Czarka pełna błogostanu czyli bezimienny oolong pana Shibamoto…

Po pierwszym spotkaniu z panem Toshifumi Shibamoto nie przypuszczałam nawet, że dane mi będzie tak szybko spotkać się z nim ponownie i po raz kolejny podegustować jego eksperymentalnych herbat. Ale dzięki zaangażowaniu Roberta pan Shibamoto w lipcu tego roku pojawił się w Polsce i wraz z Warszawskim Kolektywem Herbacianym zostałam zaproszona na degustację najświeższych herbat produkcji Japończyka z Makinohary. Pośród sench i oolongów o różnym stopniu oksydacji i podprażenia, moją uwagę przykuły dwie herbaty. Pierwsza to Bai Hao Oloong – oszałamiająca pięknem liści i delikatnością naparu. Druga – moja miłość od pierwszego łyku – eksperymentalny, bezimienny oolong o wyższym stopniu oksydacji. Płynny aksamit, wyrafinowane połączenie wielu przenikających się nut smakowych…nie mogłam powstrzymać się od achów i ochów wywołując tym rozbawienie pana Shibamoto. Jakże byłam niepocieszona, gdy okazało się, że nie mogę tej herbaty kupić mniej niż…700 gramów. Wsparcie przyszło, jak zwykle, ze strony Kolektywu i tydzień temu weszłam w posiadanie tej herbaty…:)

Ten bezimienny oolong został zrobiony w lipcu tego roku –  i według słów Roberta- z yabukity. To eksperymentalna herbata, której dokładnych parametrów produkcyjnych sam pan Shibamoto nie wyjawił. Ja zawsze do takich eksperymentów herbacianych podchodziłam z mieszaniną zainteresowania i sceptycyzmu. Czy Japonia znana z doskonałej matchy, senchy czy banchy może robić dobre herbaty ciemne, oolongi czy nawet białe? Ale herbaty pana Shibamoto po raz kolejny przekonują mnie, że prawdziwa pasja może zdziałać cuda!

Parę dni temu przyjechałam do Poznania i wzięłam Mamę na spacer do lasu zabierając ze sobą termos i utensylia herbaciane a przede wszystkim bezimiennego oolonga pana Shibamtoto – chciałam tę herbatę wypróbować w innych niż domowe okolicznościach przyrody i przekonać się, jak ją odbierają inni – przede wszystkim osoby nie ześwirowane na punkcie herbaty, jak ja…;)

Jesień powoli zaczyna wkradać się w otaczający krajobraz – nieśmiało złocąc i pomarańczowiejąc liście… Słońce mocuje się z wiatrem walcząc o dostęp do odsłoniętych jeszcze – jakby na znak niezgody na odchodzące lato – skrawków ciał…

Znajdujemy z Mamą ustronną i całkiem przyjemnie skąpaną w słońcu ławeczkę. Wyjmuję z plecaka termos, ceramikę herbacianą i herbatę. Spokojnie. Za sobą zostawiamy problemy i zgiełk miasta. Patrzymy w niebo, które chowa się za konarami drzew. Lekki wiatr niosący rześki zapach igliwia…

20160919_143445

Ogrzewam naczynia i do ciepłego gaiwana wsypuję liście bezimiennego oolonga pana Shibamoto. Po chwili uchylam przykrywkę i pozwalam, by do mojego nosa dotarła słodycz miodu, którą od czasu do czasu odgania posmak…wafelków; wplata się również nuta drzewna i kwiatowe tony…

20160919_140421   20160919_140450

Woda, którą zaparzam herbatę ma jakieś 94-90 stopni. Jeszcze zanim naleję wodę do krawędzi naczynia, siedząca obok mnie Mama mówi cicho: ależ cudnie pachnie…

20160919_140552

Nie czekamy zbyt długo…może z trzydzieści sekund… i już przelewam napar w kolorze wczesnojesiennej jarzębiny do morza herbaty a potem do czarek…

20160919_141817   20160919_141913

Patrzę na Mamę, która bierze powoli pierwszy łyk i widzę błogą radość na Jej twarzy…
– Ta herbata jest niesamowita – mówi. – Tak, jakby twoje gardło otulał jedwab; coś niesamowicie delikatnego i subtelnego…
-W ogóle nie ma goryczki – dzielę się wrażeniami. – Gdy piłam ją na spotkaniu z panem Shibamoto – zachwyciła mnie subtelną wytrawnością i właśnie taką szlachetną słodyczą… Teraz jest trochę inna, ale nadal wspaniała… I tam gdzieś, na dalekim planie, przebijając się przez te wszystkie upajające słodkości, kwiatowości i nawet lekko ziołowe akcenty, do kubków smakowych dociera ta charakterystyczna dla japońskich herbat trawiasto-glonowa nuta.

