Zbiór i obróbka herbaty w Shirakawa Town czyli jak odkryłam w sobie żyłkę farmerską ;)

Rano w domu państwa Isajich budzi mnie śpiew ptaków. Wychodzę na taras i oto mogę nasycić płuca świeżym, rześkim powietrzem, uśmiechnąć się do widoku gór, które witają mnie swoim spokojnym dostojeństwem, ze zdziwieniem stwierdzić, jak cudownie intensywny jest zapach świeżego drewna dochodzący z położonego jakieś 200 metrów niżej tartaku.

I choć zdjęcie nie oddaje w pełni tego piękna, które widziały moje oczy, choć za chwilę zaczniecie ziewać z nudów przy moim kolejnym zdjęciu z widoczkami, to ja tych zdjęć i opisów po prostu nie mogę pominąć… Zachwyt nad przyrodą daje autentyczne wytchnienie od wszelkich problemów, ładuje energetyczne baterie i daje siłę do konstruktywnego działania…
Tymczasem śniadanie już czeka…

Czeka również plantacja herbaty…

Dzień był słoneczny, choć trochę chłodny, dlatego ręcznik przeznaczony do ocierania potu z czoła w wyniku ciężkiej pracy, który dostałam od Hiroko-san wykorzystałam jako szalik. Ubrana od stóp do głów w profesjonalny kombinezon i roboczą kurteczkę ruszyłam z entuzjazmem do ręcznego zbierania herbacianych liści. Dostałam koszyk, który przytwierdziłam sobie do pasa oraz karteczkę z wytycznymi jakiej dokładnie wielkości listki mam zbierać; ni mniejszych, ni większych…

   

Pomagał mi Hide i Kazumasa – san, którzy podczas pracy robili przerwy i opowiadali o herbacie oraz o miejscowej glebie.

Towarzystwo miałam wspaniałe – zbieraczki i zbieracze w wieku moich rodziców i dziadków; kilka pań poczęstowało mnie cukierkami. Atmosfera była naprawdę bardzo przyjacielska. Oczywiście pracowałam najwolniej i najmniej listków udało mi się uzbierać.

   

Cztery godziny minęły niepostrzeżenie. Wszyscy się ze mnie naśmiewali, że chciałam zostać i dalej zbierać herbatę… naprawdę mi się to spodobało. No i chciałam udowodnić, że z każdą kolejną chwilą zbieranie idzie mi coraz lepiej…

Jednak czekało mnie kolejne doświadczenie herbaciane – obserwowanie całego procesu obróbki herbacianego liścia. Kazumasa –san i Hide zabrali mnie do małej fabryki, gdzie w najlepsze trwały prace…

W przyjemnie czystym otoczeniu, w doskonale zorganizowanym zespole miałam możliwość prześledzić wszystkie etapy obróbki zielonej herbaty:

Etap 1. Zebrane liście herbaciane są jak najszybciej przywożone właśnie tutaj i od razu wrzucane na taśmę. To bardzo ważne, by liście były świeże. Z taśmy liście wpadają do maszyny parowej gdzie są poddawane wstępnej obróbce. Oczywiście na taśmę trafiły liście z porannego zbioru 😉

      

Następnie liście, w drodze do kolejnej maszyny, są lekko schładzane a następnie wpadają do bambusowego kosza.

   

Etap 2. Chłodzenie liści znajdujących się w bambusowych koszach. Chłodzenie najczęściej odbywa się przy pomocy zwykłych wiatraczków. Na tym etapie też osoby pracujące w fabryce dokonują przeglądu jakości liści i ręcznie wybierają wadliwe egzemplarze…

Etap 3. Następnie liście są wrzucane do maszyny prasującej; odpowiednio wyprofilowane łyżki oraz łańcuchy zmieniają kształt liścia i usuwają wodę z jego struktury.

      

Etap 4. Następny etap obróbki świeżych liści to pierwsze rolowanie. Na tym etapie pod wpływem nacisku i tarcia oraz traktowania herbaty suchym i gorącym powietrzem dochodzi do zmiękczenia liścia oraz głębszego pozbawienia wilgoci.

Etap 5. Po pierwszym rolowaniu liście trafiają na maszynę, gdzie ma miejsce drugie rolowanie i prasowanie. Tutaj, bez podgrzewania – jak zrozumiałam – chodzi przede wszystkim o zbalansowanie wilgoci liści. Stopień wilgotności a więc i gotowość liścia do przejścia do następnego etapu obróbki ocenia ręcznie wykwalifikowany pracownik. Jednak, jak zaobserwowałam, nie tylko ten etap jest nadzorowany i sprawdzany „metodą na dotyk”przez specjalistów; choć maszyny można ustawić do odpowiedniej pracy, widziałam jak np. panowie nadzorujący produkcję sprawdzają ręcznie stan liści już na etapie 3 czyli w maszynie prasującej.

  

Etap 6. Gdy liście mają już odpowiednią wilgotność i kształt zostają wrzucone do turbiny i poddane kolejnemu rolowaniu. Tutaj też, pod wpływem gorącego powietrza oraz odpowiednio wyprofilowanych łopatek, liściom nadaje się należny kształt oraz znów dąży do uzyskania właściwej wilgotności.

Etap 7. Teraz liście trafiają na bambusowe kosze. Podczas wcześniejszych etapów obróbki niektóre liście mogły zbyt mocno ulec zrolowaniu tworząc niepożądane kulki. Tutaj takie kulki są wybierane i rozprostowywane ręcznie. Żmudna praca 😉

Etap 8. Gdy listki herbaty będą już odpowiednio przygotowane wrzuca się je do maszyny na tzw. ostatnie rolowanie. Tutaj następuje kolejna redukcja wilgoci w liściu oraz ma miejsce nadawanie listkom odpowiedni kształt igły. Nie wiem dlaczego, ale ta maszyna mnie zafascynowała…a może raczej powinnam powiedzieć: zahipnotyzowała? 😉 Maszyna pracuje sukcesywnie tworząc przyjemny szmer podrzucanych i opadających liści. Cały mechanizm jest tak prosty a jednocześnie tak genialny. Hide podchodzi do mnie i chwilę razem wpatrujemy się w monotonny ruch łyżek i przesypujące się liście herbaty. Podobno wszystkie maszyny w fabryce nie są stare bo mają ok. 40 lat. Prototyp powstał w latach 70-tych. Początki uprawy herbaty na tym terenie sięgają 700 lat wstecz, kiedy zasadzono tu pierwsze herbaciane sadzonki, ale były to uprawy przydomowe – herbata była uprawiana na własny użytek. Dopiero w latach 60-tych ubiegłego wieku zaczęto uprawiać herbatę na skalę masową/ komercyjną i wówczas wybudowano fabryki z czasem je unowocześniając czyli poddając mechanizacji.

      

Etap 9. Ostatnim etapem obróbki herbaty jest umieszczenie liści herbacianych na szufladach, które zostaną włożone do pieców pozwalających dosuszyć liście. Na przykład w przypadku senchy liście powinny mieć 3% wilgotności.

