Delektowanie się herbatą – delektowanie się życiem czyli Herbata Noworoczna 2017 :)

Herbata Noworoczna nie była w noworocznych planach ;). Ale gdyby nie nagle i przypadkowo szczęśliwie zawarta znajomość z Piotrem Osuchem (Prezesem Polskiego Stowarzyszenia Wushu Tradycyjnego i Kultury Chińskiej, zaawansowanego herbaciarza i praktyka gry na guqin) , który zaproponował spotkanie przy herbacie i obecność Ani Włodarczyk (sinolożki, autorki bloga Morze Herbaty, miłośniczki tajwańskich oolongów, ceramiczki), która entuzjastycznie odniosła się do nieśmiałego pomysłu by spotkać się w Nowym Roku i wypić wspólnie herbatę – Noworoczna Herbata nie miałaby pewnie miejsca… Łukasz sobie żartuje, że najwyraźniej Lu Yu nad nami czuwa i chce, byśmy się przy herbacie spotykali, zdobywali nową herbacianą wiedzę i doświadczenie – dlatego miał miejsce szereg sprzyjających zbiegów okoliczności, które do spotkania w miniony czwartek (12.01.2017) doprowadziły 🙂

Pierwszym zaparzającym był Łukasz, który w imieniu Warszawskiego Kolektywu Herbacianego zainicjował Herbatę Noworoczną. W delikatnym koreańskim zestawie herbacianym znalazła się Paryocha z Czajowni.

15977607_1175584122557113_2368675830365183847_n   15966055_1175584379223754_3175358301105758488_n   15941189_1175584052557120_3324959416659535783_n   15941345_1175584589223733_9186134910985346175_n    16105873_1175585495890309_3815336503356808926_n

Porównując tę herbatę z degustowaną wcześniej Paryochą od Pani Park doszliśmy zgodnie do wniosku, że obie są doskonałe! 🙂

Następną osobą zaparzającą herbatę była Tingting – żona Piotra, posiadająca rządowy Chiński Certyfikat Ceremonii Kultury Herbaty. I oto na pięknym cha panie (cha chuanie) swoje listki ukazały oolongi:

15992226_1175966062439291_1625785368_o   15977028_1175587799223412_1683877509394540742_n

Najpierw Tie Guan Yin , której kolor mokrych liści mnie zachwycił – prawdziwy szmaragd! 🙂

15940753_1175587949223397_7018372663127596666_n

A potem delikatny, kremowy napar wprawił w rozmarzenie…

15965991_1175587895890069_7139342857922952172_n

Tie Guan Yin ma wiele podróbek. Nasi goście podzielili się z nami ciekawostką, jak odróżnić orginał dobrej jakości od hm…imitacji. Otóż listek wzorcowy Tie Guan Yin jest zawsze lekko skrzywiony…

16114276_1175588935889965_3902068830071144429_n

Kolejną herbatą zaparzoną przez Tingting był Qi Lang…

16114161_1175589722556553_2560647189728950492_n   16106487_1175966045772626_1168145100_o

A na koniec ciemne, podprażane lekko Da Hong Pao…

16003218_1175591039223088_3063696192649436404_n

Trochę czytałam o chińskich spotkaniach herbacianych, że niektóre odbywają się w ciszy i celebruje się każdą czarkę naparu, niektóre są okazją do biznesowych rozmów a jeszcze inne są pretekstem do spotkania się z przyjaciółmi, pośmiania się, pożartowania…Byłam ciekawa, czy w Chinach, podczas spotkań przy herbacie obowiązują jakieś tematy tabu; zapytałam o to Piotra a on odparł, że nie, nie ma takich tematów, na które nie wolno rozmawiać przy herbacie. Tak, rozmawia się o polityce popijając herbatę w większym gronie. Mentalność Chińczyków pozwala na opanowanie emocjonalnego podejścia do tematu co prowadzi często do zwykłej dyskusji wokół jakiegoś zagadnienia. Czyż to nie wspaniałe?! – pomyślałam sobie 🙂

15977516_1175587545890104_5669549677041016490_n

Podobnie, jak rok temu, Ania przygotowała uroczą herbatę… Tym razem była to Bai Hao Oolong…

15977088_1175591615889697_6045977869773100764_n   16113951_1175591532556372_3523322290593711232_n   15978032_1175592915889567_2542786242463345980_n

Już z wygrzanego czajniczka, do którego Ania wsypała liście, ulotnił się aromat pełen kwiatów i słodyczy, który wywołał nasze westchnienie zachwytu i uśmiech. Natomiast napar był całkowitym zaskoczeniem – w pierwszym parzeniu dominowały cytrusowe tony, które zbladły przy kolejnych parzeniach ustępując miejsca wyraźnym miodowym nutom…

16105980_1175594129222779_217201494126589474_n   16105716_1175596222555903_5175628558693858550_n   16106017_1175592799222912_3897962322441260276_n   16002974_1175593682556157_6737528259818574184_n

Ja na spotkanie przyniosłam ze sobą birmańską herbatę PAI DU I Foggy Green RS 2016 od Agaty. To nie jest łatwa ani urokliwa w odbiorze herbata… Zaparzyłam ją jeszcze zanim goście zaczęli się schodzić, a gdy już przybywali pytałam, czy chcą spróbować wstrętnej herbaty. Chciało niewielu. Tak, wiem – jestem mistrzem marketingu 😉
Na koniec jeszcze raz ponowiłam zaproszenie wypicia tej trudnej w odbiorze herbaty. Po krótkiej dyskusji zaparzyłam tę birmańską herbatę na dwa sposoby jednocześnie: w jednym czajniczku liście zalałam wrzącą wodą, w drugim ok. 90 stopniową wodą. Po ok. 20 sekundach przelałam napary do dwóch oddzielnych Mórz Herbaty. Liście zalane chłodniejszą wodą dały zdecydowanie delikatniejszy i przyjemniejszy w odbiorze napar. I mimo, że w tej herbacie nie uświadczy się łagodności, słodkości czy kwiatowości – jest ona ciekawa… Skórzane, podwędzane, cierpko- ziołowe tony bardzo intrygująco przeplatają się miedzy sobą, dominując jeden nad drugim w zależności od czasu parzenia i temperatury wody. Ja osobiście bardzo tego birmańskiego śmierduszka lubię 🙂

