Czas mierzony czarkami herbaty…

Podobno szczęśliwi ludzie czasu nie mierzą… Dobrze jest myśleć, że płynne przejście ze starego do nowego roku dokonało się niezarejestrowane w świadomości z jakąś większą skrupulatnością, a nawet potraktowane raczej niefrasobliwie i z pewnym zdziwieniem, że „to już?” jest wynikiem utrzymującej się w równowadze szczęśliwości właśnie… Bardziej niż kalendarzem i zegarkiem odmierzam czas spotkaniami przy herbacie… a ten w przeciągu miesiąca z hakiem był dość intensywny pod tym względem i dobrze jest o tym wspomnieć nim kolejne miesiące miną niepostrzeżenie i nieubłagalnie 😉

Trudno mi jest sobie wyobrazić, by Międzynarodowy Dzień Herbaty spędzić inaczej niż na spotkaniu przy herbacie właśnie, w towarzystwie innych miłośników cameliowych naparów i na rozmowach o miejscach, z których degustowane herbaty pochodzą. Dzień Herbaty, który przypada 15 grudnia w minionym roku był dla mnie szczególnie ważny, bo świętowany w nowym miejscu i z nowymi herbaciarzami. Dzięki uprzejmości Ewy z Domu Herbaty „Aromat” w Poznaniu udało mi się zorganizować spotkanie na które przygotowałam opowieść o historii ogrodów Darjeeling oraz parzyłam te herbaty z tego regionu starając się uczestnikom spotkania pokazać jak piękne i wytworne są Darjeelingi. W celebrowaniu Dnia Herbaty wspierała mnie Agata, która przywiozła nowe herbaty z nepalskich plantacji pana Andrew. Podczas prób wyłapywania trudnych do uchwycenia lub nazwania nut smakowych czy zapachowych Agata po raz kolejny opowiadała o Andrew Gardnerze, który swoją herbacianą pasję przekształcił w pracę zarobkową nie tracąc nic ze szlachectwa, które każdego dnia przejawia się w dbałości o warunki socjalne i edukację swoich pracowników. Pan Andrew dwa lata temu z plantacji Guranse przeniósł się na plantację herbacianą w sąsiedztwie pasma Ganesh Himal oraz Parku Narodowego Shivapuri. Wielu pracowników z plantacji Guranse postanowiło zmienić miejsce swojego życia wraz ze swoim pracodawcą całymi rodzinami przenosząc się na herbaciane pola niedaleko Katmandu. Nie mam wątpliwości, że za człowiekiem, otwartym i uczciwym, pełnym pasji i kochającym ludzi warto pójść choćby na skraj świata…

Opowieść o panu Andrew oraz historia plantacji Darjeeling a szczególnie ostatnie tam konflikty, poruszyła temat warunków bytowych jakie mają pracownicy plantacji herbacianych. Chciałyśmy z Agatą opowiedzieć, jak dla herbacianego konsumenta ważna jest świadomość drogi, którą przechodzi pijana przez niego herbata i jacy ludzie tę herbatę dla niego robią. I myślę, że w przyjaznej, luźnej atmosferze, delektując się herbatami nepalskimi i Darjelingami, trochę się nam to udało 😉

   

W pierwszą sobotę stycznia 2018 roku udało się zorganizować Herbatę Noworoczną. Odkąd pamiętam (czyli od 3 lat ;)) z tym wydarzeniem zawsze wiążą się jakieś przeciwności losu, które wpędzają mnie w zniechęcenie i gdy już sobie w myślach odpuszczam Herbatę Noworoczną i godzę się z tym, że w danym roku jej nie będzie, nagle pojawia się osoba, która oferuje wsparcie i motywuje, by spotkanie jednak się odbyło 😉 Więc czasami myśląc o tych dziwnych zbiegach okoliczności śmieję się, że to chyba duch Lu Yu nie chce mojego zaniechania organizowania Herbaty Noworocznej 😉 W tym roku było podobnie. Pojawiły się problemy z dostępnością miejsca na spotkanie, trudności ze zgraniem terminów i oto nagle pomocną dłoń wyciągnęła Anna, której będę dozgonnie wdzięczna za wsparcie i okazaną życzliwość. I tak oto, 6 stycznia, odbyła się kolejna Herbata Noworoczna, której niezmiennym celem jest poznawanie nowych herbat oraz wspólne parzenie dla innych z szczególnymi życzeniami czy w szczególnej intencji na Nowy Rok… Tym razem herbaciane aromaty unosiły się w Pracowni Stanisława Tworzydło, do której zaprosiła nas Ania; a my – popijając cudownej urody tajwańskie wulongi, japońskie specjały i nepalskie ciekawostki oraz bawiąc się w dopasowywanie czarek do podstawek przyniesionych przez Justynę, rozmawialiśmy o losie i samodoskonaleniu w kontekście I Cing czyli chińskiej Księgi Przemian… Dla jednych jest to księga wróżebna, dla innych niewyczerpana skarbnica refleksji o drodze człowieka szlachetnego. Myślę jednak, że krocząc Drogą Herbaty trudno tę księgę ominąć…