   

Potem Chihiro zabiera mnie do dużej fabryki, gdzie znajduje się tylko kilka osób nadzorujących skomplikowaną plątaninę maszyn tworzących kompletny zespół do obróbki herbaty. Tutaj każdy etap obróbki jest zmechanizowany; etapy są tak przemyślanie połączone, że naprawdę człowiek jest tutaj absolutnie zbędny – wszystko przebiega sprawnie bez jego ingerencji…

Chyba jednak małe fabryki są bardziej urokliwe… 😉

Podobnie jak w przypadku obróbki liści herbaty, również zbiory są dokonywane w różnych skalach. Miałam zaszczyt uczestniczyć w ręcznym zbiorze herbaty. Z daleka widziałam zbiór przy pomocy maszyny trzymanej przez dwoje ludzi w rękach – to metoda pośrednia dla średniej wielkości poletek, wymaga sprawności i siły osób biorących udział w takim zbiorze. (poniższe zdjęcie z folderu)

Ostatnim rodzajem jest zbiór maszynowy kombajnem. Obserwowałam pracę takiej maszyny, a potem Kazumasa-san nauczył mnie obsługiwać taki herbaciany kombajn. To naprawdę nic skomplikowanego, ale w pole nie pozwolili mi tym wyjechać… domyślam się, że w trosce o herbaciane krzaki 😀

      

Zbiory i obróbka herbaty to niełatwa praca, choć dla kogoś kto herbatę kocha jest niezwykłym doświadczeniem i może być przyjemnością. Każdy etap, jaki przechodzi liść herbaciany zanim trafi do naszej czarki jest szalenie ciekawy i dobrze jest go zaznać na własnej skórze 😉 Gdy wieczorem zasypiam z wdzięcznością za doświadczenia, które stały się moim udziałem, myślę o skali…mała fabryka – duża fabryka, ręczny zbiór – maszynowy zbiór, przydomowa plantacja herbaty – komercyjne pole herbaciane, jakość – ilość… ileż różnych herbat trafia do mojej czarki… a czy ja mam wybór? Zasypiam wiedząc, że to nie koniec tematu… 😉

c.d.n…

 

Dziękuję Kazumasa-san za zdjęcia, na których jestem.

Reklamy

Zairai w pięknych okolicznościach przyrody Shirakawy…

Na początku była Shirakawa Town – ukazała się moim oczom niczym rajska kraina…
Gdy przyleciałam do Japonii był piękny, ciepły, pełen słońca dzień; w taki dzień, kiedy spoglądając w błękitne, usiane leniwymi, tłustymi chmurami niebo, czujesz szczęście i wiesz, że wszystko będzie dobrze… Nie znam nikogo, kto nie czułby się oczarowany Japonią od pierwszego wejrzenia. Ja byłam już zakochana przed przyjazdem, teraz absolutnie straciłam głowę… Mijane w drodze do Shirakawy miasteczka zachwycały mnie swoją architekturą, ogrody otulające domki o spadzistych dachach roztkliwiały swoją uroczą różnorodnością i fantazją gospodarzy. Zostałam przywitana przez dwóch przeuroczych panów: Kazushige i Kazumasę, których również od razu pokochałam. Poza moją dozgonną sympatią ci dwaj przecudowni mężczyźni mają również moją wieczną wdzięczność za ciepłe przyjęcie, okazaną życzliwość i wiedzę o herbacie, której mi nie szczędzili…

Shirakawa Town przez tydzień była dla mnie gościnnym rajem… Masywne góry pokryte gęstymi lasami iglastymi, świeże powietrze, rzeki w nieskończonych odcieniach szmaragdu i turkusów tak czyste, że dno chyba można zobaczyć nawet z księżyca i ludzie – przesympatyczni, otwarci, z poczuciem humoru, wyluzowani…

            

Tego samego dnia, kiedy przyjechałam do Shirakawy, moi opiekunowie – Kazushige-san oraz Kazumasa-san zabrali mnie do muzeum. To miejsce poświęcone pamięci Chiune Sugihara – niezwykle odważnego, o wielkim sercu człowieka, który podczas drugiej wojny światowej pomagał Żydom, także polskim, uniknąć eksterminacji. Choć jest to kawałek historii dość bolesny, wzruszyła mnie ta kolejna, szlachetna niteczka łącząca Japonię i Polskę.

Potem był czas na herbatę… Pojechaliśmy do sklepu pana Seizou, gdzie prócz herbaty było też sporo utensyliów do herbaty matcha oraz liściastej. Gospodarz przygotował dla nas tegoroczną shinchę. Z herbatami z prefektury Gifu zetknęłam się dwa lata temu podczas spotkania w głównej mierze poświęconego sake z tego regionu. Dwa rodzaje herbat wówczas degustowanych nie zachwyciły mnie, a charakterystyczna dla herbat z Gifu goryczka raczej nie skłoniła mnie by zostać przyjacielem tych herbat… Ale herbacie trzeba dawać szansę 😉

      

Herbata podana przez gospodarza w zapachu suchych liści była połączeniem świeżej trawy i storczyków… Czajnik paruje więc pytam jaka jest temperatura wody. Około 90 stopni. W naparze przyjemne zaskoczenie – herbata okazuje się być delikatna i charakterna jednocześnie, lekko oleista z mlecznym akcentem. Napar jest dość mętny. W smaku wyczuwam znaną już sobie goryczkę – charakterystyczna nuta dla herbat z tego regionu; jednak tym razem owa goryczka mi się podoba – wspaniale równoważy się ze słodyczą i nadaje naparowi ciekawego rysu.

      

Po degustacji jeszcze raz obeszłam sklep pana Seizou bardzo dokładnie z każdej strony i wyszedłszy na zewnątrz znalazłam poletko herbaciane, które, jak się okazało, należy do pana Lin`a. Poletko znajdowało się tuż za domem właściciela i w Shirakawie nie jest niczym szczególnym, ponieważ wielu mieszkańców tego przepięknego miasta ma swoje prywatne plantacje herbaciane gdzieś w pobliżu domów; herbata z takich miejsc nie jest oczywiście na sprzedaż, zwykle ręcznie zbierana jest przeznaczona do prywatnego użytku. Pan Lin, podobnie jak wielu innych mieszkańców tego herbacianego regionu, pracuje na większej (komercyjnej) plantacji herbaty.

Urzeczona widokami i słodko opita herbatą zostaję zabrana na okoliczne plantacje herbaty… Dołącza do nas Chihiro, która z pasją opowiada o plantacjach Shirakawy, o uprawie i właściwościach herbaty…

      

Na porośniętym krzakami herbaty wzgórzu, z którego roztacza się cudowny widok na okoliczne plantacje herbaciane, fabrykę herbaty oraz zakole rzeki Hida, Chihiro pokazuje mi native tea czyli tzw. zairai. Chihiro objaśnia, że zairai to japońska nazwa herbaty pierwotnej, której pochodzenie jest trudne lub w ogóle niemożliwe do ustalenia; mówi się na nią dzika herbata, ponieważ rośnie bez ingerencji człowieka w jej wzrost i rozwój. Nie do końca również wiadomo jak dana odmiana zairai zachowa się w różnych warunkach klimatycznych… Ciekawa sprawa z tą herbatą… kolejny temat do zgłębienia…Później w Internecie znalazłam prosty i chyba dość prawdziwy opis zairai: https://www.teaformeplease.com/blog/tea-nerd-dictionary-zairai

Rzeczywiście listki herbaty z regularnej uprawy…

…różnią się od wolnych krzaczków zairai…

      

Gdy na chwilę zapuszczamy się głębiej w pobliski las, gdzie otula nas orzeźwiający chłodek, znajdujemy kolejny zairai:

Każdy oglądany przeze mnie obszar jest inny, podporządkowany innym metodom zbiorów (ręcznym lub maszynowym) i przeznaczony na różne rodzaje herbaty w zależności od czasu zbiorów. Generalnie Shirakawa, jak cała prefektura Gifu, jest nastawiona gównie na produkcje herbaty zielonej, sporadycznie herbaty czarnej (black tea).
Na każdym z tych miejsc chce mi się krzyczeć ze szczęścia nie tylko dlatego, że do woli mogę macać szczęśliwe listki herbaciane, ale także dlatego, że gdzie nie spojrzę jest pięknie i w oczach już nie mam miejsca na te cudne widoki, które mnie otaczają…

   

