Międzynarodowy Dzień Herbaty 2018 i czarki z Sugamo…

Nie wiem kiedy i gdzie ucieka czas…
A przecież grudzień znów okazał się obfity w herbatę i nowe doświadczenia herbaciane, takie jak na przykład Herbaciana Terenówka z samowarem… Bardzo chcę o tym napisać i zrobię to, ale potem… 😉

Tymczasem, pewnie pod wpływem rozmów ze znajomymi herbaciarzami, nieustannie wracam we wspomnieniach do ubiegłorocznych już obchodów Międzynarodowego Dnia Herbaty, który przypada 15 grudnia; z roku na rok coraz intensywniej ten dzień jest świętowany przez herbaciarzy w Polsce, co bardzo cieszy… W ubiegłym roku miałam zaszczyt i ogromną przyjemność wziąć udział w obchodach Dnia Herbaty – notabene trwającego dwa dni – które w Poznaniu zorganizowały Agata i Martyna pod szyldem „Czarka – Dni Ceramiki i Herbaty”.

15 grudnia 2018 w Galerii Miejskiej Arsenał miały miejsce warsztaty ceramiczne oraz wykłady poświęcone ludziom uprawiającym herbatę oraz robiącym ceramikę do herbaty. Z ogromną radością znów opowiadałam o ludziach herbaty z Shirakawa, za którymi bardzo tęsknię: za panem Kazushige, panem Kazumasą, Chihiro i Hide, za rodziną Isaji, za magicznym domkiem pani Tamami. Znów mogłam wspomnieć, jak z panem Shibamoto przez cały dzień robiliśmy herbatę – cudowny proces od porannego zbierania liści do delektowania się naparem późno w nocy 😉 oraz opowiedzieć jak pielęgnowałam herbaciane krzewy pani Ayumi…

Następnego dnia (16 grudnia 2018) Czarka – Dni Ceramiki i Herbaty zadomowiła się w cudownej, pełnej zieleni poznańskiej Palmiarni. Tego dnia przygotowałam degustację japońskich czarnych herbat. Była to okazja, by w końcu poczęstować herbatą w czarkach, z których jestem szczególnie dumna – z czarek kupionych na pchlim targu w tokijskiej dzielnicy Sugamo…

zdjęcie Ivan Sitsko  zdjęcie: Ivan Sitsko

…a był to kolejny, słoneczny dzień czerwca. Z samego rana planowałam pojechać do Shinjuku Gyoen National Garden, ale Wiktoria zaproponowała spotkanie z Maćkiem i wyprawę na ramen. Dzień wyjazdu z Japonii zbliżał się nieubłaganie a ja bardzo chciałam zwiedzić tokijskie parki, ale kolejny ramen z Wiktorią i spotkanie z Polakiem znającym Tokio jak własną kieszeń było propozycją, na którą wprost nie wypadało się nie zgodzić 😉

W gęstniejącym z minuty na minutę skwarze, pod czarnymi parasolami uprzejmie ofiarowanymi nam przez obsługę ramenya Nakiryu, do której staliśmy w uroczej, międzynarodowej kolejce prawie dwie godziny, rozmawialiśmy o herbacie, fotografii i ludzkich charakterach…

   
W lokalu, gdy czekałam na zamówiony ramen, mężczyzna obok mnie właśnie skończył swoje danie i westchnął westchnieniem najedzonego do syta i szczęśliwego człowieka… pół godziny później wzdychałam tak i ja…

   

Dzięki Wiktorii, której uległam i pozwoliłam się ciągać po kilku ważnych tokijskich ramenya, pokochałam rameny dziwnie nagłą i bezwarunkową miłością…ale to temat na zupełnie inną opowieść…😉

Z pełnymi brzuchami i radością w duszy wspięliśmy się na ostatnie piętro budynku, który już wzbudził nasze zainteresowanie gdy staliśmy w kolejce.

   

Po kilku fotach strzelonych czterem stronom świata – niemal identycznymi, a jednak urzekającymi – w krajobrazie betonowej dżungli, pojechaliśmy do dzielnicy Sugamo w okręgu Toshima, by z bliska przyjrzeć się Mekce dziadków i babć…

   
Tam, na popularnej ulicy handlowej Jizo-dori,  każdy sklep mamił mnie bogactwem asortymentu, każdy kramik był ciekawostką, której musiałabym poświęcić pół dnia by zgłębić wszystkie jego tajemnice, jak na przykład stoisko medycyny naturalnej, gdzie sprzedawca miał najróżniejsze żyjątka (już, na szczęście nieżyjące) na każde możliwe schorzenie. Nawet skórę węża, która miała chronić przed złymi urokami.

