Kogane Midori i przemijające piękno…

Po wyjściu Michała poczułam się dziwnie nieswojo w pustym i cichym mieszkaniu…
Gdy w czajniku bulgocze woda, ja ze specjalnej puszki wyciągam ostatnią herbatę, jaką dostałam od Tomo w prezencie. Niewielka ilość, może półtorej łyżeczki, niczym garstka złotego kruszcu majaczy na dnie puszki. Kogane Midori (Kogane – złoto, Midori – zielone) z plantacji Shizouka.

20151025_081657

Byłam niezwykle zdumiona, gdy Tomo powiedział, że tę herbatę należy parzyć w niskiej temperaturze – nawet 20 – 25 stopni Celsjusza. Ja pierwsze parzenie Kogane Midori robię wodą, tak ok. 25 – 30 stopni Celsjusza i trzymam pod pokrywką gaiwana 2 minuty, może trochę krócej… Pierwszy łyk otula mnie łagodnością, którą dopełnia delikatna chropowatość pozostająca na języku. Napar jest bez goryczki, a subtelna morska nuta (charakterystyczna dla herbat japońskich) pięknie współgra z akcentami trochę przypominającymi kwiat lipy. Wącham liście, które zostały w gaiwanie – takiej delikatności nie sposób opisać słowami. Kogane Midori jest jak czysta, źródlana woda, która jednak nie gasi pragnienia – jest tak aromatyczna i delikatna, tak słodko upaja, że chce się ją pić bez końca…

Drugie parzenie, już bardziej przestudzoną wodą, robię mniej więcej przez trzy minuty. Teraz wyczuwam w naparze lekki podmuch goryczki i herbata ujawnia w pełni swoje japońskie pochodzenie…

20151025_082723  20151025_084418

Spoglądam z czułością na moją czarkę, z której dziś piję Kogane Midori. Zakochałam się w tym maleńkim naczynku od pierwszego wejrzenia; nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć tego afektu…może dlatego, że wydała mi się doskonała w swej kruchości i piękna w widocznym skupieniu ceramika, który ją wykonał? A wykonał ją Andrzej Bero. Zobaczyłam ją na Święcie Kawy i Herbaty w Warszawie i bardzo, ale to bardzo zapragnęłam ją mieć. Była jednak, wraz ze swoją bliźniaczą, choć trochę większą siostrą, zarezerwowana. Przez Wojtka, który na tymże Święcie, obok ceramiki Andrzeja, prezentował swoje rewelacyjne herbaty.

20151017_133724

Gdy zapytałam Wojtka czy na pewno chce te dwie czarki, odparł, że też zakochał się w nich, jak tylko Andrzej odwinął je z papieru. I owszem – chce je mieć obie, bo są cudowne. Ach, nie mogłam oponować – są doskonałe… Chodziłam obok tej czarki długo, podziwiałam ją z każdej strony, robiłam zdjęcia i nie mogłam pogodzić się z faktem, że nie będę jej miała… Mnie samą zdumiało to zaborcze pragnienie wejścia w posiadanie tej maleńkiej czareczki… Po kilku godzinach kręcenia się wokół tego cudu ceramiki, po spenetrowaniu innych stoisk z ceramiką w nadziei na znalezienie niezarezerwowanego, w pełni gotowego na zakup substytutu czareczki Andrzeja, poddałam się i znów wróciłam do tej zarezerwowanej przez Wojtka.

– Andrzeju – zaczęłam konspiracyjnie i błagalnie – Czy ty kiedyś może nie zechciałbyś zrobić podobnie cudownej czarki? Może wkrótce będziesz miał podobne natchnienie?…
– A co, Wojtek chce mieć te dwie? – zapytał Andrzej.
-No chce, taki niedobry – powiedziałam głośniej, by Wojtek mógł też usłyszeć mój żal – uwziął się, zaanektował sobie to cudo zanim ktokolwiek zdołał na nie rzucić choćby jednym okiem…
A Wojtek najzwyczajniej w świecie powiedział:
– Co, chcesz tę czarkę?
– Bardzo chcę!
– Ale tę małą?
– Tak, właśnie tę małą chcę!
– Dobra, jest twoja…
– Wojtku – patrzyłam na niego oczami wielkimi jak dwa latające talerze – jesteś pewien? Nie mogłam wyjść z podziwu, z jaką łatwością Wojtka stać na taki pełen szlachetnej dobroci gest.
– Tak, moja jest ta większa a ta mała jest twoja…
Niczym niespełna rozumu z radości wyściskałam Wojtka a potem Andrzeja. Byłam najszczęśliwszą osobą na Ziemi. We wszechświecie! 🙂
Czy ja mogłabym, tak jak Wojtek, z taką prostotą i lekkością oddać komuś rzecz tak wspaniałą i pożądaną przeze mnie? Nie wiem…