Na koniec tego niesamowitego dnia trafiam do rodziny państwa Isajich – przecudownych ludzi, którzy będą mnie gościć i opiekować się mną jak członkiem rodziny przez kolejnych 7 dni. To po panu Kazushige, panu Kazumasie i Chihiro kolejne anioły na mojej japońskiej drodze herbaty…

c.d.n…

Preludium do herbacianych wspomnień z Japonii

Mija właśnie mniej więcej miesiąc od mojego powrotu z miesięcznego pobytu w Japonii. Szczęście, które stało się moim udziałem podczas tego wyjazdu wciąż odczuwam niezwykle intensywnie co pomaga mi w dużym stopniu znieść przykre wydarzenia codziennej polskiej rzeczywistości…
Niemal codziennie oglądam zdjęcia i wspominam przeżyte chwile, tęsknię za ludźmi, których dane mi było poznać w Japonii. Tyle tego jest, że zastanawiam się od czego zacząć opowieść o tym cudownym miesiącu w kraju Kwitnącej Wiśni? Na pewno to wszystko nie miałoby miejsca, gdyby nie pomoc Roberta Tomczyka, który dzięki swoim kontaktom, wiedzy i zaangażowaniu umożliwił mi gościnę na plantacjach herbaty. Będę pewnie jeszcze wielokrotnie dziękowała Robertowi za tę podróż do Japonii, która była spełnieniem mojego wielkiego marzenia, w którego urzeczywistnienie tak naprawdę chyba do końca nie wierzyłam – wydawało mi się to poza moim zasięgiem, możliwościami i umiejętnością przyjęcia… Więc moja wdzięczność wobec Roberta jest ogromna i dozgonna… W Japonii spotkałam tylko dobrych ludzi, którzy wielu rzeczy mnie nauczyli. Będę jeszcze o nich pisać…

Wracając do herbaty: bałam się, że przywieziona herbata okaże się diametralnie inna w smaku niż ta, którą piłam na miejscu; ale – ku mojemu zdumieniu – poznańska woda całkiem dobrze zdała egzamin w połączeniu z japońską herbatą dając ciekawe doznania smakowe. Oczywiście, tutaj to nie to samo co tam… ale przecież nie tylko woda bierze udział w parzeniu herbaty…

Pierwszą herbatą jaka zaparzyłam dla najbliższych od razu po powrocie była oczywiście herbata zielona robiona według tradycyjnej ręcznej obróbki zwanej temomi. W Sirakawie – cudownym miejscu, do którego trafiłam jako pierwszego punktu na trasie mojej herbacianej japońskiej podróży, miałam zaszczyt uczestniczyć w dwudniowym warsztacie robienia herbaty. Teraz rozpiera mnie duma, że własnymi rękami zrobiłam herbatę, chociaż trzeba pamiętać, że nie robiłam jej sama – w znacznym stopniu wspierał mnie Mistrz Kazumasa – a i swoją energię w powstanie tej herbaty włożyli m.in. Hide i Chihiro. Temomi to naprawdę ciężka praca, a po efekcie końcowym można poznać czy wykonał ją doświadczony mistrz czy początkujący uczeń… „Moja” herbata nosi znamiona doświadczonej ręki Mistrza Kazumasy, ale czuć w niej, niestety, także moje nieporadne starania, by dorównać biegłości nauczyciela…

Przyszedł również czas na zaparzenie innej – tym razem już można powiedzieć, że w stu procentach zrobionej przeze mnie – herbaty… Podczas pobytu w Ośrodku Badawczym Sayama uczestniczyłam w herbacianym święcie organizowanym przez tenże Ośrodek; w trakcie wspomnianego wydarzenia uczestnicy mieli możliwość zbierania herbaty, z czego udało się skorzystać i tak oto weszłam w  posiadanie świeżych listków herbacianych: pączka liściowego i dwóch pierwszych liści. Po powrocie z eventu liście, za radą Roberta, trafiły do hotelowej zamrażarki. Wyjęłam je przed wyjazdem z Japonii i długo zastanawiałam się czy brać ze sobą liście czy nie brać. W końcu wzięłam dosłownie garstkę i pełna obaw czy nie zatrzymają mnie na lotnisku za szmuglowanie, spakowałam do walizki. Po ponad dobowej podróży okazało się, że oczywiście liście nie tylko się rozmroziły ale i trochę sfermentowały. Rozłożyłam je na papierowym ręczniku, drugim ręcznikiem przykryłam i położyłam na parapet, by pod wpływem promieni słonecznych listki się wysuszyły. Doba na okiennym parapecie na wschodnią stronę dała mi porcję herbaty na jedną degustację.

   

Cóż…zaparzona temperaturą wody ok 80-85 stopni przez niecałą minutę dała napar, w którym słodycz przeplatała się z bardzo subtelną goryczką; łagodność i świeżość charakterystyczna dla białych herbat fleszowych przełamana została wyraźniejszą nutą charakterystyczną dla herbat ciemnych. Na pewno nie było to coś niesamowitego – jedynie ciekawe doświadczenie herbaciane, które zaparzyłam 3 razy…

W pewien niezbyt ruchliwy poranek w pracy zapragnęło mi się nowych herbacianych eksperymentów, więc postanowiłam zrobić sun brew z tegorocznej shinchy z Shirakawy. Wsypałam do czajniczka garść liści, zalałam wodą w temperaturze pokojowej i wystawiłam na słabe tego dnia słońce. Oczywiście w ferworze porannych obowiązków zapomniałam o tej herbacie, ale gdy przelałam ją do czarek i dałam do spróbowania koleżankom, gdy każda z nas wypiła pierwszy łyk – okazało się że to „zapomnienie” wyszło tej herbacie na dobre… Słodycz świeżych traw, aksamit mlecznych tonów, fajerwerk przyjemnej, rześkiej goryczki a na końcu oszałamiający smak umami… Absolutne zaskoczenie! Każdy łyk pozostawia w ustach smak czystej radości i błogostanu…

      

Niedawno Anatol zapytał mnie co czułam dotykając liści herbacianych na plantacjach. Bez zastanowienia odparłam, że ekstazę! 😀 Wiem, wiem, nie każdy potrafi zrozumieć takiego fioła na punkcie herbaty… ale to moje uniesienie było sumą każdej teraźniejszej chwili, która mieściła w sobie i fakty i emocje, nowe doświadczenia i nowe spotkania…
No dobrze, ale zacznijmy od początku…

cdn…

Czas mierzony czarkami herbaty…

Podobno szczęśliwi ludzie czasu nie mierzą… Dobrze jest myśleć, że płynne przejście ze starego do nowego roku dokonało się niezarejestrowane w świadomości z jakąś większą skrupulatnością, a nawet potraktowane raczej niefrasobliwie i z pewnym zdziwieniem, że „to już?” jest wynikiem utrzymującej się w równowadze szczęśliwości właśnie… Bardziej niż kalendarzem i zegarkiem odmierzam czas spotkaniami przy herbacie… a ten w przeciągu miesiąca z hakiem był dość intensywny pod tym względem i dobrze jest o tym wspomnieć nim kolejne miesiące miną niepostrzeżenie i nieubłagalnie 😉