15966293_1175601575888701_3699782815592074530_n   16114273_1175601272555398_6744242069951650075_n   15966225_1175601199222072_3695278141106608335_n

Podczas Herbaty Noworocznej wcieliliśmy się też w malarzy-amatorów z epoki dynastii Song 😉
Tydzień przed Herbatą Noworoczną wraz z Piotrkiem, Agnieszką i Łukaszem wybrałam się do Muzeum Narodowego na wykład Marcina Jacoby`ego „Tradycja i eksperyment. Malarstwo chińskie w epokach Song i Qing” –  jeden z ostatnich wykładów związanych z wystawą „Życie wśród piękna. Świat chińskiego uczonego”. Zawsze intrygowało mnie co też jest napisane na tych zwojach przedstawiających albo pejzaże, elementy flory lub fauny. Okazało się, że nie zawsze napisy na zwojach są jakimś pięknym wierszem czy wzniosłą sentencją; nie zawsze też napisy zostały wykonane przez autora obrazu – czasami są to dopiski innych artystów, wiersze innych poetów, czasami zapis dokumentujący kolejnych właścicieli, do których obraz z tego czy innego względu trafiał. A czasami jest to zapis okoliczności, w jakich dane dzieło powstało. Na przykład w przypadku poniższego zwoju, autor obrazu, lekko podchmielony opisuje, że spotkał się z przyjacielem przy kieliszku, a przyjaciel powiedział: „Jesteś zdolnym malarzem; namaluj coś dla mnie, proszę”. Więc Shen Zhang namalował 😉

20170105_181809

Słuchając opowieści prelegenta o tych wszystkich ciekawostkach przyszła mi do głowy myśl, by na najbliższym spotkaniu herbacianym, zabawić się w podobny sposób, tym samym dokumentując taką niecodzienną formą dane wydarzenie.
Następnego dnia, kiedy już wiedziałam, że Herbata Noworoczna się odbędzie, pobiegłam do sklepu i kupiłam papier do kaligrafii oraz kilka pędzelków.
Ania podchwyciła pomysł wcielenia się w chińskich malarzy i na spotkanie przyniosła własnoręcznie zrobione pieczątki. W konsekwencji machaliśmy pędzelkami i stemplowaliśmy w upojeniu (herbacianym, oczywiście!) 🙂

16105568_1175587159223476_5534556877100979628_n   16114208_1175602272555298_2046563600745222921_n   15977531_1175602189221973_837647510458850626_n

Dzięki temu zostaną z nami m.in. piękne życzenia Tingting: „Kosztować życie – delektować się wspaniałą herbatą” oraz Ani: „Picie herbaty oczyszcza serce”…

20170113_124715

oraz życzenia Uli i Aarona ze Stowarzyszenia Urasenke

16105951_1175601609222031_1585376311635808793_n

Na koniec raz jeszcze chciałabym wyrazić wdzięczność Piotrowi i Tingting – to Wasza chęć wspólnego wypicia herbaty stała się impulsem i motywatorem do urzeczywistnienia spotkania Herbaty Noworocznej po raz drugi. Dziękuję za opowieści o chińskiej herbacie i kulturze jej picia w Państwie Środka 🙂

Bardzo, bardzo serdecznie dziękuję Ani – za znalezienie czasu na herbaciane spotkanie i za kolejne napary, które oczyściły moje serce, za opowieści, które są uroczą formą wykładów o kulturze herbacianej Chin, Japonii i Tajwanu a także za niesienie radości oraz ducha dobrej zabawy przy herbacie ❤

Uli i Aaronowi – za poświęcony czas i dobrą energię. Tak bardzo się cieszę, że w gonitwie codzienności udało się Wam napić herbaty w kolektywnym gronie 🙂

Łukaszowi – za wsparcie; za spokojne parzenie i opowieści o wciąż nowych doświadczeniach na Drodze Herbaty…:)

Agnieszce i Piotrkowi – za obecność, wsparcie i… czekoladki 🙂

Hani – za wspólne delektowanie się naparami i przesmaczne ciasteczka 😉

Karolinie i Annie – za pierwsze przybycie na kolektywne spotkanie 🙂

Panu Kimowi i Władkowi – za przygarniecie herbaciarzy do pięknego i ciepłego pokoju w Onggi 🙂

Wszystkim uczestnikom Herbaty Noworocznej, oraz tym którym choroba i inne przeciwności losu na spotkanie nie pozwoliły dotrzeć, życzę zdrowia i niestrudzenia w poszukiwaniu nowych posmaków w herbacianych naparach! 🙂

16002873_1175601649222027_8669743999373450883_n

wraz ze mną zdjęcia robili: Agnieszka/ Piotrek/Hania/ He Ming Xuan Teahouse

Reklamy

Paryocha – herbata o zapachu bambusowego lasu ;)

