Fabryka tofu i herbaty pani Tamami czyli tęsknota za magią…

Spoglądam przez okno na niebo zalane szarym mlekiem i patrzę jak ulicami przemykają pod parasolami ludzie… W taki dzień wracam do Japonii, do słonecznego dnia, kiedy Kazumasa –san i Hide zabrali mnie do fabryki tofu…

Fabryki nie zwiedziłam bo nie było takiej możliwości, ale na osłodę weszliśmy do niewielkiego baru mieszczącego się przy fabryce, by zjeść coś dobrego… Dobre – to mało powiedziane! Tofu, które dostawałam codziennie na śniadanie do zupy miso i to, które zamówiłam w przyfabrycznym barze to jest…niebo w gębie! Konsystencja chmurki… i ta słodycz… Nigdy przed przyjazdem do Japonii nie jadłam tak cudownego tofu… I nawet pulpa sojowa – pozostałość po ziarnach soi zwana okarą – wspaniale nadaje się do jedzenia. I jak tu nie kochać Japonii? 😉

   

Obsługiwała nas bardzo sympatyczna dziewczyna, która kilka miesięcy temu przeprowadziła się z mężem i małym synkiem do Shirakawa-Town z Tokio. Mówiła, że ten krok to chyba najlepsza decyzja w jej życiu; tutaj – w otoczeniu tak przepięknej przyrody, z dala od zgiełku i pośpiechu – odżywa. Mówiła, że ona i jej rodzina są tutaj szczęśliwi… Doskonale ją rozumiałam, bo i ja w Shirakawa-Town czułam się szczęśliwa; gdybym nie musiała wyjeżdżać, pewnie zostałabym na dużo dłużej…

Zadowoleni po wspaniałym posiłku i przesympatycznej pogawędce ruszyliśmy w drogę powrotną.

Mijaliśmy kolejne małe miejscowości, które cicho przycupnęły wśród gór wibrując upalnym, otumaniającym powietrzem…Zatrzymaliśmy się przed sklepem z warzywami – otwartym i pustym. Plony właściciela sklepu leżały na ladzie i półkach; także na ladzie stała skrzyneczka z pieniędzmi oraz leżała kartka z wypisanymi cenami za dostępne w sklepie produkty. Można było wybrać co potrzebne, napisać na kartce co się kupiło i zostawić pieniądze. Pełna samoobsługa. Żadnych kamer… I jak tu nie kochać Japonii? 😉

Po drugiej stronie drogi, przy której stał samoobsługowy warzywniak, rozciągało się pole herbaciane. Kazumasa –san dostrzegł właścicieli i zawołał do nich. Dostaliśmy sygnał ręką byśmy podeszli bliżej.

Z tej ekologicznej plantacji, gdzie zbiory i obróbka są tylko ręczne prócz zielonej herbaty robi się także herbatę czarną. Hide mówi, że produkcja tej w pełni oksydowanej herbaty jest bardzo interesująca bo zebrane liście rozkłada na stole a po jakimś czasie roluje na stole podgrzanym do 40 stopni; potem liście są zostawione do uzyskania pełnej oksydacji czyli na 2-3 miesiące. Liście z pierwszego zbioru są delikatne i idą na herbatę zieloną; liście z drugiego zbioru idą na herbatę czarną…

Ciekawostek na plantacji pani Tamami jest więcej. Zaproszeni przez gospodarzy idziemy w głąb posiadłości i nagle przedzieramy się przez dziko rosnące krzewy herbaciane, które są wyższe niż my.

   
Docieramy do bambusowego zagajnika, gdzie z kolei rośnie herbata w postaci drzew… Tak oto widzę herbatę w naturalnej postaci… Magiczne miejsce…

   

Prawdziwa magia króluje jednak w domu gospodarzy – domu wybudowanym przed drugą wojną światową, gdzie unosi się duch poszanowania przyrody i zachwytu dla tego co otaczająca natura ofiarowuje człowiekowi…To dom pełen ciepłych, dobrych energii, przedmiotów zrobionych ludzką ręką a przez to unikatowych; stołów i ścian ozdobionych fantazyjnie skomponowanymi wiankami oraz bukietami ziół i kwiatów będących wyrazem fantazji i pasji pani Tamami…

                     

Gospodarze na szybko organizują miejsce do picia herbaty; nawet kompozycja z kwiatów zostaje włączona w to nasze niespodziewane spotkanie herbaciane…

Dostajemy czarną herbatę oraz imbirowe cukierki do przegryzania…

      

Herbata jest przepyszna… Ci, którzy mieli okazję próbować w pełni oksydowane japońskie herbaty będą mogli wyobrazić sobie ten charakterystyczny, lekko kwaskowy, cytrusowy napar, który miękko rozkłada się na podniebieniu gdzie słodkie kwiaty pojawiają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki…Po chwili gospodyni podaje sfermentowaną soloną śliwkę umeboshi. Wydawać by się mogło, że smak herbaty nie będzie pasował do owocu… a tu kolejna herbaciana niespodzianka – smaki wspaniale się uzupełniają a sam smak solonej śliwki jest rześki i daje rewelacyjne uczucie odświeżenia…

Ta herbata jest odbiciem tego niespiesznego ciepłego, zmysłowego dnia, w którym siedzę po uszy… Pławię się w tym upalnym rozleniwieniu upajając herbacianymi aromatami; łapczywie pochłaniam wzrokiem każdy piękny w swej niepowtarzalności przedmiot, który mnie otacza…

                  

Wychodzę na chwilę na zewnątrz… Moje oczy chłoną spokój… Powietrze drżące od ciepła, łagodny błękit nieba muśnięty delikatną, niczym piórko, bielą chmurek…
Letni wiatr jak niespieszny wdech i wydech… oddychasz razem z wiatrem i czujesz w ten obezwładniający gorący dzień ogromne szczęście…
A gdyby tak ta chwila trwała wiecznie? A gdyby ten leniwy, rozpalony słońcem dzień zapętlił się w czasie na zawsze?

Tymczasem gospodarz przygotowuje napar z rumianku, który jeszcze przed chwilą susząc się wisiał na oknie…

Jakaż to jest czysta słodycz…

      

A do tego dostaję do spróbowania sanshō nazywany japońskim pieprzem i pikanteria wybucha fajerwerkami na moim podniebieniu…

W Japonii sanshō jest popularnym dodatkiem do tofu lub do węgorza. Mam nadzieję, że kiedyś spróbuję tego połączenia…

Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy… Na pożegnanie dostaję paczuszkę z herbatą, którą piliśmy na początku… Jakże niechętnie opuszczam to magiczne miejsce…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s