Trudno mi jest sobie wyobrazić, by Międzynarodowy Dzień Herbaty spędzić inaczej niż na spotkaniu przy herbacie właśnie, w towarzystwie innych miłośników cameliowych naparów i na rozmowach o miejscach, z których degustowane herbaty pochodzą. Dzień Herbaty, który przypada 15 grudnia w minionym roku był dla mnie szczególnie ważny, bo świętowany w nowym miejscu i z nowymi herbaciarzami. Dzięki uprzejmości Ewy z Domu Herbaty „Aromat” w Poznaniu udało mi się zorganizować spotkanie na które przygotowałam opowieść o historii ogrodów Darjeeling oraz parzyłam te herbaty z tego regionu starając się uczestnikom spotkania pokazać jak piękne i wytworne są Darjeelingi. W celebrowaniu Dnia Herbaty wspierała mnie Agata, która przywiozła nowe herbaty z nepalskich plantacji pana Andrew. Podczas prób wyłapywania trudnych do uchwycenia lub nazwania nut smakowych czy zapachowych Agata po raz kolejny opowiadała o Andrew Gardnerze, który swoją herbacianą pasję przekształcił w pracę zarobkową nie tracąc nic ze szlachectwa, które każdego dnia przejawia się w dbałości o warunki socjalne i edukację swoich pracowników. Pan Andrew dwa lata temu z plantacji Guranse przeniósł się na plantację herbacianą w sąsiedztwie pasma Ganesh Himal oraz Parku Narodowego Shivapuri. Wielu pracowników z plantacji Guranse postanowiło zmienić miejsce swojego życia wraz ze swoim pracodawcą całymi rodzinami przenosząc się na herbaciane pola niedaleko Katmandu. Nie mam wątpliwości, że za człowiekiem, otwartym i uczciwym, pełnym pasji i kochającym ludzi warto pójść choćby na skraj świata…

Opowieść o panu Andrew oraz historia plantacji Darjeeling a szczególnie ostatnie tam konflikty, poruszyła temat warunków bytowych jakie mają pracownicy plantacji herbacianych. Chciałyśmy z Agatą opowiedzieć, jak dla herbacianego konsumenta ważna jest świadomość drogi, którą przechodzi pijana przez niego herbata i jacy ludzie tę herbatę dla niego robią. I myślę, że w przyjaznej, luźnej atmosferze, delektując się herbatami nepalskimi i Darjelingami, trochę się nam to udało 😉

   

W pierwszą sobotę stycznia 2018 roku udało się zorganizować Herbatę Noworoczną. Odkąd pamiętam (czyli od 3 lat ;)) z tym wydarzeniem zawsze wiążą się jakieś przeciwności losu, które wpędzają mnie w zniechęcenie i gdy już sobie w myślach odpuszczam Herbatę Noworoczną i godzę się z tym, że w danym roku jej nie będzie, nagle pojawia się osoba, która oferuje wsparcie i motywuje, by spotkanie jednak się odbyło 😉 Więc czasami myśląc o tych dziwnych zbiegach okoliczności śmieję się, że to chyba duch Lu Yu nie chce mojego zaniechania organizowania Herbaty Noworocznej 😉 W tym roku było podobnie. Pojawiły się problemy z dostępnością miejsca na spotkanie, trudności ze zgraniem terminów i oto nagle pomocną dłoń wyciągnęła Anna, której będę dozgonnie wdzięczna za wsparcie i okazaną życzliwość. I tak oto, 6 stycznia, odbyła się kolejna Herbata Noworoczna, której niezmiennym celem jest poznawanie nowych herbat oraz wspólne parzenie dla innych z szczególnymi życzeniami czy w szczególnej intencji na Nowy Rok… Tym razem herbaciane aromaty unosiły się w Pracowni Stanisława Tworzydło, do której zaprosiła nas Ania; a my – popijając cudownej urody tajwańskie wulongi, japońskie specjały i nepalskie ciekawostki oraz bawiąc się w dopasowywanie czarek do podstawek przyniesionych przez Justynę, rozmawialiśmy o losie i samodoskonaleniu w kontekście I Cing czyli chińskiej Księgi Przemian… Dla jednych jest to księga wróżebna, dla innych niewyczerpana skarbnica refleksji o drodze człowieka szlachetnego. Myślę jednak, że krocząc Drogą Herbaty trudno tę księgę ominąć…

                        

Krótko po tym wydarzeniu wspólnie z Agatą postanowiłyśmy rozpocząć eksplorację poznańskich parków w celu doświadczania herbaty w mniej lub bardziej ekstremalnych warunkach plenerowych 😉 Moim, wciąż niezrealizowanym marzeniem, jest wypicie herbaty w przestrzeni cicho zasnutej śniegiem… Czekałyśmy na śnieg i czekałyśmy, ale ileż można czekać? Ostatnio jest jak jest…. W końcu zapadła decyzja, że niezależnie od pogody widzimy się na herbacie w niedzielę 14 stycznia w Parku Sołackim. Jakże tego dnia nie chciało mi się wstawać! Widząc za oknem szaro-bure chmury a na termometrze temperaturę bardzo bliską zeru zaczęłam usilnie szukać sposobu, by nie wyściubiać nosa na zewnątrz… a to jakoś głowa mnie rozbolała, a to trzeba zrobić porządek w pokoju, a to na ciepłej kurtce jest jakaś plama i jak ja się w takim stanie ludziom pokażę… Ale potem pomyślałam sobie, że nie mogę być takim mięczakiem i że Agata na pewno nie odpuści Herbacianej Terenówki, więc ubrałam się na cebulkę i czując się jak Pi i Sigma z Matplanety pojechałam na spotkanie. Ależ to było przyjemne spotkanie! 🙂 Jakże obłędnie smakuje herbata, której parujący dymek nad czarką jest w połowie jeszcze ciepły a w połowie już zimny… Jakże niesamowicie mieszają się ze sobą aromaty otaczających drzew, kamieni, wody, ziemi, zapachów zastygłych w powietrzu z aromatami herbacianymi…Podprażana hojicha, ubiegłoroczny Pan Ramiz oraz ubiegłoroczna nepalska Gold Buds pokazały jakie potrafią być smaczne w niskich temperaturach otoczenia 😉 I choć miałyśmy spory zapas wody, bo Agnieszka przyniosła jeden termos a Magda aż trzy 🙂 nie wykorzystałyśmy wszystkiego zbyt dotkliwie czując kostniejące palce rąk i nóg. Ponieważ zbyt często nie zdejmowałyśmy rękawiczek, tylko Agacie udało się pstryknąć telefonem dwie fotki 🙂

   

I jeszcze smaki i zapachy degustowanych w Parku Sołackim herbat pozostawały żywe w pamięci, gdy pojawiła się możliwość na kolejne spotkanie herbaciane. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności Ania była w okolicach Poznania, więc nie mogłam przepuścić niepowtarzalnej okazji na zorganizowanie spotkania z nią. I znów do Domu Herbaty Aromat zeszli się miłośnicy herbaty, by tym razem posłuchać wykładu Ani o wulongach oraz naczyniach do ich parzenia.

         

Z herbatami turkusowymi jest nie lada problem: jaki to kolor herbaty? Jak je poprawnie nazywać? Czy to herbaty szmaragdowe, turkusowe, niebieskie a może jednak czerwone? I czy te herbaty można nazywać oolongami, wulongami czy ulungami? No i jeszcze kwestia czy rozmawiasz z Chińczykiem czy Tajwańczykiem, bo o ile ci pierwsi nie przywiązują zbytniej wagi do precyzji klasyfikacji herbat, to dla drugich już np. Tie Guan Yin nie jest wulongiem czyli herbatą wytwarzaną z liści krzewów któregoś ze szczepów wulong, ale jest herbatą qing czyli turkusową a więc częściowo oksydowaną w procesie charakterystycznym dla wulongów. Warto zgłębić wiedzę w tym zakresie, by uniknąć, dość często występującej, arogancji w nazywaniu herbat qing czy wulongów np. herbatami czerwonymi, ponieważ za taką nomenklaturą idzie wolny wymysł zachodnich „miłośników” herbat, którzy najwyraźniej za nic mają źródła, z których pochodzą dane herbaty czym dają wyraz po prostu braku znajomości tematu. Naprawdę jest jeszcze wiele do nauczenia się i nauczenia innych o herbacie…