Nie przestaje mnie zadziwiać fakt, jak nieoczekiwanie spełniają się nawet najskrytsze marzenia… 🙂 Pewnego razu pomyślałam sobie: chciałabym mieć cały zestaw do ceremonii herbacianej; i w niespełna pół roku później taki zestaw, na dodatek z herbatą, dostałam w prezencie. Prezent to niezwykły z tego względu, że teraz zawsze będzie mi przypominał o szalenie sympatycznym spotkaniu z Panią Park i Panią Camillą – koreańskimi mistrzyniami ceremonii herbacianej, które na początku czerwca tego roku przyjechały do Warszawy. Spotkanie z tymi pogodnymi paniami niezwykle wzbogaciło moją wiedzę o herbacie – sposobach jej produkcji i koreańskiej kulturze picia herbaty; pozwoliło spróbować wysokojakościowych herbat z Korei ale przede wszystkim dało możliwość bliższego poznania tych przeuroczych kobiet…
Pierwsze spotkanie było zaaranżowane dość niespodziewanie, praktycznie zaraz po przybyciu Pani Park i Pani Camilli do Warszawy. Wówczas panie Koreanki zaparzyły Paryochę, której smak od razu mnie zachwycił…

koreanki-1   koreanki-2   koreanki-3

W pamięć zapadło mi też inne spotkanie, na którym Pani Park podjęła herbatą Warszawski Kolektyw Herbaciany. To było duże zaskoczenie: byliśmy przygotowani na sztywną ceremonię herbacianą, a okazało się, że współcześni Koreańczycy kochają tradycję i są bardzo zdyscyplinowani, ale przy spotkaniu herbacianym główną wagę przywiązują do radosnej atmosfery i pozytywnej energii płynącej ze spotkania przy czarce herbaty; więc było na luzie 😉
To właśnie wtedy – słuchając o koreańskiej sztuce parzenia i picia herbaty – znów degustowaliśmy wyśmienitą Paryochę, a po niej jeszcze cudowniejszą Paryochę o naturalnym smaku i zapachu cytrona. Pani Park chętnie i dużo opowiadała o swojej Drodze Herbaty…Na koniec zapytałam gospodynię spotkania, co ją osobiście najbardziej zdumiewa na Drodze Herbaty, czym najbardziej herbata zaskakuje herbacianą mistrzynię… Odpowiedź mnie zdziwiła, bo okazało się, że najbardziej zaskakujące dla Pani Park jest prozdrowotne działanie herbaty – jej wyciszające właściwości, siła, z jaką potrafi wprowadzić spokój w nerwowy nastrój i radość w ponurą atmosferę; ale przede wszystkim, że pozwala zachować młody, promienny wygląd nawet w późnym wieku, czego doskonałym przykładem jest sama pani Park…  Hmmm… bardzo kobiecy punkt widzenia 😉

W prezencie, wraz z zestawem do parzenia herbaty, otrzymałam dokładnie taką samą Paryochę, jaką spróbowałam podczas mojego pierwszego spotkania z koreańskimi mistrzyniami herbacianej ceremonii… Jak dobrze w tak miły sposób odświeżyć pozytywne wspomnienia…

niebieskie_2      niebieskie_4   niebieskie_5   niebieskie_8   niebieskie_9   niebieskie_10

Paryocha lub Balhyocha to herbata w niewielkim stopniu fermentowana, którą Koreańczycy zaliczają do herbat żółtych. Na moją prośbę Łukasz odszyfrował krzaczki z pudełka z herbatą i okazało się, że otrzymana przeze mnie Paryocha to „herbata o zapachu bambusowego lasu” 🙂 Nie przypominam sobie takich skojarzeń, ale nic nie szkodzi zaparzyć herbatę raz jeszcze i zobaczyć, czy aby na pewno takich zapachów tam nie ma…

Hmmm… w zapachu suszonych liści odnajduję podprażane tony śliwki węgierki i niezbyt słodkiej czereśni.

Liście w nagrzanym czajniczku raczą mnie zupełnie innymi zapachami – tutaj wyczuwam zapach pieczonych na ognisku słodkawych ziemniaczków – to takie ciepłe, słodkawo-drzewne tony. Czuję także (niestety) zapach gliny czajniczka…

niebieskie_11   niebieskie_12   niebieskie_13

Pierwsze parzenie robię wodą ok. 90 stopni przez ok. 4 minuty. Podczas zaparzania spróbowałam trochę naparu a ten rozpłynął się gładko na podniebieniu racząc mnie ciepłem i delikatnością, ale ja tym razem postanowiłam, że dziś chciałabym poczuć moc w intensywności Paryochy. Taki kaprysik 😉

niebieskie_15   niebieskie_16

W czarce okazało się, że wyszła mi herbata dość cierpka i momentami troszeczkę ostrawa. Przy tym zdecydowanym charakterze, który ta Paryocha ukazała, nie przestała być jednocześnie herbatą dość gładką i zrównoważoną… Nawet te cierpkie tony pięknie się roztapiały w ciepłych podprażanych, słodkawych akcentach…Przywiodła mi na myśl fleszowe yunnany – delikatne, słodkawe, i tylko lekko poddymiane…

niebieskie_18

Przy tych aromatach – o, dziwo! – mokre liście w czajniczku pachną zupełnie inaczej. Tutaj dominująca jest nuta winna z subtelną podprażaną wonią i… skórką czereśni…

12

Drugie parzenie robię wodą o temperaturze ok. 93 stopni i parzę krócej – ok. 3 min. I ten napar zaskoczył mnie łagodnością, z którego wycofała się wcześniejsza cierpkość –  i przypomina mi parzenie, jakie robiły dla nas pani Park i Pani Camilla podczas pierwszego spotkania w Onggi. I choć ni razu nie udało mi się wyczuć bambusowego lasu w tej herbacie (może po prostu mam niekompletną bazę węchową 😉 ), to ten delikatny, ciepły, drzewny zapach i smak będzie mi się już chyba zawsze kojarzył właśnie z tymi dwoma przeuroczymi mistrzyniami herbaty… Dziękuję ❤

Pierwsze trzy zdjęcia zrobiła Agnieszka.