                        

Krótko po tym wydarzeniu wspólnie z Agatą postanowiłyśmy rozpocząć eksplorację poznańskich parków w celu doświadczania herbaty w mniej lub bardziej ekstremalnych warunkach plenerowych 😉 Moim, wciąż niezrealizowanym marzeniem, jest wypicie herbaty w przestrzeni cicho zasnutej śniegiem… Czekałyśmy na śnieg i czekałyśmy, ale ileż można czekać? Ostatnio jest jak jest…. W końcu zapadła decyzja, że niezależnie od pogody widzimy się na herbacie w niedzielę 14 stycznia w Parku Sołackim. Jakże tego dnia nie chciało mi się wstawać! Widząc za oknem szaro-bure chmury a na termometrze temperaturę bardzo bliską zeru zaczęłam usilnie szukać sposobu, by nie wyściubiać nosa na zewnątrz… a to jakoś głowa mnie rozbolała, a to trzeba zrobić porządek w pokoju, a to na ciepłej kurtce jest jakaś plama i jak ja się w takim stanie ludziom pokażę… Ale potem pomyślałam sobie, że nie mogę być takim mięczakiem i że Agata na pewno nie odpuści Herbacianej Terenówki, więc ubrałam się na cebulkę i czując się jak Pi i Sigma z Matplanety pojechałam na spotkanie. Ależ to było przyjemne spotkanie! 🙂 Jakże obłędnie smakuje herbata, której parujący dymek nad czarką jest w połowie jeszcze ciepły a w połowie już zimny… Jakże niesamowicie mieszają się ze sobą aromaty otaczających drzew, kamieni, wody, ziemi, zapachów zastygłych w powietrzu z aromatami herbacianymi…Podprażana hojicha, ubiegłoroczny Pan Ramiz oraz ubiegłoroczna nepalska Gold Buds pokazały jakie potrafią być smaczne w niskich temperaturach otoczenia 😉 I choć miałyśmy spory zapas wody, bo Agnieszka przyniosła jeden termos a Magda aż trzy 🙂 nie wykorzystałyśmy wszystkiego zbyt dotkliwie czując kostniejące palce rąk i nóg. Ponieważ zbyt często nie zdejmowałyśmy rękawiczek, tylko Agacie udało się pstryknąć telefonem dwie fotki 🙂

   

I jeszcze smaki i zapachy degustowanych w Parku Sołackim herbat pozostawały żywe w pamięci, gdy pojawiła się możliwość na kolejne spotkanie herbaciane. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności Ania była w okolicach Poznania, więc nie mogłam przepuścić niepowtarzalnej okazji na zorganizowanie spotkania z nią. I znów do Domu Herbaty Aromat zeszli się miłośnicy herbaty, by tym razem posłuchać wykładu Ani o wulongach oraz naczyniach do ich parzenia.

         

Z herbatami turkusowymi jest nie lada problem: jaki to kolor herbaty? Jak je poprawnie nazywać? Czy to herbaty szmaragdowe, turkusowe, niebieskie a może jednak czerwone? I czy te herbaty można nazywać oolongami, wulongami czy ulungami? No i jeszcze kwestia czy rozmawiasz z Chińczykiem czy Tajwańczykiem, bo o ile ci pierwsi nie przywiązują zbytniej wagi do precyzji klasyfikacji herbat, to dla drugich już np. Tie Guan Yin nie jest wulongiem czyli herbatą wytwarzaną z liści krzewów któregoś ze szczepów wulong, ale jest herbatą qing czyli turkusową a więc częściowo oksydowaną w procesie charakterystycznym dla wulongów. Warto zgłębić wiedzę w tym zakresie, by uniknąć, dość często występującej, arogancji w nazywaniu herbat qing czy wulongów np. herbatami czerwonymi, ponieważ za taką nomenklaturą idzie wolny wymysł zachodnich „miłośników” herbat, którzy najwyraźniej za nic mają źródła, z których pochodzą dane herbaty czym dają wyraz po prostu braku znajomości tematu. Naprawdę jest jeszcze wiele do nauczenia się i nauczenia innych o herbacie…