Jakiś czas temu przeczytałam na blogu Czajowni tekst, który przebrzmiewa we mnie do dziś; może dlatego, że to o czym pisze autor jest mi bliskie… Spotkania przy herbacie w towarzystwie innych ludzi, jak się okazuje – niezależnie od miejsca- to niepowtarzalne za każdym razem rytuały… Spotkania, gdzie nikt z nikim nie musi o nic walczyć bo wspólną radością jest niespieszne delektowanie się herbatą i rozmowa – dzielenie się wiedzą i doświadczeniem, słuchanie z szacunkiem opowieści innych, nawet śmiech, który rozluźnia i uszczęśliwia; pochylanie się nad czarkami z tym samym naparem w środku w poszukiwaniu nieznanych lub właśnie swojskich smaków i zapachów, i przyglądanie się drugiemu człowiekowi jak samemu sobie – w lustrze…

 

 

Nieoznaczone zdjęcia z Herbaty Noworocznej są autorstwa Agnieszki 🙂

Japońska czarna herbata z Ureshino i duch Lu Yu ;)

Na spotkanie herbaciane w Onggi przyszłam najwcześniej. Przygotowałam więc wszystkie potrzebne utensylia w założeniu, że będziemy pić więcej niż jedną herbatę. Rozłożyłam materiał, ustawiłam naczynia, przygotowałam miseczki ze słodkościami, zagotowałam wodę. Z jednej z półek wzięłam figurkę Lu Yu i postawiłam przy czarkach – będzie dziś nam towarzyszył przy herbacie z bardzo bliska 😉 Czekałam. Lubię tę szczególną chwilę, kiedy wszystko na stole herbacianym jest już właściwie przygotowane i zaraz zagotuje się woda, by można było przygotować napar herbaciany… Cisza. Szum czajnika. Wybieram herbatę, którą zaparzę na początek – japońską czarną herbatę z Ureshino. Nie jest to herbata do pobożnego degustowania i kontemplacji jej smaku. To herbata, którą w chłodne dni można rozpocząć spotkanie herbaciane; nie zachwyca, ale wywołuje uśmiech sympatii na twarzy pijącego. Zdaje się mówić: Witaj, zdejmij płaszcz, usiądź przy herbacianym stole, zrelaksuj się i otwórz na nowe smaki herbaty… Więc relaksuję się 🙂

20170225_170028   20170225_170016

Pierwsze parzenie…

W oczekiwaniu na napar patrzę na to ciche miejsce, które przytula mnie w to zimne lutowe popołudnie; patrzę na drewniane ściany, stół z wtopionym ryżem i herbatą, uśmiecham się do wszystkich czareczek i czajniczków, wazoników i pudełek z herbatą, które umościły się na niewielkich rozmiarów półeczkach… Ach, jakie idiotyczne uczucie – mówię sama do siebie – taka wdzięczność za to wszystko… Za to ciepło i ciszę, za łagodną muzykę w oddali i szmer rozmów gości restauracji na dole… Jakież ja mam cholerne szczęście… 😉

20170225_162935

Pierwszy łyk ciepłej czarnej herbaty z Ureshino niezmiennie koi mnie swoją łagodnością. Przyjemne, wyraźne winne i słodkawe nuty doskonale się równoważą…

Przyglądam się w skupieniu zaaranżowanej przestrzeni herbacianej. I wiem, że bardzo przydałby się tu teraz jakiś akcent roślinny. Tak, kompozycje kwiatowe do ceremonii herbacianej są jeszcze moją piętą achillesową… do tej pory stawiałam niepewne kroki w aranżowaniu chaxi, nadal w tej materii przede mną całe lata świetlne nauki, ale w tym wszystkim kompozycję roślinną jakimś cudem omijałam i pomijałam…Teraz pomyślałam sobie, że koniecznie trzeba przestać ten element aranżacji przestrzeni herbacianej traktować po macoszemu…

Drugie parzenie…

Rozmyślania przerywa sms, który informuje mnie, że na spotkanie nikt nie przyjdzie. Zostałam sama. Z Lu Yu 😉 … czy tak miało być?

Są przypadki czy ich nie ma? Jedni mówią, że nie ma przypadków, że jest to przeznaczenie, którego się nie uniknie; inni, że przypadki jak najbardziej istnieją i są szansami, możliwościami wyboru tego, jaką drogą pójdziemy dalej… A prawda leży pewnie gdzieś pośrodku…
A napar smakuje przyjemnie…

Wstaję na chwilę by rozprostować nogi i bezwiednie podchodzę do półki z książkami. Wśród literatury herbacianej napisanej po chińsku i japońsku, gdzie mogę tylko sycić oczy zdjęciami, znajduję „O Duchu Herbaty” Sen Sōshitsu… książkę, którą chciałam kupić już dawno temu, ale nigdzie nie mogłam jej dostać… Czy tak miało być?

20170225_171939

Trzecie parzenie…

Po przeczytaniu wstępu zalewam liście czarnej herbaty z Ureshino. Winność i słodycz tak wyraźne w poprzednich naparach, teraz ustępują miejsca mineralności…

Uśmiecham się do myśli, która podpowiada mi, by otworzyć teraz książkę na przypadkowej stronie – tak się przecież czasami robi chcąc w takim ślepym trafie znaleźć wskazówkę na rozwiązanie wątpliwości, słowa, których samemu nie może się dobrać choć usilnie próbuje; tak się czasami robi szukając znaku, wróżby…

Otwieram na przypadkowej stronie:

„Miłośnik herbaty powinien odkryć piękno w porzuconych sprzętach i używać ich jako utensyliów herbacianych (…).
Miłośnik herbaty powinien przede wszystkim żyć w oddaleniu i oderwaniu od świata, powinien też znać znaczenie Prawa Buddy i być wrażliwym na poezję…”*

Hmmm… Też mi wyrocznia – myślę sobie.- Jak mam to rozumieć? Czy nadawać znaczenie zdaniu wyrwanemu z kontekstu?

Patrzę na figurkę Lu Yu. Cwaniaczek uśmiecha się tajemniczo znad czarki z herbatą…

20170225_162925

Więc robię czwarte parzenie…

Słaby napar, w którym co prawda można wyczuć akcenty smaków z poprzednich naparów, ale też już czuć wyraźnie, że tę herbatę nie stać na więcej zaparzeń…

Robię porządek po herbacianej ceremonii z Lu Yu. Na koniec, gdy już wszystko jest umyte i pochowane, raz jeszcze ulegam pokusie i otwieram książkę Sen Sōshitsu na przypadkowej stronie… Tym razem trafiam na fragment o…Lu Yu (sic!) 🙂 a moją uwagę przykuwa zwłaszcza cytat z jego dzieła:

„Na temat osądzania herbaty dobrej i złej istnieją przekazy ustne”.

A ja zastanawiam się czy przypadkiem nie jest to swoista odpowiedź na nurtujące mnie wątpliwości przy degustowanej ostatnio ciekawostce herbacianej z Gruzji, którą jednak opiszę następnym razem… 😉

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki „O Duchu Herbaty” Sen Sōshitsu (1969) w tłumaczeniu Anny Zalewskiej

Delektowanie się herbatą – delektowanie się życiem czyli Herbata Noworoczna 2017 :)

Herbata Noworoczna nie była w noworocznych planach ;). Ale gdyby nie nagle i przypadkowo szczęśliwie zawarta znajomość z Piotrem Osuchem (Prezesem Polskiego Stowarzyszenia Wushu Tradycyjnego i Kultury Chińskiej, zaawansowanego herbaciarza i praktyka gry na guqin) , który zaproponował spotkanie przy herbacie i obecność Ani Włodarczyk (sinolożki, autorki bloga Morze Herbaty, miłośniczki tajwańskich oolongów, ceramiczki), która entuzjastycznie odniosła się do nieśmiałego pomysłu by spotkać się w Nowym Roku i wypić wspólnie herbatę – Noworoczna Herbata nie miałaby pewnie miejsca… Łukasz sobie żartuje, że najwyraźniej Lu Yu nad nami czuwa i chce, byśmy się przy herbacie spotykali, zdobywali nową herbacianą wiedzę i doświadczenie – dlatego miał miejsce szereg sprzyjających zbiegów okoliczności, które do spotkania w miniony czwartek (12.01.2017) doprowadziły 🙂

Pierwszym zaparzającym był Łukasz, który w imieniu Warszawskiego Kolektywu Herbacianego zainicjował Herbatę Noworoczną. W delikatnym koreańskim zestawie herbacianym znalazła się Paryocha z Czajowni.