Po trzecim parzeniu raczymy się japońskim przysmakiem – ciasteczkiem z kasztanowego puree, które przywiózł ze sobą pan Hisashi Miyata, przyjaciel pana Shibamoto… ale to już zupełnie inna historia… 😉

20160919_134320   20160919_135742

Japońska słodkość jest ciekawym doznaniem smakowym, choć moim zdaniem byłaby dobrym dopełnieniem do bardziej wyrazistych, zdecydowanych i wytrawnych herbat…

Niespiesznie robię kolejne i kolejne parzenia… Listki w gaiwanie pęcznieją i pokazują jakie są duże i wielokolorowe… Siedzimy niewiele rozmawiając – delektujemy się herbatą, otaczającymi zapachami, wiatrem i słońcem…

20160919_143925   20160919_144400

Po piątym czy szóstym parzeniu, kiedy już czujemy, że herbata słabnie, podziwiamy w pełni rozwinięte liście, by nie powiedzieć: liściochy… 😉

20160919_144658   20160919_145120   20160919_144910

Jak się okazało bezimienny oolong pana Shibamoto oczarował nie tylko mnie… Błogostan w czarce ;)… Chyba więc odważę się podzielić tą herbatą z innymi herbaciarzami podczas drugiej edycji Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj!, który odbędzie się już w najbliższy weekend – 24 i 25 września. Do zobaczenia zatem przy czarce herbaty! 🙂

Mogan Yellow Shan czyli czarka czarce nierówna… ;)

Po powrocie z czeskiego święta herbaty Čajomír Fest 2016 Piotrek podzielił się kilkoma spostrzeżeniami dotyczącymi naczyń, w których parzy się daną herbatę; w tym samym czasie niezobowiązująco dyskutowaliśmy z Adrianem o podstawowej bazie sensoryki smakowej i z tej konfrontacji Adrian podesłał mi ciekawy link, którego treść nie przestaje mnie zastanawiać. Wróciłam także do lektury książki Przemysława Trzeciaka Powieki Bodhidharmy. Powyższe wydarzenia zainspirowały (lub, jak czasami o tym myślę – zmusiły) mnie do ukończenia obiecanego wcześniej postu o czarce zrobionej przez Grzesia Ośródkę.

Wielokrotnie słyszałam: odpowiednia herbata potrzebuje odpowiedniej oprawy. Co jednak konkretnie znaczy „odpowiedniej”? Od czasów Lu Yu wiele się zmieniło nie tylko w chińskiej produkcji czarek, ale i w standardach określających jaka konkretnie czarka (czyli z czego wykonana, czym i jakim kolorem poszkliwiona) jest właściwa dla danego rodzaju herbaty.* Zmieniła się w końcu i sama herbata stawiając przed współczesnymi ceramikami idącymi drogą herbaty nowe wymagania…Ja sama, zanim nie pojechałam do Grzesia na wypał, zanim nie dostałam do ręki dwóch intrygujących czarek w czarnym kolorze – kolorze, za którym szczerze nie przepadam – i nie napiłam się z nich różnych herbat, podchodziłam bezmyślnie lub zgoła niefrasobliwie do naczyń herbacianych.

Tak więc w moje ręce trafiły dwie poszkliwione na czarno czarki wykonane przez Grzesia. Jedna z nich została zrobiona z porcelany technicznej…

20160523_184248   20160523_184301

…druga z masy antracytowo-kamionkowej.

20160523_184137   20160523_184155

Obydwie pokryte szkliwem testowym – dolomitowym.

