdzie codziennie są zbierane w promieniach wschodzącego słońca a następnie, również na słońcu suszone. Brzmi romantycznie, prawda? 😉
Butterfly Pea Tea używa się w Tajlandii w różnych sytuacjach: czasami jako ozdobę na specjalne okazje, kiedy Tajki wplatają niebieskie kwiaty we włosy lub po prostu zatykają za ucho. Najczęściej jednak Butterfly Pea Tea jest wykorzystywana w tajskiej i malezyjskiej kuchni do barwienia potraw – np. ryżu; do przygotowania orzeźwiającego napoju, kiedy to do naparu z niebieskich kwiatów dodaje się łyżeczkę miodu i sok z cytryny oraz lód. I właśnie z dodatkiem cytryny i miodu jest podawana jako tradycyjny tajski drink powitalny – Nom dok Auchan.
Ale głównie Butterfly Pea Tea jest w Tajlandii popularna ze względu na swoje bogate właściwości zdrowotne. Przypisuje się tej roślinie działanie antydepresyjne, właściwości przeciwzapalne, przeciwbólowe, antybakteryjne, a jako że wzmacnia system odpornościowy – także przeciwnowotworowe. Ta piękna niebieska herbata hamuje wypadanie włosów i wspomaga ich porost; korzystnie wpływa na cerę, poprawia wzrok, stymuluje krążenie krwi. Naukowe badania potwierdziły, że wywar z Klitorii ternateńskiej ma działanie relaksacyjne połączone z rozluźnieniem mięśni gładkich.

Przy zaparzaniu Buterfly Pea Tea towarzyszyła mi przede wszystkim ciekawość.
Kwiaty, przed zaparzeniem pachną karmelkowo-waniliowo. Urocze. Ale już sam napar smakuje jak łagodna, słodowa herbata ziołowa – przyjemny, aksamitny smak.

20150718_124234 20150718_125336

Naprawdę niezwykłe doznanie smakowe, choć przede wszystkim wizualne 🙂

Ktoś z Was próbował Butterfly Pea Tea?

Źródła:
https://en.wikipedia.org/wiki/Clitoria_ternatea
http://www.wildhibiscus.com/products/heart-tee-blue-tea?variant=1043117264
http://praneesthaikitchen.com/tag/butterfly-pea-tea/
http://rawandlovely.blogspot.com/2014/02/health-benefits-of-butterfly-pea-tea.html
http://steamykitchen.com/32329-giveaway-organic-blue-tea-from-bluechai.html
http://bluechai.com/what-is-bluechai/
http://www.paradisemoon.com/herbal/Siam-Natural_Butterfly_Pea.htm
http://b-lure.com/butterfly-pea-flowers/
http://www.notatnikkuchenny.pl/?p=924

 

Reklamy

Kogane Midori i przemijające piękno…

Po wyjściu Michała poczułam się dziwnie nieswojo w pustym i cichym mieszkaniu…
Gdy w czajniku bulgocze woda, ja ze specjalnej puszki wyciągam ostatnią herbatę, jaką dostałam od Tomo w prezencie. Niewielka ilość, może półtorej łyżeczki, niczym garstka złotego kruszcu majaczy na dnie puszki. Kogane Midori (Kogane – złoto, Midori – zielone) z plantacji Shizouka.

20151025_081657

Byłam niezwykle zdumiona, gdy Tomo powiedział, że tę herbatę należy parzyć w niskiej temperaturze – nawet 20 – 25 stopni Celsjusza. Ja pierwsze parzenie Kogane Midori robię wodą, tak ok. 25 – 30 stopni Celsjusza i trzymam pod pokrywką gaiwana 2 minuty, może trochę krócej… Pierwszy łyk otula mnie łagodnością, którą dopełnia delikatna chropowatość pozostająca na języku. Napar jest bez goryczki, a subtelna morska nuta (charakterystyczna dla herbat japońskich) pięknie współgra z akcentami trochę przypominającymi kwiat lipy. Wącham liście, które zostały w gaiwanie – takiej delikatności nie sposób opisać słowami. Kogane Midori jest jak czysta, źródlana woda, która jednak nie gasi pragnienia – jest tak aromatyczna i delikatna, tak słodko upaja, że chce się ją pić bez końca…

Drugie parzenie, już bardziej przestudzoną wodą, robię mniej więcej przez trzy minuty. Teraz wyczuwam w naparze lekki podmuch goryczki i herbata ujawnia w pełni swoje japońskie pochodzenie…

20151025_082723  20151025_084418

Spoglądam z czułością na moją czarkę, z której dziś piję Kogane Midori. Zakochałam się w tym maleńkim naczynku od pierwszego wejrzenia; nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć tego afektu…może dlatego, że wydała mi się doskonała w swej kruchości i piękna w widocznym skupieniu ceramika, który ją wykonał? A wykonał ją Andrzej Bero. Zobaczyłam ją na Święcie Kawy i Herbaty w Warszawie i bardzo, ale to bardzo zapragnęłam ją mieć. Była jednak, wraz ze swoją bliźniaczą, choć trochę większą siostrą, zarezerwowana. Przez Wojtka, który na tymże Święcie, obok ceramiki Andrzeja, prezentował swoje rewelacyjne herbaty.