15977607_1175584122557113_2368675830365183847_n   15966055_1175584379223754_3175358301105758488_n   15941189_1175584052557120_3324959416659535783_n   15941345_1175584589223733_9186134910985346175_n    16105873_1175585495890309_3815336503356808926_n

Porównując tę herbatę z degustowaną wcześniej Paryochą od Pani Park doszliśmy zgodnie do wniosku, że obie są doskonałe! 🙂

Następną osobą zaparzającą herbatę była Tingting – żona Piotra, posiadająca rządowy Chiński Certyfikat Ceremonii Kultury Herbaty. I oto na pięknym cha panie (cha chuanie) swoje listki ukazały oolongi:

15992226_1175966062439291_1625785368_o   15977028_1175587799223412_1683877509394540742_n

Najpierw Tie Guan Yin , której kolor mokrych liści mnie zachwycił – prawdziwy szmaragd! 🙂

15940753_1175587949223397_7018372663127596666_n

A potem delikatny, kremowy napar wprawił w rozmarzenie…

15965991_1175587895890069_7139342857922952172_n

Tie Guan Yin ma wiele podróbek. Nasi goście podzielili się z nami ciekawostką, jak odróżnić orginał dobrej jakości od hm…imitacji. Otóż listek wzorcowy Tie Guan Yin jest zawsze lekko skrzywiony…

16114276_1175588935889965_3902068830071144429_n

Kolejną herbatą zaparzoną przez Tingting był Qi Lang…

16114161_1175589722556553_2560647189728950492_n   16106487_1175966045772626_1168145100_o

A na koniec ciemne, podprażane lekko Da Hong Pao…

16003218_1175591039223088_3063696192649436404_n

Trochę czytałam o chińskich spotkaniach herbacianych, że niektóre odbywają się w ciszy i celebruje się każdą czarkę naparu, niektóre są okazją do biznesowych rozmów a jeszcze inne są pretekstem do spotkania się z przyjaciółmi, pośmiania się, pożartowania…Byłam ciekawa, czy w Chinach, podczas spotkań przy herbacie obowiązują jakieś tematy tabu; zapytałam o to Piotra a on odparł, że nie, nie ma takich tematów, na które nie wolno rozmawiać przy herbacie. Tak, rozmawia się o polityce popijając herbatę w większym gronie. Mentalność Chińczyków pozwala na opanowanie emocjonalnego podejścia do tematu co prowadzi często do zwykłej dyskusji wokół jakiegoś zagadnienia. Czyż to nie wspaniałe?! – pomyślałam sobie 🙂

15977516_1175587545890104_5669549677041016490_n

Podobnie, jak rok temu, Ania przygotowała uroczą herbatę… Tym razem była to Bai Hao Oolong…

15977088_1175591615889697_6045977869773100764_n   16113951_1175591532556372_3523322290593711232_n   15978032_1175592915889567_2542786242463345980_n

Już z wygrzanego czajniczka, do którego Ania wsypała liście, ulotnił się aromat pełen kwiatów i słodyczy, który wywołał nasze westchnienie zachwytu i uśmiech. Natomiast napar był całkowitym zaskoczeniem – w pierwszym parzeniu dominowały cytrusowe tony, które zbladły przy kolejnych parzeniach ustępując miejsca wyraźnym miodowym nutom…

16105980_1175594129222779_217201494126589474_n   16105716_1175596222555903_5175628558693858550_n   16106017_1175592799222912_3897962322441260276_n   16002974_1175593682556157_6737528259818574184_n

Ja na spotkanie przyniosłam ze sobą birmańską herbatę PAI DU I Foggy Green RS 2016 od Agaty. To nie jest łatwa ani urokliwa w odbiorze herbata… Zaparzyłam ją jeszcze zanim goście zaczęli się schodzić, a gdy już przybywali pytałam, czy chcą spróbować wstrętnej herbaty. Chciało niewielu. Tak, wiem – jestem mistrzem marketingu 😉
Na koniec jeszcze raz ponowiłam zaproszenie wypicia tej trudnej w odbiorze herbaty. Po krótkiej dyskusji zaparzyłam tę birmańską herbatę na dwa sposoby jednocześnie: w jednym czajniczku liście zalałam wrzącą wodą, w drugim ok. 90 stopniową wodą. Po ok. 20 sekundach przelałam napary do dwóch oddzielnych Mórz Herbaty. Liście zalane chłodniejszą wodą dały zdecydowanie delikatniejszy i przyjemniejszy w odbiorze napar. I mimo, że w tej herbacie nie uświadczy się łagodności, słodkości czy kwiatowości – jest ona ciekawa… Skórzane, podwędzane, cierpko- ziołowe tony bardzo intrygująco przeplatają się miedzy sobą, dominując jeden nad drugim w zależności od czasu parzenia i temperatury wody. Ja osobiście bardzo tego birmańskiego śmierduszka lubię 🙂

15966293_1175601575888701_3699782815592074530_n   16114273_1175601272555398_6744242069951650075_n   15966225_1175601199222072_3695278141106608335_n

Podczas Herbaty Noworocznej wcieliliśmy się też w malarzy-amatorów z epoki dynastii Song 😉
Tydzień przed Herbatą Noworoczną wraz z Piotrkiem, Agnieszką i Łukaszem wybrałam się do Muzeum Narodowego na wykład Marcina Jacoby`ego „Tradycja i eksperyment. Malarstwo chińskie w epokach Song i Qing” –  jeden z ostatnich wykładów związanych z wystawą „Życie wśród piękna. Świat chińskiego uczonego”. Zawsze intrygowało mnie co też jest napisane na tych zwojach przedstawiających albo pejzaże, elementy flory lub fauny. Okazało się, że nie zawsze napisy na zwojach są jakimś pięknym wierszem czy wzniosłą sentencją; nie zawsze też napisy zostały wykonane przez autora obrazu – czasami są to dopiski innych artystów, wiersze innych poetów, czasami zapis dokumentujący kolejnych właścicieli, do których obraz z tego czy innego względu trafiał. A czasami jest to zapis okoliczności, w jakich dane dzieło powstało. Na przykład w przypadku poniższego zwoju, autor obrazu, lekko podchmielony opisuje, że spotkał się z przyjacielem przy kieliszku, a przyjaciel powiedział: „Jesteś zdolnym malarzem; namaluj coś dla mnie, proszę”. Więc Shen Zhang namalował 😉

20170105_181809

Słuchając opowieści prelegenta o tych wszystkich ciekawostkach przyszła mi do głowy myśl, by na najbliższym spotkaniu herbacianym, zabawić się w podobny sposób, tym samym dokumentując taką niecodzienną formą dane wydarzenie.
Następnego dnia, kiedy już wiedziałam, że Herbata Noworoczna się odbędzie, pobiegłam do sklepu i kupiłam papier do kaligrafii oraz kilka pędzelków.
Ania podchwyciła pomysł wcielenia się w chińskich malarzy i na spotkanie przyniosła własnoręcznie zrobione pieczątki. W konsekwencji machaliśmy pędzelkami i stemplowaliśmy w upojeniu (herbacianym, oczywiście!) 🙂