Autorką pozostałych zdjęć jest Jowita Dykas/ FotoJowi

Wu Yi Yan Cha czyli Ogrody Świata w Berlinie…

Na drugi dzień po zakończeniu Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! pojechałam do stolicy Niemiec. W Berlinie zakochałam się od pierwszego spojrzenia na to miasto z okien pociągu 🙂
Właściwie celem była wioska pod Berlinem, spotkanie z Ciotką, relaks, odpoczynek, zapomnienie o stresie pofestiwalowym 😉 zapomnienie o wszystkim choć na kilkanaście godzin 😉 Pobyt był krótki acz intensywnie odstresowujący i jestem przeszczęśliwa, że mogłam odwiedzić miejsce, które na długo zostanie w mojej pamięci jako obraz spokoju i dobrostanu, miejsce w duchu iście herbacianym: Ogrody Świata w Berlinie.

Ogrody Świata położone są w dzielnicy Marzahn a historia powstania tego urokliwego miejsca sięga czasów enerdowskich i związana jest z przygotowanym w 1987 roku przez berlińskich ogrodników przeglądu ogrodniczego w ramach obchodów 750-lecia Berlina. Niewielki projekt ogrodniczy przeszedł w 1990 roku – po zjednoczeniu Niemiec – ogromne zmiany stając się Parkiem Wypoczynkowym Marzahn, by w 1997 roku zacząć przeobrażać się w kompleks kilku najsłynniejszych ogrodów. Podobno Ogrody Świata były prezentem dla Berlińczyków, zwłaszcza tych, którzy nie mogą wybrać się na zwiedzanie świata. Na około 21 hektarach powstały piękne Ogrody: Chiński, Japoński, Balijski, Orientalny, Włoski, Koreański czy Chrześcijański, a każdy z niezwykłą dbałością prezentuje normy wymagane w danym stylu ogrodnictwa i rośliny z danego zakątka świata…

Pierwszym ogrodem, jaki zaczęłyśmy z Ciocią zwiedzać, był Ogród Orientalny; wchodziło się do niego przez salę z drewnianymi, ręcznie rzeźbionymi kolumnami. Ten Ogród miał być odzwierciedleniem raju…

20120102_001942   20120102_002014   20120102_002047   20120102_002115   20120102_002451   20120102_002634   20120102_002807   20120102_002823   20120102_002839
Po dalekowschodnich, egzotycznych doznaniach przeszłyśmy się po prostu po Parku…
Przestrzeń Ogrodów Świata jest pełna uroczych zaułków, gdzie pod drzewkiem limonkowym można przysiąść, wystawić twarz do słońca i posłuchać jak dziwaczna fontanna gra wodne melodie pod batutą lekkiego wiatru…

20120102_004051   20120102_004406

Potem poszłyśmy dalej…Minęłyśmy Ogród Angielski, który aktualnie jest w budowie, hamak na którym w pozycji horyzontalnej można podziwiać przesuwające się leniwie chmury, i doszłyśmy do Labiryntu…
Labirynt, przed którego wejściem stanęłam, był wzorowany na labiryncie przy Pałacu Hampton Court pod Londynem oraz na labiryncie-mozaice podłogowej w Katedrze Notre-Dame de Chartres we Francji. I choć oba labirynty, które posłużyły za wzór mają motyw wspólny – podążanie ścieżką życia, by odnaleźć środek (mnie na myśl przyszedł środek jako głębia, istota życia, ale i horacjański złoty środek…) – to są zupełnie inne w rodzaju dróg, które do owego środka prowadzą: mozaikowy labirynt we francuskiej katedrze ma tylko jedną drogą prowadzącą do centrum labiryntu, natomiast angielski labirynt zbudowany z wysokich, nieprzeniknionych żywopłotów z cisów jest pełen ślepych zaułków i zmusza użytkownika do nieustannych zmian kierunków…
Nie ważny cel, ważna droga… Czy aby na pewno? Z tymi wątpliwościami zrobiłam pierwszy krok do labiryntu…

20120102_005712   20120102_005750
Dość szybko udało mi się dojść do środka, gdzie znalazłam ławeczki i centralnie posadzone drzewko miłorzębu oraz kręte schodki na platformę, z której można było z ptasiej perspektywy popatrzeć na labirynt, który właśnie się przeszło i kawałek samego parku. Popatrzyłam i już wiedziałam, że po wyjściu z labiryntu kolejne kroki skieruję w stronę kamiennych lwów.

20120102_010248   20120102_010404

Okazało się, że kamienne lwy strzegły wejścia do Ogrodu Chińskiego…

20120102_011436   20120102_011507   20120102_011458   20120102_011652

Nie spodziewałam się, że w Ogrodzie Chińskim będzie herbaciarnia… 😀

20160928_145500
Usiadłyśmy więc z Ciocią przy stoliku niedaleko strumyka. Po chwili przyszła śliczna Chinka i przyjęła od nas zamówienie na herbatę.
Moja Ciocia zamówiła dla siebie herbatę chryzantemową. Dostała ją w porcelanowym gaiwanie Gdy zajrzałam do środka, prócz kwiatów chryzantemy dopatrzyłam się także jagód goi oraz jakichś – nie znanych mi – owoców. Byłyśmy też trochę zdumione, że do tej herbatki nie podano ani chahaia ani czarki, ale podająca herbatę pani, poinstruowała jak pić napar bezpośrednio z gaiwana. Tak, spróbowałam tego napoju i… była bardzo smaczny 🙂

20120102_012945   20120102_012835   20120102_013615
Ja miałam ochotę na jakiegoś oolonga i mój wybór padł na Wu Yi Yan Cha…O słynnych herbatach z gór Wu Yi trochę słyszałam od Wojtka i od Roberta; trochę też takich skalnych herbat wypiłam zdobywając doświadczenie, że nie każda herbata sygnowana pochodzeniem z Wu Yi Shan jest gatunkowo dobra lub bardzo dobra. Tej, którą zamówiłam, daleko było do pierwszej ligi. Liście nie były zwinięte, więc raczej powinni napisać, że to pouchong niż oolong, drobne i w większości uszkodzone; oksydacja – może jakieś 30%?