20151017_133724

Gdy zapytałam Wojtka czy na pewno chce te dwie czarki, odparł, że też zakochał się w nich, jak tylko Andrzej odwinął je z papieru. I owszem – chce je mieć obie, bo są cudowne. Ach, nie mogłam oponować – są doskonałe… Chodziłam obok tej czarki długo, podziwiałam ją z każdej strony, robiłam zdjęcia i nie mogłam pogodzić się z faktem, że nie będę jej miała… Mnie samą zdumiało to zaborcze pragnienie wejścia w posiadanie tej maleńkiej czareczki… Po kilku godzinach kręcenia się wokół tego cudu ceramiki, po spenetrowaniu innych stoisk z ceramiką w nadziei na znalezienie niezarezerwowanego, w pełni gotowego na zakup substytutu czareczki Andrzeja, poddałam się i znów wróciłam do tej zarezerwowanej przez Wojtka.

– Andrzeju – zaczęłam konspiracyjnie i błagalnie – Czy ty kiedyś może nie zechciałbyś zrobić podobnie cudownej czarki? Może wkrótce będziesz miał podobne natchnienie?…
– A co, Wojtek chce mieć te dwie? – zapytał Andrzej.
-No chce, taki niedobry – powiedziałam głośniej, by Wojtek mógł też usłyszeć mój żal – uwziął się, zaanektował sobie to cudo zanim ktokolwiek zdołał na nie rzucić choćby jednym okiem…
A Wojtek najzwyczajniej w świecie powiedział:
– Co, chcesz tę czarkę?
– Bardzo chcę!
– Ale tę małą?
– Tak, właśnie tę małą chcę!
– Dobra, jest twoja…
– Wojtku – patrzyłam na niego oczami wielkimi jak dwa latające talerze – jesteś pewien? Nie mogłam wyjść z podziwu, z jaką łatwością Wojtka stać na taki pełen szlachetnej dobroci gest.
– Tak, moja jest ta większa a ta mała jest twoja…
Niczym niespełna rozumu z radości wyściskałam Wojtka a potem Andrzeja. Byłam najszczęśliwszą osobą na Ziemi. We wszechświecie! 🙂
Czy ja mogłabym, tak jak Wojtek, z taką prostotą i lekkością oddać komuś rzecz tak wspaniałą i pożądaną przeze mnie? Nie wiem…

Otrząsam się ze wspomnień, by zrobić trzecie parzenie Kogane Midori. Herbata jest nadal  uroczo łagodna; goryczka stała się aksamitna i mile łechce podniebienie. Szlachetność tej herbaty jest w jej biernej delikatności, w jej złotym kolorze naparu, który nawet po trzecim parzeniu wciąż pozostaje spokojnie intensywny…

20151025_083201

Dziwne, ale pijąc małymi łyczkami Kogane Midori, rozkoszując się jej szlachetną subtelnością, mam poczucie przemijalności…Niebawem wezmę łyka herbaty, który będzie ostatnim…Jakże się nie chce, by to co piękne i dobre tak szybko się kończyło… Jakże trudno pozwalać życiu płynąć, pozwalać mu unosić swój los, swoją codzienność bez sprzeciwiania się przemijaniu tego, co nie chcemy by przeminęło; jakże trudno pozwolić trwać rzeczom tyle ile trwają i nie rozpaczać, gdy zniszczeją, gdy rozpadną się, zbrzydną lub zostaną nam ukradzione… Ta idea nieprzywiązywania się do zjawisk i rzeczy stoi w tak bolesnej sprzeczności z silną potrzebą, pragnieniem właściwie, zachłannego zatrzymania piękna i przyjemności – urokliwych przedmiotów czy wybornej herbaty, która przenosi ducha w obszary spokoju, przyjemnej równowagi i beztroski…