Otrząsam się ze wspomnień, by zrobić trzecie parzenie Kogane Midori. Herbata jest nadal  uroczo łagodna; goryczka stała się aksamitna i mile łechce podniebienie. Szlachetność tej herbaty jest w jej biernej delikatności, w jej złotym kolorze naparu, który nawet po trzecim parzeniu wciąż pozostaje spokojnie intensywny…

20151025_083201

Dziwne, ale pijąc małymi łyczkami Kogane Midori, rozkoszując się jej szlachetną subtelnością, mam poczucie przemijalności…Niebawem wezmę łyka herbaty, który będzie ostatnim…Jakże się nie chce, by to co piękne i dobre tak szybko się kończyło… Jakże trudno pozwalać życiu płynąć, pozwalać mu unosić swój los, swoją codzienność bez sprzeciwiania się przemijaniu tego, co nie chcemy by przeminęło; jakże trudno pozwolić trwać rzeczom tyle ile trwają i nie rozpaczać, gdy zniszczeją, gdy rozpadną się, zbrzydną lub zostaną nam ukradzione… Ta idea nieprzywiązywania się do zjawisk i rzeczy stoi w tak bolesnej sprzeczności z silną potrzebą, pragnieniem właściwie, zachłannego zatrzymania piękna i przyjemności – urokliwych przedmiotów czy wybornej herbaty, która przenosi ducha w obszary spokoju, przyjemnej równowagi i beztroski…

Czwarte parzenie, około czterominutowe, robię już znaczniej chłodniejszą wodą. Napar staje się delikatnie kwiatowy; kolor trochę przybladł dając jakby znak, że ta herbata powoli odchodzi; że oddała mi już to, co miała najcenniejszego i jej czas dobiegł końca… Więc przy piątym parzeniu zrobiłam coś czego nigdy nie robię: zalałam liście Kogane Midori troszeczkę gorętszą wodą. Chciałam jeszcze wydobyć – najwyraźniej stosując brutalne metody – trochę tego ezoterycznego piękna i delikatności z tej herbaty. Parzyłam ok 5-6 minut. Kolor naparu był dokładnie taki sam jak przy poprzednim parzeniu, ale gdy wzięłam łyk z czarki wiedziałam, że muszę pogodzić się ze stratą. Ta herbata już przebrzmiała. To dobry moment, by pozmywać naczynia i wspomnienia o tej niezwykłej herbacie owinąć pergaminem pamięci chroniącym przed upływem czasu…

20151025_101736

Gdy myślę o przemijaniu, o kończeniu się smaku przecudnej Kogane Midori, gdy właśnie wypijam ostatni łyk, ostatnią kroplę naparu widzę, jak niezwykłym darem od losu jest to, że tę herbatę mogłam spróbować; że tak się okoliczności ułożyły, że Tomo z wielką walizką wszedł do mojej herbaciarni i dał mi w prezencie te wszystkie wspaniałe herbaty…To jest dopiero szczęście! I jestem za nie bardzo wdzięczna… 🙂

5 myśli na temat “Kogane Midori i przemijające piękno…

  1. O kurcze… uwierz, moje oczy wyszły po prostu z orbit… O_O
    Po pierwsze czarki – są po prostu idealne! I to na zdjęciu… a jak pięknie muszą wyglądać w rzeczywistości!
    A po drugie – to temperatura wody 🙂 Myślałem, że 50 stopni dla gyokuro, to niska temperatura… ale 25 stopni – noo… niesamowite! 🙂
    Pozdrawiam, Łukasz.

    Polubienie

      1. Absolutnie nie chodziło mi o Twoje zdjęcia, tylko o to, że żadne zdjęcie (nawet zrobione najlepszym aparatem) nie odda jej piękna i charakteru 🙂
        A fakt… zapomniałem o Schinobi-cha 🙂 Tylko jakoś nigdy nie uważałem tego za „parzenie”, co de facto jest z mojej strony błędem… 😉

        Polubienie

      2. No bo to żadne „parzenie” tylko…hmm „lodzenie”? Ależ ten nasz język niedoskonały 😉 Tak sobie myślę, że Kogane Midori „zaparzona” lodem czyli „lodzona”też byłaby ciekawym doświadczeniem smakowym… 😉

        Polubienie

Odpowiedz na Łukasz Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s