20120102_013656   20120102_012933   20120102_013109
Cóż z tego, że liście nie były najlepsze z najlepszych? Słodki aromat miodu gryczano-akacjowego uderzył w moje nozdrza gdy zaparzałam tę herbatę za pierwszym, drugim, trzecim a także za piątym razem… W smaku dominująca jedwabista nuta orchidei otulała moją duszę spokojem i radością… I może nie była to herbata wybitnej jakości, ale dzięki niej, z każdym kolejnym łykiem rozkwitała we mnie lekkość i wdzięczność; zgiełk świata oddalał się ode mnie i bladły problemy i kłopoty, które niczym kulę u nogi przytargałam ze sobą do Berlina…
Popijając swoje napary rozmawiałyśmy…niespiesznie dotykałyśmy tematów bolesnych, ale i radosnych… tak można rozmawiać tylko przy herbacie…
To wtedy, pomiędzy kolejnymi parzeniami, gdy wietnamskimi słodyczami, które jakimś cudem znalazły się w moim plecaku, karmiłam tyleż śmiałe co urocze niemieckie wróbelki-elemelki postanowiłam, że zmieniam wcześniej ustalony plan dnia. Przyjeżdżając do Berlina bardzo chciałam odwiedzić obie herbaciarnie P&T Paper and Tea – i tę w dzielnicy Mitte i tę w Charlottenburgu. Nie chciałam jednak przerywać tego niespiesznego nastroju, rozmowy z Ciocią – tego wspólnego bycia razem i herbaty… Odpuściłam sobie presję zaliczania wcześniej zaplanowanych punktów. Co ważniejsze: droga czy cel?

20120102_012753   20120102_013334   20160928_153719
Gdy Wu Yi Yan Cha oznajmiła, że więcej nie zamierza obdarzać mnie swoimi słodkimi smakami, poszłam jeszcze kupić sobie tej herbaty na drogę – byłam ciekawa, jak ta herbata będzie smakowała pod polskim niebem… Wnętrze herbaciarni zachwyciło mnie…:)

20160928_153118   20160928_153054   20160928_153137   20160928_153145   20160928_153212   20160928_153309   20160928_153328   20160928_153352   20160928_153605
Gdy opuszczałyśmy chińską herbaciarnię i kierowałyśmy się do Ogrodu Japońskiego akurat wyszło słońce. Piękny dzień…:)

20160928_154234

W drodze do Ogrodu Zen zwiedziłyśmy Ogród Chrześcijański, którego przestrzeń wyznaczał płot utkany ze słów ze Starego i Nowego Testamentu. Ten Ogród wydał mi się ciasny i za bardzo…hmm… rozgadany… wszędzie tylko słowa i słowa…

20160928_154559   20160928_154545   20160928_154522

Przeszłyśmy także wzdłuż Alei Bajek – rozbawiły mnie te słodkie, kiczowate postacie, które znałam z dzieciństwa…

20160928_154843   20160928_154910   20160928_154938   20160928_154953

Ogród Japoński tchnie spokojem… W tym Ogrodzie, który powstał dzięki współpracy Berlińczyków i Tokijczyków, główną rolę odegrał japoński projektant ogrodów i mnich zen w jednej osobie – Shunmyō Masuno; to on w dostępną sobie przestrzeń przeniósł klasyczne elementy sztuki japońskiej (odpowiedni układ kamieni, wodospad oraz pawilon herbaciany) odzwierciedlające filozofię zen, jak również posadził w ogrodzie japońskie rośliny takie jak klon japoński czy dereń kwiecisty stwarzając tym samym miejsce do cichego podziwiania i kontemplowania piękna natury… Nazwa Ogrodu-YUU SUI TEI oraz pawilonu herbacianego- NYO SUI TEI korespondują z ideą: spokój jest dostępny wszystkim ludziom…

20160928_155508   20160928_160109   20160928_160038
Siedząc przy cicho szemrzącym strumyku czy na bambusowej ławce i podziwiając pieczołowicie zagrabiony biały żwir – miałam poczucie, że czas nie istnieje a tylko ta chwila, w której mój wzrok zatrzymał się na fali drobnych kamyczków… Trwaj chwilo, jesteś piękna – szeptałam w myślach… na szczęście diabeł się nie zjawił…;)

20160928_161004   20160928_161549   20160928_160928
Ostatnim ogrodem, który odwiedziliśmy było Ogród Koreański zwany też Seulskim ponieważ był prezentem dla Berlina od Miasta Seul. Ten Ogród zrobił na mnie wrażenie masywnego, zwartego i zbitego, tajemniczego i pełnego duchów…

20160928_161759   20160928_161836   20160928_162318   20160928_161857   20160928_161958

Przeszłam tam przez cztery dziedzińce otoczone murami, chwilę przyglądałam się niedostępnemu pawilonowi nad wodą, zastanawiałam się dlaczego w Ogrodzie Koreańskim tak mało roślinności a tak dużo drewna i kamienia, i długo przypatrywałam się kamiennym figurkom próbując porozumieć się z zaklętymi w nich duchami. Podobno wywodzą się one z wierzeń ludowych i ustawiane były przy wjeździe do wioski, przy ulicy, przy bramie zamkowej czy świątynnej. Po koreańsku zwane Beoksu (czyt. Poksu) lub Jang Seung (czyt. Dziang Syng) symbolizowały duchy opiekuńcze wioski lub świątyni; używane były także jako kamienie milowe lub graniczne…