Czwarte parzenie, około czterominutowe, robię już znaczniej chłodniejszą wodą. Napar staje się delikatnie kwiatowy; kolor trochę przybladł dając jakby znak, że ta herbata powoli odchodzi; że oddała mi już to, co miała najcenniejszego i jej czas dobiegł końca… Więc przy piątym parzeniu zrobiłam coś czego nigdy nie robię: zalałam liście Kogane Midori troszeczkę gorętszą wodą. Chciałam jeszcze wydobyć – najwyraźniej stosując brutalne metody – trochę tego ezoterycznego piękna i delikatności z tej herbaty. Parzyłam ok 5-6 minut. Kolor naparu był dokładnie taki sam jak przy poprzednim parzeniu, ale gdy wzięłam łyk z czarki wiedziałam, że muszę pogodzić się ze stratą. Ta herbata już przebrzmiała. To dobry moment, by pozmywać naczynia i wspomnienia o tej niezwykłej herbacie owinąć pergaminem pamięci chroniącym przed upływem czasu…

20151025_101736

Gdy myślę o przemijaniu, o kończeniu się smaku przecudnej Kogane Midori, gdy właśnie wypijam ostatni łyk, ostatnią kroplę naparu widzę, jak niezwykłym darem od losu jest to, że tę herbatę mogłam spróbować; że tak się okoliczności ułożyły, że Tomo z wielką walizką wszedł do mojej herbaciarni i dał mi w prezencie te wszystkie wspaniałe herbaty…To jest dopiero szczęście! I jestem za nie bardzo wdzięczna… 🙂

Purezento z kraju Kwitnącej Wiśni…

Wróciłam do kuchni i zaczęłam porządkować naczynia po naszych szalonych eksperymentach.
– Japonia do mnie przyszła pod postacią młodego Japończyka – zaczęłam. – Zjawił się w mojej herbaciarni niespodziewanie z wielką walizką. Jak się później okazało – przyleciał akurat na kilka dni do Polski. Z początku zapytał o Uchiyamę, potem zaczął się interesować naszymi pozostałymi herbatami. Zaczęliśmy o nich rozmawiać, gdy nagle się zorientowałam, że młody przybysz z kraju Kwitnącej Wiśni otwiera swoją ogromną walizkę i wyjmuje z niej naczynie ceramiczne do parzenia: coś jakby skrzyżowanie gaiwana i shiboridashi, a potem herbaty: jedna za drugą… Zapytałam czy prócz herbat ma coś jeszcze w walizce, na co beztrosko odparł, że trochę ubrań… Poprosił o podgrzanie wody i oto nagle zrobiła się z tego spontaniczna degustacja. Zabawił krótko, ale zostawił mi kilka prezentów… Masz ochotę spróbować? – zapytałam Michała.
– No pewnie!
– Mam tu senchę, której pochodzenia nie znam. Tomo pewnie mówił o tym, ale zwyczajnie zapomniałam. Nazywam ją po prostu Senchą od Tomo – mówię jednocześnie zalewając listki herbaciane wodą w temperaturze ok. 85 stopni. Po mniej więcej 20 sekundach przelewam napar z gaiwana do Morza Herbaty a potem do czarek. Otula nas świeży, intensywny i mocno trawiasty aromat.
– Hmmm, jak cudownie świeżo pachnie – mówi Michał.

20151025_080359

Pierwszy łyk. Charakterystyczna dla herbata japońskich oleistość tutaj jest na dalszym planie i łagodnie dopełnia świeżość wiosennych traw, które chyba najpełniej charakteryzują tę herbatę. Kremowość i subtelność.
Przy każdym łyku goryczka pojawia się nagle, jakby w finalnym wykończeniu. Taka kropka nad „i”.
Liść pięknie rozwinął się od razu.

20151101_084520

Przy drugim parzeniu zalewam na około 30 sekund wodą w temperaturze ok. 80 stopni Celsjusza. Świeżość z pierwszego parzenia została zastąpiona…słodyczą, a finalna goryczka złagodniała jeszcze bardziej, raczej przybierając postać przemykającej mgiełki…
– Ta bezimienna Sencha od Tomo smakuje mi wyjątkowo dobrze w porównaniu z innymi japońskimi senchami, które piłam. Przyznaję, nie wypiłam ich jeszcze zbyt wiele – mówię.
– Ale wszystko przed tobą – uśmiecha się Michał.

Trzecie parzenie – zrobione wodą ok. 75-70 stopni Celsjusza – trwa około minuty. Pijemy je w milczeniu. Ta herbata nie jest specjalnie skomplikowana, nie zaskakuje przy kolejnych zalaniach, ale jej stały charakter przynosi ukojenie i spokój…

Czwarte parzenie robimy wodą o temperaturze ok. 70-65 stopni i otwieramy gaiwan po ok 2-3 minutach. Teraz herbata jest delikatna z dominującą ciepłą słodyczą. To świeżość wiosennych traw i oleistość zostały tylko we wspomnieniach z pierwszego parzenia…