Jakiś czas temu przeczytałam na blogu Czajowni tekst, który przebrzmiewa we mnie do dziś; może dlatego, że to o czym pisze autor jest mi bliskie… Spotkania przy herbacie w towarzystwie innych ludzi, jak się okazuje – niezależnie od miejsca- to niepowtarzalne za każdym razem rytuały… Spotkania, gdzie nikt z nikim nie musi o nic walczyć bo wspólną radością jest niespieszne delektowanie się herbatą i rozmowa – dzielenie się wiedzą i doświadczeniem, słuchanie z szacunkiem opowieści innych, nawet śmiech, który rozluźnia i uszczęśliwia; pochylanie się nad czarkami z tym samym naparem w środku w poszukiwaniu nieznanych lub właśnie swojskich smaków i zapachów, i przyglądanie się drugiemu człowiekowi jak samemu sobie – w lustrze…

 

 

Nieoznaczone zdjęcia z Herbaty Noworocznej są autorstwa Agnieszki 🙂

Reklamy

Darjeelingi i nepale czyli wspomnienia z Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj!

Mój Tata mówi, że 98% obaw jakie nami targają, nie spełnia się. Sprawdziło się to i tym razem, podczas Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! Ponieważ podczas tego wydarzenia miała miejsce moja pierwsza w życiu publiczna prelekcja o herbatach, bałam się bardzo… że ze stresu zapomnę o czym tak naprawdę miałam mówić i zamiast o darjeelingach zacznę opowiadać o oolongach; że przeparzę herbaty, albo że je niedoparzę. Prorok Zagłady szalał we mnie na całego. Okazało się, że moje obawy zmieściły się w tych dwóch procentach – na chwilę mój umysł wpadł w czarną dziurę kosmiczną i pomyliły mi się kultywary z odmianami i gatunkami. Jednak miałam cudownych słuchaczy, którzy pomogli mi wybrnąć z tego ambarasu. Wspaniali ludzie 🙂

Bardzo chciałam zaparzyć wszystkie darjeelingi, które przygotowałam na prelekcję:

Darjeeling Namring FF Lotniczy 2015

20151014_133533

Darjeling Golden Tips Namring Upper SF

20151014_133622

Darjeeling Margaret`s Hope SF

20151014_133706

oraz Darjeeling White Happy Valley

20151014_133807

Jednak na zaparzenie tego ostatniego zabrakło czasu mojego wykładu. Niemniej jednak udało mi się namówić Macieja z bytomskiej herbaciarni Herbata na eksperymenty z tym darjeelingiem. Z początku chcieliśmy przygotować Darjeeling White Happy Valley metodą szybkiego parzenia w gaiwanie przy temperaturze ok 85 stopni celsjusza. Nic dobrego jednak z tego nie wyszło. Ta herbata okazała się mocno zaspana albo wyjątkowo kapryśna. Odsłoniła się przed nami dopiero przy drugim podejściu, gdy Maciej wsypał więcej liścia do gaiwana, zalał ją wodą ok. 90 stopni celsjusza i trzymał ją pod przykryciem jakieś 15 minut. Wówczas poczuliśmy delikatne kwiaty, dotyk aksamitu na języku i akcent goryczki na dalekim planie…

IMG_4832

Muszę przyznać, że wybrane przeze mnie darjeelingi niezbyt pozytywnie mnie zaskoczyły… Pamiętam ubiegłoroczne: lotniczego Namringa, Namringa Uppera Golden Tips oraz Margaret`s Hope z późnych zbiorów – one wszystkie były urzekające, pełne, wyraziste w swej delikatności. W tym roku są jakby przygaszone… I takie wrażenie miałam podczas domowego parzenia w porcelanowym dzbanuszku, jak i podczas festiwalowego parzenia w czajniczkach żeliwnych. Cóż, z herbatami tak bywa… 🙂

Czas mijał bardzo szybko. Kolejni prelegenci pojawiali się i schodzili ze sceny żegnani gromkimi brawami. Udało mi się trochę podsłuchać opowieści Asi (www.joannabozek.pl) o jej Drodze Herbaty, o blaskach i cieniach prowadzenia bloga. Justynę złapałam chwilkę przed jej prelekcją; zdążyłyśmy napić się czarki herbaty i już zjawiali się kolejni goście, kolejni prelegenci. Rafał pojawił się z całą masą intrygujących akcesoriów do cold brew.