20160928_162355   20160928_162920   20160928_163136   20160928_163157   20160928_163312

Mam cichą nadzieję, że moje gorliwe kłanianie się koreańskim opiekuńczym duchom pomoże mi iść dalej dobrą herbacianą drogą do dobrego celu… 😉

Dziękuję Łukaszowi, za tłumaczenia informacji o elementach Koreańskiego Ogrodu 🙂

Pisząc o swojej wyprawie do berlińskich Ogrodów Świata zajrzałam też tutaj:

http://www.berlimix.net/parki_ogrody_swiata.php

http://www.museumsportal-berlin.de/pl/muzea/garten-der-welt-im-erholungspark-marzahn/

http://berlin-vel.pl/erholungspark-marzahn

http://www.krajoznawcy.info.pl/ogrody-swiata-w-berlinie-33293

http://www.ogrodowisko.pl/watek/6054-berlin-ogrody-swiata-park-i-ogrod-botaniczny-w-jednym

http://kolumber.pl/g/147004-Ogrody%20%C5%9Awiata%20-%20Marzahn%20w%20Berlinie

http://www.architekturakrajobrazu.info/ogrody-i-parki/44-ogrody-wiata/2333-marzahn-garten-ogrod-w-sercu-berlina

https://sevencups.com/learn-about-tea/famous-chinese-tea/about-wu-yi-yan-cha/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Hampton_Court

https://mekeke1969.wordpress.com/2010/04/18/labirynt-w-chartres/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Katedra_w_Chartres

 

 

 

Korean Woojeon – ekscentryczna dama…

Nie zawsze jest idealnie, nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem i nie zawsze osiąga się to, czego się chce, ale…

Wróciłam z pracy zmęczona i zła. Planowałam dokończyć ważny dla mnie blogowy wpis, ale gdy tylko próbowałam się skupić – myśli czmychały na wszystkie strony niczym spłoszone stado ptaków. Postanowiłam więc zaparzyć herbatę z nadzieją, że może ona trochę mnie wyciszy i pozwoli się skoncentrować. Wybór padł na koreańską herbatę zieloną – Korean Woojeon, którą dostałam w prezencie od przemiłej pani z Odette Tea Room.

Zagotowałam wodę. Ogrzałam gaiwan i wsypałam do niego liście. Na kilka sekund przykryłam pokrywką. A potem powąchałam ogrzaną herbatę – otulił mnie zapach lekko prażonych orzeszków ziemnych… bardzo przyjemne doznanie węchowe… Wedle zapisanej na torebce instrukcji, o którą poprosiłam z czystej ciekawości wynikałoby, że ta herbata najlepiej smakuje zaparzona w 80 stopniach Celsjusza przez 2 minuty.

Ja zalałam liście w gaiwanie wodą ok. 90 stopni i poszłam do pokoju, po czym zupełnie o herbacie zapomniałam wessana przez odmęty Internetu. Gdy po jakimś czasie – może po dziesięciu a może po piętnastu minutach, choć pewności nie mam – poczułam pragnienie wróciłam do kuchni i dopiero wtedy zobaczyłam, że moja herbata wciąż się zaparza. Ze zgrozą przelałam napar do czarki spodziewając się wykręcającej duszę goryczy. A tu niespodzianka! Pierwszy, ostrożny łyk i piękna trawiasto-glonowa nuta. Zrównoważona i zdecydowana, pewna w swej łagodności. Goryczka, niczym mgiełka aksamitnie układa się na te urocze roślinno-wodne tony… Coś złagodniało w moim sercu…

Automatycznie więc wlewam wodę – około 70 stopni Celsjusza – i robię drugie parzenie. Chyba byłam bardziej zmęczona niż mi się wydawało, bo znów… poszłam do pokoju i zapomniałam o herbacie…

Wróciłam do niej po – jak sadzę – dziesięciu minutach. Przelałam napar do czarki. Łyk. Znów niespodzianka! Tym razem niezbyt miła – bo dominacja goryczki była naprawdę mało przyjemna…To tak, jakby herbata – dając mi drugą szansę na potraktowanie jej z szacunkiem – nie uzyskawszy ode mnie należytego jej respektu postanowiła się odegrać za to moje niestosowne zachowanie. Podziałało skutecznie, bo już trzecie parzenie zrobiłam w pełni obecna przy herbacie. Rzuciłam dla niej wszystko 😉

To trzecie parzenie zrobiłam wodą 90 stopni. Siedziałam i podpierając głowę przyglądałam się, jak liście spokojnie i leniwie wchłaniają wodę. Medytowałam nad tym widokiem może z 2 minuty. Postanowiłam spróbować jaki wpływ na smak tej herbaty będzie miało krótkie parzenie… Ha! – wykrzyknęłam po pierwszym łyki. Cóż za dama z tej herbaty! Potraktowała mnie tym razem łaskawie. To miło z jej strony, że nie jest pamiętliwa… Piękna równowaga świeżej roślinności na pierwszym planie, morskość na drugim i wieńczącej te smaki goryczki – bardzo eleganckiej, nie narzucającej się a właśnie nadającej charakteru; goryczki, która dawała w sobie wyczuć też słodowe akcenty. Naprawdę niesamowita! 🙂

Tak mile potraktowana postanowiłam więc zaparzyć Korea Woojeon po raz czwarty. A więc przestudzoną do ok. 85 stopni wodą zalałam liście na 3 minuty…

Napar był echem poprzedniego parzenia. Może tym razem za krótko pozwoliłam tej herbacie zażywać kąpieli? 😉