   

Pomiędzy sklepikami z ubraniami, ze słodyczami i przybytkami medycyny naturalnej, restauracyjkami i galeriami, od czasu do czasu pojawiały się sklepy z herbatą.

   

   

Na naszej drodze także znalazła się jedna z najgłośniejszych lodziarni kakigōri, do której czekałyśmy  tylko trochę krócej niż do ramenya Nakiryu. W środku kilka stolików, dość energiczna rockowa muzyka i wystrój, który przenosił do innego świata, gdzie czas płynął wolno w oczekiwaniu na zamówiony deser…

   

   

   

Syte po ogromnej porcji  kakigōri ruszyłyśmy dalej ulicą Jizo-dori.  Z boku świątyni Koganji, gdzie ogromną popularnością cieszy się statuetka Bodhisattwy Jizo, (który jakoby dotknięty przynosi wyleczenie z wszelkich dolegliwości), trafiam na targ staroci. Z opowieści spodziewałam się góry herbacianych utensyliów, w której mogłabym przebierać i wybierać; tym razem jednak w kwestii akcesoriów do herbaty było, moim zdanie, raczej skromnie. Pierwsze co wpadło mi w ręce to były podstawki przypominające liście. Nie mam odpowiedniej wiedzy i nie umiem odróżnić rzeczy wartościowej od mniej cennej z kolekcjonerskiego, antykwarycznego punktu widzenia; kieruję się swoim subiektywnym zmysłem estetycznym. Pewnie dlatego jeszcze długo nie dane mi będzie spotkanie przy herbacie z prawdziwymi znawcami, nauczycielami herbaty, którzy oczekują rzeczy najwyższej jakości…

Chwilę po tym jak znalazłam liściowe podstawki, spod sterty materiałów wygrzebałam drewniane pudełko z przegródkami a w nim pięć czarek – wszystkie takie same a każda inna, bo każda ręcznie malowana w inny wzór. Nie należały do najtańszych więc dłuższą chwilę się zastanawiałam nad zakupem… Wtedy w mojej wyobraźni pojawił się obraz spotkania, podczas którego opowiadam innym o tych czarkach; opowiadam o dzielnicy Sugamo, o babciach i dziadkach z pogodnymi twarzami, których mijałam między stoiskami z zasuszonymi kijankami i skórami węża oraz sklepami tylko z czerwoną bielizną (sic!), opowiadam o herbacie japońskiej i o tym jaka Japonia jest niesamowita…zobaczyłam, jak każdy uczestnik spotkania z uwagą ogląda swoją czarkę, jak podziwia czarkę sąsiada i…kazałam sobie czarki zapakować. Sprzedawca na koniec zrobił mi prezent i podarował dwie porcelanowe, granatowe czarki z przykrywkami; wzbraniałam się, ale nalegał, więc z podziękowaniami przyjęłam podarek – najwyraźniej im też jest pisane uczestnictwo w jakimś spotkaniu herbacianym…

Po zakupach na pchlim targu jeszcze weszłam do sklepiku ze słodyczami i kupiłam cukierki ryżowe, które również – tak jak podstawki liściowe i ręcznie malowane czarki – stały się elementem spotkania herbacianego w poznańskiej Palmiarni.

   zdjęcie: Jakub Troć

Kierowałyśmy się już do metra, kiedy Wiktoria zauważyła wychodzące z budynku dwie urocze starsze panie – jedna w pięknym kimono, obydwie bardzo eleganckie. Japońskie damy bardzo chętnie ustawiły się do zdjęcia, a potem… zaprosiły nas do siebie! Okazało się, że obie są nauczycielkami gry na shamisenie! Pokazały nam swoją szkołę, odwinęły z pokrowców shamiseny, wcisnęły nam instrumenty do rąk, pokazały nuty i kazały grać…

   

A ponieważ były bardzo dobrymi nauczycielkami – zagrałyśmy prawie tak:

https://www.youtube.com/watch?v=ohtbcyOTuGg

😀

Na pożegnanie dostałyśmy jeszcze kalendarze i słodycze. Wyszłyśmy oszołomione i… przeszczęśliwe jak cudowne zbiegi okoliczności mogą się przytrafić w dniu, od którego nic nie oczekujesz…

Za każdym razem, gdy spoglądam na czarki z Sugamo (choć nie wiem skąd tak naprawdę pochodzą), gdy patrzę na podstawki, które niemal doskonale imitują liść – przypominam sobie ten niezwykły dzień w Tokio…To niesamowite, ile wspomnień wiąże się z kilkoma niepozornymi przedmiotami…i cieszę się, że spotkania herbaciane te wspomnienia odświeżają…

Reklamy

4 myśli na temat “Międzynarodowy Dzień Herbaty 2018 i czarki z Sugamo…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s