IMG_4883

Chwilkę asystowałam mu w przygotowaniu do wykładu, a potem pochłonęły mnie, przyziemne sprawy – trzeba było w kuchni umyć czarki i naczynia 🙂 Spragnionych herbaty nie brakowało, co napawało mnie ogromną radością 🙂 W międzyczasie chwilę wytchnienia znalazłam przy chapanie Macieja, który niezmordowanie zaparzał herbatę za herbatą. Po naszych eksperymentach z darjeelingami przyszła kolej na pu erh`y, a gdy przyjechali Monika z Piotrem (czajownia.pl) – także na Cherry Tea przywiezioną przez Piotra. Uwielbiam tę herbatę, którą pierwszy raz spróbowałam parzoną ręką mistrza Mosahiro Takada na początku tego roku właśnie we wrocławskiej Czajowni. Tym razem Maciej zaparzył dużą ilość liścia Cherry Tea, co dało w efekcie cudowny, intensywny napar o dominującym smaku cierpkiej wiśniowej pestki.

IMG_4859  IMG_4861

IMG_4865

Udało mi się usłyszeć większą część wykładu Piotra o kulturze herbaty w Polsce i Czechach. Prelekcja była połączona z pokazem m.in. zdjęć obrazujących przebieg budowy wrocławskiej Czajowni. Byłam pod wrażeniem ile pracy, zaangażowania i wysiłku wymagało doprowadzenie tego miejsca ze stanu surowego do przytulnej herbaciarni, jaką jest teraz Czajownia. Pomyślałam sobie wówczas, że prawdziwa pasja potrafi dodać nadludzkich sił…

Monika zabrała nas w podróż na Sri Lankę pokazując jak wyglądają cejlońskie fabryki herbaty i fabryka cynamonu. Była to prelekcja bardzo aromatyczna i pełna wzruszających opowieści o miejscowych atrakcjach i przyjaznych, otwartych Lankijczykach. Z relacji Moniki po raz kolejny wyłoniło się przesłanie dla podróżników – nieprzewidziane, z początku wydające się przykre, okoliczności, mogą zmienić podróż w ekscytujące i ubogacające przeżycie…

Ostatnia prelegentka – Agata (www.agataozarowska.pl) pięknymi fotografiami oprowadziła nas po nepalskiej plantacji pana Andrew – jednej z najwyżej położonych plantacji herbacianych na świecie.

Można by rzec: kulminacyjnym punktem programu Poznańskiego Festiwalu Herbaty był panel dyskusyjny prowadzony przez Anię (Piewcy Teiny). Okazało się, że zebrani z Kwietnej pasjonaci herbaty mają wiele do powiedzenia na temat kultury herbacianej w Polsce i gdyby nie ograniczenia czasowe, dyskusja zapewne toczyłaby się do białego rana. Bardzo ciekawie o tym panelu napisali nasi wrocławscy goście: Jagoda i Marcin (czarkanawidelcu.wordpress.com ).

Burzliwe rozmowy herbaciane zostały ukojone dźwiękami gongów i mis tybetańskich. Cudowny, relaksacyjny koncert – idealnie wprowadzał w czas krótkiej, regenerującej drzemki… 😉

Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy…Smutek z zakończenia Festiwalu koi tylko myśl, że za rok będzie kolejna edycja Zaparzaj! Organizatorzy są pełni szalonych pomysłów, a ponieważ nie brakuje im zapału i werwy – zapewne owe pomysły skutecznie zrealizują 😉

Mnie z Poznańskiego Festiwalu Herbaty na pamiątkę zostały nie tylko zdjęcia i niesamowite wrażenia z przeżytych kilkunastu godzin z przeuroczymi, pełnymi pasji, poczucia humoru, wiedzy i herbacianego doświadczenia ludźmi, ale także…herbaty 🙂

          ———————————————————————————————-

Mijający tydzień był szalonym, niczym pędzący na oślep mustang, czasem… Udawało mi się wykrawać z tego zwariowanego biegu zdarzeń chwile uspokojenia właśnie po to, by na spokojnie podegustować przywiezione z Festiwalu herbaty. A tych, dzięki Agacie, przywiozłam trzy. Plantacja Guaranse w Nepalu, z której pochodzą owe herbaty, jest najwyżej położoną herbacianą plantacją na świecie.