Ponieważ dziś piszę spontanicznie, więc i zdjęcie dokumentujące będzie miało bardziej „roboczy” charakter:

20151201_193200

Gdy zmywałam naczynia po parzeniu pomyślałam sobie, że nie zawsze jest idealnie, nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem i nie zawsze osiąga się to, czego się chce, ale… właśnie to zaskoczenie, które staje się moim udziałem dzięki herbacie, niespodzianki, jakie ogólnie serwuje mi życie – w mikro i makro skali nadaje owemu życiu niepowtarzalny smak, czyni moją pasję herbacianą prawdziwie ekscytującą przygodą… Jest dobrze 🙂

Nokcha Sejak DARACK. Niespodziewane spotkanie…

Jeszcze dni są słoneczne, jeszcze wiatr jest łagodny i pieszczotliwy więc jak mogłabym nie wykorzystać tych pięknych okoliczności przyrody i odmówić sobie kolejnego parzenia herbaty w plenerze?

W Parku Ujazdowskim znalazłam ciche miejsce przy kamiennym wodospadzie. Wyjęłam z torby nierozpakowaną jeszcze herbatę, którą chciałam dziś degustować na świeżym powietrzu – koreańską Nokcha Sejak DARACK. Gdy rozkładałam czarki, gdy opłukiwałam gaiwan lekko parującą wodą z termosa, powoli przysiadali się do mnie bohaterowie kolejnej opowieści, ich rozmowy – z początku urywane – zaczynały układać się w całe zdania i dialogi.
Pierwsze parzenie było zachwycajaco słodowe i przywodziło na myśl beztroskie wakacje…

20150824_102340  20150824_102615  20150824_104204  20150824_103524
To miała być zupełnie inna historia, ale rzeczywistość przynosi czasami tak miłe niespodzianki, że trzeba je chwytać i smakować z przyjemnością i ciekawością jak herbatę, którą pijemy po raz pierwszy w życiu…
Właśnie nalewałam do czarki herbatę z drugiego parzenia, gdy nieśmiało podeszła do mnie starsza kobieta.
– Przepraszam – powiedziała uśmiechając się – ale chciałam zapytać, co pani robi?
– Teraz zaparzyłam zieloną herbatę, którą mam zamiar sfotografować – powiedziałam. Proszę – wzięłam czarkę i podałam ją kobiecie – niech pani spróbuje.
-Ach, nie, nie…ja tylko chciałam zapytać co pani fotografuje, może jakieś kamyczki…siedziałam tam nieopodal, wie pani – umówiłam się z koleżanką, która jeszcze nie przyjechała i tak siedziałam tam na ławeczce – wskazała ręką na ścieżkę po drugiej stronie parkowego wodospadu – i przygladałam się co pani robi. Postanowiłam podejśc i zapytać…
– Robiłam zdjęcia herbaty na mojego bloga. Proszę – znów podałam kobiecie czarkę z herbatą – proszę napić się ze mną herbaty.
Kobieta jeszcze chwilkę się wzbraniała, ale ponieważ byłam nieugieta i zachęcałam do przyłaczenia się z uśmiechem, starsza pani w końcu wzięła z mojej ręki czarkę i popatrzyła na napar herbaciany.
– A co to za herbata? – zapytała.
– Zielona. Koreańska. Kupiłam ją w ubiegłym roku w Krakowie, w Czajowni…Co ja mówię? Nie w ubiegłym roku – roześmiałam się – to było w tym roku. Ale tyle rzeczy się wydarzyło, że wydawało mi się, że to było co najmniej rok temu…
-Wie pani, ja to nie lubię zielonych herbat – powiedziała kobieta.
– Niech pani spróbuje.
Starsza pani usiadła na kamiennej ławce obok mnie i podejrzliwie zanurzyła usta w czarce z naparem.
– O, nie jest wcale taka zła…
Zaśmiałam się.
– Jest badzo dobra. Chociaż teraz, w drugim parzeniu, jakby ukryła przede mną swoje piękno. Ale zaraz zrobię kolejne parzenie i zobaczymy jaka będzie w smaku…