16105568_1175587159223476_5534556877100979628_n   16114208_1175602272555298_2046563600745222921_n   15977531_1175602189221973_837647510458850626_n

Dzięki temu zostaną z nami m.in. piękne życzenia Tingting: „Kosztować życie – delektować się wspaniałą herbatą” oraz Ani: „Picie herbaty oczyszcza serce”…

20170113_124715

oraz życzenia Uli i Aarona ze Stowarzyszenia Urasenke

16105951_1175601609222031_1585376311635808793_n

Na koniec raz jeszcze chciałabym wyrazić wdzięczność Piotrowi i Tingting – to Wasza chęć wspólnego wypicia herbaty stała się impulsem i motywatorem do urzeczywistnienia spotkania Herbaty Noworocznej po raz drugi. Dziękuję za opowieści o chińskiej herbacie i kulturze jej picia w Państwie Środka 🙂

Bardzo, bardzo serdecznie dziękuję Ani – za znalezienie czasu na herbaciane spotkanie i za kolejne napary, które oczyściły moje serce, za opowieści, które są uroczą formą wykładów o kulturze herbacianej Chin, Japonii i Tajwanu a także za niesienie radości oraz ducha dobrej zabawy przy herbacie ❤

Uli i Aaronowi – za poświęcony czas i dobrą energię. Tak bardzo się cieszę, że w gonitwie codzienności udało się Wam napić herbaty w kolektywnym gronie 🙂

Łukaszowi – za wsparcie; za spokojne parzenie i opowieści o wciąż nowych doświadczeniach na Drodze Herbaty…:)

Agnieszce i Piotrkowi – za obecność, wsparcie i… czekoladki 🙂

Hani – za wspólne delektowanie się naparami i przesmaczne ciasteczka 😉

Karolinie i Annie – za pierwsze przybycie na kolektywne spotkanie 🙂

Panu Kimowi i Władkowi – za przygarniecie herbaciarzy do pięknego i ciepłego pokoju w Onggi 🙂

Wszystkim uczestnikom Herbaty Noworocznej, oraz tym którym choroba i inne przeciwności losu na spotkanie nie pozwoliły dotrzeć, życzę zdrowia i niestrudzenia w poszukiwaniu nowych posmaków w herbacianych naparach! 🙂

16002873_1175601649222027_8669743999373450883_n

wraz ze mną zdjęcia robili: Agnieszka/ Piotrek/Hania/ He Ming Xuan Teahouse

Wu Yi Yan Cha czyli Ogrody Świata w Berlinie…

Na drugi dzień po zakończeniu Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! pojechałam do stolicy Niemiec. W Berlinie zakochałam się od pierwszego spojrzenia na to miasto z okien pociągu 🙂
Właściwie celem była wioska pod Berlinem, spotkanie z Ciotką, relaks, odpoczynek, zapomnienie o stresie pofestiwalowym 😉 zapomnienie o wszystkim choć na kilkanaście godzin 😉 Pobyt był krótki acz intensywnie odstresowujący i jestem przeszczęśliwa, że mogłam odwiedzić miejsce, które na długo zostanie w mojej pamięci jako obraz spokoju i dobrostanu, miejsce w duchu iście herbacianym: Ogrody Świata w Berlinie.

Ogrody Świata położone są w dzielnicy Marzahn a historia powstania tego urokliwego miejsca sięga czasów enerdowskich i związana jest z przygotowanym w 1987 roku przez berlińskich ogrodników przeglądu ogrodniczego w ramach obchodów 750-lecia Berlina. Niewielki projekt ogrodniczy przeszedł w 1990 roku – po zjednoczeniu Niemiec – ogromne zmiany stając się Parkiem Wypoczynkowym Marzahn, by w 1997 roku zacząć przeobrażać się w kompleks kilku najsłynniejszych ogrodów. Podobno Ogrody Świata były prezentem dla Berlińczyków, zwłaszcza tych, którzy nie mogą wybrać się na zwiedzanie świata. Na około 21 hektarach powstały piękne Ogrody: Chiński, Japoński, Balijski, Orientalny, Włoski, Koreański czy Chrześcijański, a każdy z niezwykłą dbałością prezentuje normy wymagane w danym stylu ogrodnictwa i rośliny z danego zakątka świata…

Pierwszym ogrodem, jaki zaczęłyśmy z Ciocią zwiedzać, był Ogród Orientalny; wchodziło się do niego przez salę z drewnianymi, ręcznie rzeźbionymi kolumnami. Ten Ogród miał być odzwierciedleniem raju…

20120102_001942   20120102_002014   20120102_002047   20120102_002115   20120102_002451   20120102_002634   20120102_002807   20120102_002823   20120102_002839
Po dalekowschodnich, egzotycznych doznaniach przeszłyśmy się po prostu po Parku…
Przestrzeń Ogrodów Świata jest pełna uroczych zaułków, gdzie pod drzewkiem limonkowym można przysiąść, wystawić twarz do słońca i posłuchać jak dziwaczna fontanna gra wodne melodie pod batutą lekkiego wiatru…

20120102_004051   20120102_004406

Potem poszłyśmy dalej…Minęłyśmy Ogród Angielski, który aktualnie jest w budowie, hamak na którym w pozycji horyzontalnej można podziwiać przesuwające się leniwie chmury, i doszłyśmy do Labiryntu…
Labirynt, przed którego wejściem stanęłam, był wzorowany na labiryncie przy Pałacu Hampton Court pod Londynem oraz na labiryncie-mozaice podłogowej w Katedrze Notre-Dame de Chartres we Francji. I choć oba labirynty, które posłużyły za wzór mają motyw wspólny – podążanie ścieżką życia, by odnaleźć środek (mnie na myśl przyszedł środek jako głębia, istota życia, ale i horacjański złoty środek…) – to są zupełnie inne w rodzaju dróg, które do owego środka prowadzą: mozaikowy labirynt we francuskiej katedrze ma tylko jedną drogą prowadzącą do centrum labiryntu, natomiast angielski labirynt zbudowany z wysokich, nieprzeniknionych żywopłotów z cisów jest pełen ślepych zaułków i zmusza użytkownika do nieustannych zmian kierunków…
Nie ważny cel, ważna droga… Czy aby na pewno? Z tymi wątpliwościami zrobiłam pierwszy krok do labiryntu…

20120102_005712   20120102_005750
Dość szybko udało mi się dojść do środka, gdzie znalazłam ławeczki i centralnie posadzone drzewko miłorzębu oraz kręte schodki na platformę, z której można było z ptasiej perspektywy popatrzeć na labirynt, który właśnie się przeszło i kawałek samego parku. Popatrzyłam i już wiedziałam, że po wyjściu z labiryntu kolejne kroki skieruję w stronę kamiennych lwów.

20120102_010248   20120102_010404

Okazało się, że kamienne lwy strzegły wejścia do Ogrodu Chińskiego…

20120102_011436   20120102_011507   20120102_011458   20120102_011652

Nie spodziewałam się, że w Ogrodzie Chińskim będzie herbaciarnia… 😀

20160928_145500
Usiadłyśmy więc z Ciocią przy stoliku niedaleko strumyka. Po chwili przyszła śliczna Chinka i przyjęła od nas zamówienie na herbatę.
Moja Ciocia zamówiła dla siebie herbatę chryzantemową. Dostała ją w porcelanowym gaiwanie Gdy zajrzałam do środka, prócz kwiatów chryzantemy dopatrzyłam się także jagód goi oraz jakichś – nie znanych mi – owoców. Byłyśmy też trochę zdumione, że do tej herbatki nie podano ani chahaia ani czarki, ale podająca herbatę pani, poinstruowała jak pić napar bezpośrednio z gaiwana. Tak, spróbowałam tego napoju i… była bardzo smaczny 🙂

20120102_012945   20120102_012835   20120102_013615
Ja miałam ochotę na jakiegoś oolonga i mój wybór padł na Wu Yi Yan Cha…O słynnych herbatach z gór Wu Yi trochę słyszałam od Wojtka i od Roberta; trochę też takich skalnych herbat wypiłam zdobywając doświadczenie, że nie każda herbata sygnowana pochodzeniem z Wu Yi Shan jest gatunkowo dobra lub bardzo dobra. Tej, którą zamówiłam, daleko było do pierwszej ligi. Liście nie były zwinięte, więc raczej powinni napisać, że to pouchong niż oolong, drobne i w większości uszkodzone; oksydacja – może jakieś 30%?