A skoro już miałam je w rękach, postanowiłam je przetestować. Mój wybór padł na herbatę, którą jakiś czas temu dostałam od Roberta – Mogan Shan Yellow Tea. Z informacji przekazanych mi przez Roberta wiem, że ta herbata pochodzi z niewielkiej plantacji w górach Mogan, należącej do pana Xia – farmera zajmującego się od pokoleń uprawą herbaty. Mogan Yellow Tea to zanikający lokalny typ herbaty wyparty przez produkowaną na masową skalę herbatę zieloną. W związku z tym Mogan Shan jest produkowana w niewielkich ilościach, głównie na własne potrzeby plantatora oraz niekiedy rozprowadzana na specjalne zamówienie wśród wielbicieli unikatowych herbat. Nie jest to herbata zbyt dokładnie obrabiana a więc i jej cena nie jest zbyt wysoka…

Przygotowuję naczynia do zaparzenia herbaty. Na zasadzie kontrastu, do niemal czarnych czarek Grzesia, biorę niemal białe gaiwan i cha-hai od Anety Zatyki 😉

20160523_184606   20160523_184420

Listki Mogan Yellow Shan w ogrzanym gaiwanie pachną różami, a dokładniej płatkami, nie pierwszej świeżości, róż; nie jest to jednak zapach przykry…i pięknie łączy się z nutami karmelu, wiśni i orzecha laskowego. Oksydacja listków jest bliska 90%. Robert mówił, że liście zostawia się do momentu aż staną się brązowe i zaczną wydawać owocowy aromat.

Uchylam lekko pokrywkę gaiwana i konspiracyjnie zaglądam do środka, by podpatrzeć ciemniejący napar. Przelewam do Morza Herbaty – tutaj, w białym naczyniu pięknie widać kolor naparu, który przypomina kolor miodu spadziowego muśniętego słońcem.

20160523_184536   20160523_184817

Piję najpierw z Morza Herbaty – smak łagodny, lekko winny z wyraźną mocą choć nie ekspansywny; a potem napar przelewam do grzesiowych czarek…Mam wrażenie, że w czarnych naczynkach herbata nabrała wyrazistości. Jakby naczynie dopełniło smak herbaty. I w każdej z czarek smakuje inaczej…Próbuję uchwycić różnicę i po raz kolejny czuję się lekko sfrustrowana nie mogąc precyzyjnie zidentyfikować wyczuwalnych smaków…Mam przy tym wrażenie, że w czarce z masy antracytowo-kamionkowej napar Yellow Mogan Shan jest pełniejszy, szlachetniejszy…

20160523_185728   20160523_184301   20160523_192230

Dzwonię do Grzesia i opowiadam mu o swoich dziwnych eksperymentach smakowych. Grzegorz proponuje, bym spróbowała w czarnych czarkach jakąś zieloną herbatę…może oleista japonka byłaby dobra?

Jednak na początek zaparzam Lung Jinga. W czarce z porcelany technicznej chropowatość naczynia ciekawie dopełnia świeżość zielonej herbaty. W drugiej czarce poczułam, że… naczynie nie jest kompatybilne z herbatą 😉 inaczej nie mogłabym tego opisać… czarka z masy antracytowo-kamionkowej jest jakby zbyt gładka do tej herbaty, co naprawdę budzi zdziwienie, jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że zielona herbata zwykle najlepiej smakuje w cieniutkiej, gładkiej chińskiej porcelanie…

20160608_113310

Ale, by eksperymentom stało się zadość – do czystego gaiwana nasypuję sprezentowana mi przez Ewę senchę z Nary

Chropowatość czarki z porcelany technicznej ładnie łączy się z oleistą zieloną herbatą. Pasuje, jednak nie w taki totalny, absolutny sposób. Większą harmonię można wyczuć w naparze nalanym do drugiej czarki. Budzi się we mnie skojarzenie wody i kamienia; wody, która otula kamień i jest to czymś naturalnym, współbrzmiącym…

Gdybym jednak miała dokonać wyboru, które z herbat parzone w czarnych czarkach najbardziej do tychże naczyń pasują – wybrałabym ciemną herbatę. Może odeszłaby w tym przypadku możliwość podziwiania koloru naparu, ale pozostałe zmysły są wówczas wyczulone i właśnie poprzez węch i smak, niejako z zamkniętymi oczami – można delektować się herbatą. Specyficzny charakter ciemnej herbaty dopełnia każdą z czarek, którą testowałam… Czy to jest tylko kwestia koloru? 😉

*Zachęcam zajrzeć do książki Przemysława Trzeciaka „Powieki Bodhidharmy”, w szczególności do rozdziału pt: „Czarki z Yuezhou”