20150824_104154
– To robiła pani zdjęcia na bloga? – Gdy skinęłam głową, kobieta mówiła dalej: Mój kolega też prowadził bloga. Pisał wiersze i zamieszczał je w internecie…
– A jak sie nazywa ten blog? – zainteresowałam się. – Chętnie poczytam…
– A, nie…on już nic tam nie zamieszcza. Wie pani jak to jest, jak już człowiek jest starszy…a ten poeta ma, tak jak ja, 70 lat. W takim wieku już się wielu rzeczy po prostu nie chce…coś boli, coś strzyka i to potem odbiera ochotę na robienie czegokolwiek.
– Znam studentów z drugiego lub trzeciego roku, którym się też nic nie chce, a nic im nie strzyka. Przynajmniej nie powinno – mówię.
– Ach, bo to, wie pani, zależy od człowieka…Ja jeszcze mam siły, chwała Bogu, i coś się zawsze zorganizuje. Poszłam – bo mogłam – na wcześniejszą emeryturę; chciałam jeszcze się życiem nacieszyć a nie tak ciągle pracować i pracować. Dziś się umówiłam z koleżanką i idziemy na spacer…Najgorsze, jak się człowiek zasiedzi…
Tymczasem ja zrobiłam trzecie parzenie koreańskiej herbaty. Rozlałam napar do czarek. Moja rozmówczyni, już trochę śmielej, wzięła pierwszy łyk. I kolejny, i kolejny. Obserwowałam, jak smakuje napar, jakby próbowała zidentyfikować jego wszystkie smaki…
– Bardzo łagodna – powiedziała po chwili. Chociaż ja nie przepadam za zieloną herbatą…
– Tak, łagodna, trochę słodowa, z warzywnymi akcentami…
– Tak, rzeczywiście trochę taka warzywna…
– I nie ma goryczki…
– Ja to generalnie nie pijam herbaty. Ale ta mi nawet smakuje. Kawy zresztą też nie piję.
– Nie lubi pani kawy?
– Wolę zapach. Ale muszę powiedzieć, że nie piłam zbyt często dobrej herbaty. Kiedyś pojechałam do Budapesztu i tam mieliśmy zakwaterowanie w kwaterze, to była kwatera główna. Przyjechaliśmy tam z lotniska i pani, która nas obsługiwała zapytała czy chcemy herbaty lub kawy. Ponieważ nie przepadam za kawą, poprosilam o herbatę. Powiem pani, że o mały włos a znienawidziałabym herbatę do końca życia. Boże, co ja dostałam? Ta kobieta, która mi zaproponowała tę herbatę, ona ją zrobiła nie tak, jak my robimy – w czajniczku i zalana wodą – ona to w garnku, pewnie w takim co wcześniej kartofle gotowała i nie umyła tego garnka, nalała wody, wsypała tę herbate i zagotowała. I ja taką herbatę z garnka dostałam. Boże – myślałam – nie wypiję tego bo to jakies obrzydlistwo; ale dobrze, że mieli tam cytryny. Wtedy w Polsce cytryn tak nie było, ale tam mieli. Poprosiłam o cytrynę i trochę tego soku sobie wycisnęłam i wtedy mogłam tę herbatę wypić; ten sok uratował całą herbatę.
– A w którym to było roku – zapytałam zaintrygowana.
– W 65 lub 66. Chyba 65. Tak, to był 65 rok.
– A pamięta pani z czasów prl-owskich oolongi?
– Tak, pamiętam oolongi.
– Wiele osób mówi, że to były najgorsze herbaty, jakie pili; gdy teraz pokazuję równolatkom mojej babci oloongi z Tajwanu czy z Tajlandii, wszyscy otwierają szeroko oczy i mówią, że te pięknie pachnące herbaty nie mogą być oolongami, bo tamte były po prostu obrzydliwe…
– Ja nie piłam złych oolongów. Nie mogę powiedzieć, że to były najgorsze herbaty. Nie były tak dobrej jakość jak teraz, ale nie mogę powiedzieć, że były najgorsze z możliwych. Ale wie pani, wtedy prym wiódł Madras…zdobyć taka herbatę, to było coś. Była wyśmienita. O, już jest moja koleżanka – zakrzyknęła moja rozmówczyni – chodź tu do nas. Czekałam na ciebie i patrzę a pani jakieś zdjęcia robi. Okazuje się, że pani ma bloga i pisze tam o herbatach. A tutaj pijemy zieloną herbatę.
Przywitałam się z nowo przybyłą starszą panią i nalałam do czarek zrobione przed chwilą już czwarte parzenie. Podałam czarkę drugiej starszej pani, która – podobnie jak wcześniej jej koleżanka – patrzyła na mnie i na podawaną przeze mnie herbatę podejrzliwie.
– Nie, nie dziękuję bardzo… A co to za herbata?
– Zielona. Koreańska, niech pani spróbuje – zachęcałam.
– Nie, nie, ja to naprawdę nie lubię zielonych herbat…
– Niech pani tylko spróbuje – kusiłam z uśmiechem.
W końcu pani dała się namówić. Wzięła łyk i jej twarz się rozpogodziła.
– Ach, jaka dobra – zwróciła się z uśmiechem do koleżanki.
– Tak, ja też nie lubię zielonych herbat, ale jak mnie ta pani poczęstowała i spróbowałam, to chyba teraz zacznę pić zielone herbaty… Może pani sobie to przypisać na plus, że przekonała mnie pani do zielonych herbat – zwróciła sie do mnie ze śmiechem
-Bardzo się cieszę; dziękuję – odpowiedziałam z radością.
Tymczasem kobieta, która przed chwilą dołaczyła do nas dopiła herbatę do końca i odstawiła czarkę.
– No naprawdę dobra herbata. Ja nie wiedziałam, że zielone mogą być tak dobre…Bo ja to zwykle piję jakieś takie mocne i gorzkie…
– Może za wysoka temperatura parzenia – zasugerowałam.
– Nie, przecież my wiemy, że zielone trzeba zaparzać przestudzoną wodą…Ale ja to piję, wie pani, takie z saszetek…
– To zachęcam do picia herbat liściastych – są o wiele smaczniejsze i zdrowsze. Proszę zobaczyć jaki piękny liść herbaciany – powiedziałam jednocześnie pokazując paniom tulące się na dnie gaiwana liście Darack`a.

20150824_103211
– Tak, piękne, piękne liście – przytaknęły zgodnie.
-Dobrze, na nas już czas – powiedziała pierwsza pani. Życzymy wszystkiego dobrego w prowadzeniu bloga i bardzo dziękujemy za poczęstowanie nas herbatą.
– Bardzo dziękuję. I bardzo się cieszę, że napiły sie panie ze mną herbaty. Wszystkiego dobrego – pomachałam na pożegnanie dwum oddalającym się powoli starszym paniom.
Zajrzałam do termosa i oszacowałam, że wystarczy wody na jeszcze jedno, ostatnie już, parzenie. Gdy piłam napar z czarki myślałam o przypadku, który przeplata ze sobą losy różnych ludzi. Czemu mają służyć te spotkania? Czy rzeczywiście – jak się często słyszy – każde spotkanie ma nas czegoś nauczyć? Czy naprawdę jest tak, jak pisze w „Mowie ciszy” Eckart Tolle: ” Ostatecznie, nie ma żadnych innych – wszędzie i zawsze spotykasz tylko siebie”?

20150824_103353