Pierwszą herbata, po którą sięgnęłam, była White Curls SF 2015.

20151014_121408

Postanawiam użyć szklanego gaiwana, by móc obserwować tańczące liście. Wedle wyznacznika na stronie internetowej (onecupoftea.pl), na którą właśnie po zasady parzenia odesłała mnie Agata, starałam się przestudzić wodę do ok. 85 stopni Celsjusza. Obserwując nabierający intensywności kolor naparu, postanowiłam, że dam tej herbacie 4 minuty w pierwszym parzeniu.

20151014_132419

Podczas degustacji czuję łagodność i jednocześnie wiem, że ta herbata będzie bardzo delikatna i subtelna, i potrzebuje czasu, by się obudzić i z większą łaskawością odsłonić swoje kwiatowe nuty.

20151014_132958

W drugim parzeniu daję White Curls już 7 minut. I rzeczywiście kwiaty wyczuwalne są bardziej intensywnie; dodatkowo pojawiają się urzekające słodkie akcenty lipowego miodu i bardzo, bardzo odległa, choć jednoznacznie wyczuwalna, nutka kwiatu czarnego bzu… W każdym parzeniu, również w tych kolejnych, których zrobiłam jeszcze dwa, można wyczuć wilgotną świeżość – zapach wody w jeziorze w letni poranek…

20151014_133346

Kolejną herbatą, którą wsypuję do gaiwana jest Mystic Green SF 2015. Gdy wącham suche liście czuję urzekającą mleczną czekoladę z nutą wanilii. Hmm…

20151014_121552

Zalecana temperatura 75 – 85 stopni Celsjusza i czas parzenia 1-3 min. Jak zwykle wybieram złoty środek o parzę 2 minuty. Napar jest łagodny, kremowy; można wyczuć lekką oleistość podobną jak w herbatach japońskich i bardzo delikatną cierpkość skórki zielonego orzecha, która łagodnie ale równomiernie rozkłada się na języku. Z każdym kolejnym parzeniem ta herbata subtelnieje a przy szóstym parzeniu już nie czuć goryczy – tylko morska, aksamitna łagodność…

20151015_105537   20151015_112042

Na koniec zostawiam sobie Guranse White Tips SF 2015.

20151014_121952   20151016_112615

Zalane liście trzymam pod przykryciem ok 4 min. Po pierwszym parzeniu mam wrażenie, że piję darjeelinga z lutowo-marcowych zbiorów – czuję świeżość, lekkość i roślinną, lekką goryczkę majaczącą w tle. Ta herbata jest miękka…Kiedy weźmie się do ust płatek jadalnego kwiatu, można poczuć na języku i podniebieniu atłas i aksamit jednocześnie. Taka właśnie jest Guranse White Tips… Drugie parzenie zrobiłam już trochę krótsze i degustując napar wyczułam kwiatowe nuty, oraz – co mnie zaskoczyło – ziołowe akcenty. W Guranse White Tips jest jakieś swoiste ciepło…Z każdym kolejnym łykiem w wyobraźni wyostrzał się obraz lasu i pierwszego jesiennego ogniska, które rozpala się gdy podczas długiej wędrówki zatrzymujemy się dla odpoczynku, przygotowania herbaty i spokojnej kontemplacji otaczającej przyrody.

Nie mogłam sobie odmówić trzeciego parzenia. Tym razem poczułam, jak ta herbata staje się zrównoważona i spolegliwa; przestaje zaskakiwać coraz to nowymi tonami, ale wycisza się w kwiatowych aksamitach i delikatnych chropowatościach. Zrobiłam czwarte parzenie, gdy zadzwonił telefon. Straciłam rachubę czasu podczas rozmowy… Gdy wróciłam do pływających spokojnie w gaiwanie listków, podejrzewałam, że herbata będzie nie do wypicia. I tu spotkało mnie kolejne zaskoczenia – cierpliwie zachowała dla mnie cały swój kwietno-ciepły urok… Mocniejsza i bardziej wyrazista wciąż nie mogła ukryć swojej łagodności. I nawet troszeczkę już przestudzona niezmiennie była pełna uroku…

20151016_113245

Przy tej herbacie myślałam o Festiwalu Zaparzaj z ogromną wdzięcznością – tyle pozytywnej energii czułam na tym wydarzeniu, tyle wiedzy nabyłam, tylu niezwykłych ludzi poznałam! Dziękuję wszystkim, spotkanym w Kwietnej, wspaniałym osobom! Widzimy się za rok! 🙂