20120102_013656   20120102_012933   20120102_013109
Cóż z tego, że liście nie były najlepsze z najlepszych? Słodki aromat miodu gryczano-akacjowego uderzył w moje nozdrza gdy zaparzałam tę herbatę za pierwszym, drugim, trzecim a także za piątym razem… W smaku dominująca jedwabista nuta orchidei otulała moją duszę spokojem i radością… I może nie była to herbata wybitnej jakości, ale dzięki niej, z każdym kolejnym łykiem rozkwitała we mnie lekkość i wdzięczność; zgiełk świata oddalał się ode mnie i bladły problemy i kłopoty, które niczym kulę u nogi przytargałam ze sobą do Berlina…
Popijając swoje napary rozmawiałyśmy…niespiesznie dotykałyśmy tematów bolesnych, ale i radosnych… tak można rozmawiać tylko przy herbacie…
To wtedy, pomiędzy kolejnymi parzeniami, gdy wietnamskimi słodyczami, które jakimś cudem znalazły się w moim plecaku, karmiłam tyleż śmiałe co urocze niemieckie wróbelki-elemelki postanowiłam, że zmieniam wcześniej ustalony plan dnia. Przyjeżdżając do Berlina bardzo chciałam odwiedzić obie herbaciarnie P&T Paper and Tea – i tę w dzielnicy Mitte i tę w Charlottenburgu. Nie chciałam jednak przerywać tego niespiesznego nastroju, rozmowy z Ciocią – tego wspólnego bycia razem i herbaty… Odpuściłam sobie presję zaliczania wcześniej zaplanowanych punktów. Co ważniejsze: droga czy cel?

20120102_012753   20120102_013334   20160928_153719
Gdy Wu Yi Yan Cha oznajmiła, że więcej nie zamierza obdarzać mnie swoimi słodkimi smakami, poszłam jeszcze kupić sobie tej herbaty na drogę – byłam ciekawa, jak ta herbata będzie smakowała pod polskim niebem… Wnętrze herbaciarni zachwyciło mnie…:)

20160928_153118   20160928_153054   20160928_153137   20160928_153145   20160928_153212   20160928_153309   20160928_153328   20160928_153352   20160928_153605
Gdy opuszczałyśmy chińską herbaciarnię i kierowałyśmy się do Ogrodu Japońskiego akurat wyszło słońce. Piękny dzień…:)

20160928_154234

W drodze do Ogrodu Zen zwiedziłyśmy Ogród Chrześcijański, którego przestrzeń wyznaczał płot utkany ze słów ze Starego i Nowego Testamentu. Ten Ogród wydał mi się ciasny i za bardzo…hmm… rozgadany… wszędzie tylko słowa i słowa…

20160928_154559   20160928_154545   20160928_154522

Przeszłyśmy także wzdłuż Alei Bajek – rozbawiły mnie te słodkie, kiczowate postacie, które znałam z dzieciństwa…

20160928_154843   20160928_154910   20160928_154938   20160928_154953

Ogród Japoński tchnie spokojem… W tym Ogrodzie, który powstał dzięki współpracy Berlińczyków i Tokijczyków, główną rolę odegrał japoński projektant ogrodów i mnich zen w jednej osobie – Shunmyō Masuno; to on w dostępną sobie przestrzeń przeniósł klasyczne elementy sztuki japońskiej (odpowiedni układ kamieni, wodospad oraz pawilon herbaciany) odzwierciedlające filozofię zen, jak również posadził w ogrodzie japońskie rośliny takie jak klon japoński czy dereń kwiecisty stwarzając tym samym miejsce do cichego podziwiania i kontemplowania piękna natury… Nazwa Ogrodu-YUU SUI TEI oraz pawilonu herbacianego- NYO SUI TEI korespondują z ideą: spokój jest dostępny wszystkim ludziom…

20160928_155508   20160928_160109   20160928_160038
Siedząc przy cicho szemrzącym strumyku czy na bambusowej ławce i podziwiając pieczołowicie zagrabiony biały żwir – miałam poczucie, że czas nie istnieje a tylko ta chwila, w której mój wzrok zatrzymał się na fali drobnych kamyczków… Trwaj chwilo, jesteś piękna – szeptałam w myślach… na szczęście diabeł się nie zjawił…;)

20160928_161004   20160928_161549   20160928_160928
Ostatnim ogrodem, który odwiedziliśmy było Ogród Koreański zwany też Seulskim ponieważ był prezentem dla Berlina od Miasta Seul. Ten Ogród zrobił na mnie wrażenie masywnego, zwartego i zbitego, tajemniczego i pełnego duchów…

20160928_161759   20160928_161836   20160928_162318   20160928_161857   20160928_161958

Przeszłam tam przez cztery dziedzińce otoczone murami, chwilę przyglądałam się niedostępnemu pawilonowi nad wodą, zastanawiałam się dlaczego w Ogrodzie Koreańskim tak mało roślinności a tak dużo drewna i kamienia, i długo przypatrywałam się kamiennym figurkom próbując porozumieć się z zaklętymi w nich duchami. Podobno wywodzą się one z wierzeń ludowych i ustawiane były przy wjeździe do wioski, przy ulicy, przy bramie zamkowej czy świątynnej. Po koreańsku zwane Beoksu (czyt. Poksu) lub Jang Seung (czyt. Dziang Syng) symbolizowały duchy opiekuńcze wioski lub świątyni; używane były także jako kamienie milowe lub graniczne…

20160928_162355   20160928_162920   20160928_163136   20160928_163157   20160928_163312

Mam cichą nadzieję, że moje gorliwe kłanianie się koreańskim opiekuńczym duchom pomoże mi iść dalej dobrą herbacianą drogą do dobrego celu… 😉

Dziękuję Łukaszowi, za tłumaczenia informacji o elementach Koreańskiego Ogrodu 🙂

Pisząc o swojej wyprawie do berlińskich Ogrodów Świata zajrzałam też tutaj:

http://www.berlimix.net/parki_ogrody_swiata.php

http://www.museumsportal-berlin.de/pl/muzea/garten-der-welt-im-erholungspark-marzahn/

http://berlin-vel.pl/erholungspark-marzahn

http://www.krajoznawcy.info.pl/ogrody-swiata-w-berlinie-33293

http://www.ogrodowisko.pl/watek/6054-berlin-ogrody-swiata-park-i-ogrod-botaniczny-w-jednym

http://kolumber.pl/g/147004-Ogrody%20%C5%9Awiata%20-%20Marzahn%20w%20Berlinie

http://www.architekturakrajobrazu.info/ogrody-i-parki/44-ogrody-wiata/2333-marzahn-garten-ogrod-w-sercu-berlina

https://sevencups.com/learn-about-tea/famous-chinese-tea/about-wu-yi-yan-cha/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Hampton_Court

https://mekeke1969.wordpress.com/2010/04/18/labirynt-w-chartres/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Katedra_w_Chartres