20151101_081241

Piąte parzenie raczy nas już bardzo słabym naparem, choć niezmiennie urzeka słodyczą i roślinnym posmakiem…
– Powąchaj liście w gaiwanie – mówię do Michała.
– Czuję morze, glony, wodorosty…
– Ale nie ma ryby…
– Faktycznie: nie ma ryby…
– Niesamowita delikatność…- zamyślam się.
– No dobrze – Michał wyrywa mnie z zadumy – pokaż co tam jeszcze masz od Tomo.
– Kolejna herbata, którą dostałam od przeuroczego Japończyka to Kamairi-cha z Miyazaki…

20151025_080230

Zagotowuję wodę. W międzyczasie zmywam czarki i gaiwan z poprzedniego zaparzania. Bardzo lubię zmywać – to mnie uspokaja…

Gdy woda zostaje przestudzona do ok. 85 stopni zalewam soczyście zielone liście.
Po ok. minucie smakujemy zielono-złoty napar.
– Czujesz tę słodka nutę? – pytam Michała.
– Czuję, ale zupełnie nie mogę zidentyfikować tego smaku.
Wąchamy zawzięcie herbatę w czarkach, siorbiemy głośno i wznosimy oczy ku niebu, jakby stamtąd miało przyjść na nas natchnienie i nazwa tej słodyczy, której nie potrafimy wyartykułować.
– Przypomina mi to maślane ciasteczka – mówię.
– Jest to niedoskonale określenie – mówi Michał – ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. Zaskakujące! Tu też nie ma tego rybnego posmaku i zapachu!
– No jest – mówię wolno – tylko jest tak uroczo subtelny, że trudno go wyłapać…
– Masz rację, jest…

20151101_100747

Przy kolejnym, ok. 2-3minutowym parzeniu, już wodą przestudzoną do ok. 80 stopni, czujemy bardzo wyraźną nutę świeżej trawy i delikatnego kwiatu orchidei. Pomimo długiego parzenia, goryczka jest naprawdę słabo wyczuwalna, i pojawia się dopiero na końcu, jakby wieńczyła każdy łyk. I także tej degustacji towarzyszy dość wyraźnie wyczuwalna słodycz maślanych ciasteczek…

Trzecie, ok. trzyminutowe parzeniu w temperaturze ok. 75 stopni bardzo przypomina poprzednie. Listki w gaiwanie rozwinęły się, napęczniały wodą i wypełniły ponad połowę naczynia. Wąchamy te liście i zgodnie dochodzimy, że dominującym zapachem jest zapach morza.
– Ten aromat przywołuje wspomnienie beztroskich wakacji – mówi Michał.
– Gdybym puściła wodze fantazji, powiedziałabym, że widzę francuską plażę z początku XX wieku, wiklinowe kosze do siedzenia, panów w kostiumach w paski i kobiety z falbaniastymi parasolkami…Wakacje zaraz się skończą, więc nastroje są jeszcze radosne ale podszyte lekką melancholią…
– Wybacz, ale ja absolutnie tego nie czuję w tej herbacie – zawyrokował Michał. Coś ty ostatnio czytała, że takie obrazy wywołuje w tobie ta herbata?
– Nic co by się wiązało z nadmorskimi wakacjami –mówię. – Ale ten obraz chyba zagnieździł się w mojej głowie po obejrzeniu jakiegoś filmu.

Wzięłam ostatni łyk z czarki. Napar już wystygł i mocniej zaakcentowana goryczka bez powodzenia próbowała zdetronizować słodycz, którą tak się zachwycaliśmy…

– Trochę mnie ssie w żołądku – powiedział Michał.
– Tomo sprezentował mi również ciasteczko – mówię ze śmiechem. – Matcha cookie.

matcha cookie   20151101_104905

Bezteinową Hochi-cha, również z Miyazaki, zostawiliśmy sobie na koniec.

20151025_080714

Zaparzam ją temperaturą ok. 90 stopni; wykorzystanie do tego gaiwana okazało się nie najlepszym pomysłem – poparzyłam sobie tylko palce przelewając napar do Morza Herbaty.
Z czarek uniósł się słodowo-drzewny aromat z ziołowymi, a dokładnie z rumiankowymi, akcentami.

20151101_105955   20151101_110203

Drugie parzenie było bardzo podobne, choć tu słodowe nuty zostały lekko przełamane kwiatowymi tonami.
– Smaczna, ocieplająca herbata – powiedział Michał. – Masz jeszcze kontakt z Tomo?
– Mam. Tomo lubi Polskę i Polaków i z tego co wiem, często przyjeżdża do naszego kraju więc żywię nadzieję, że jeszcze uda się nam razem napić herbaty. Powiem ci szczerze, że nasze pierwsze spotkanie, z którego zostały mi te wszystkie herbaty, było dla mnie niesamowitym przeżyciem – nie sądziłam, że Japończycy są tak spontaniczni i kontaktowi 🙂 Było to spotkanie pełne wzajemnej otwartości, radości i prawdziwej pasji herbacianej!