Pure Black czyli słoń nie w składzie porcelany ;)

Oj, wiem że to truizm, ale naprawdę nie mogę się nadziwić, jak bardzo różnorodna potrafi być ta sama herbata, jak wiele nut smakowych potrafi ujawnić podczas różnych sposobów parzenia i jak ciekawie uzależnia swoje smaki od miejsca parzenia i atmosfery otoczenia 😉

Agata w ubiegłym roku przywiozła z Nepalu nową herbatę nazwaną Pure Black i tak ją opisała: „PURE BLACK – to nietypowa czarna herbata jeśli chodzi o nepalskie napary. Przechodzi krótką fermentację nieenzymatyczną (w dużej wilgotności i cieple), co minimalnie zbliża ją do herbat czerwonych (Pu Erh). Jest najczarniejsza z czarnych! Zapachem przenosi do ciepłej drewnianej chaty lub do ogrodu po jesiennych porządkach. Smak natomiast jest delikatny i zupełnie pozbawiony goryczy. Idealna na jesienne i zimowe wieczory – ogrzewa mleczną słodyczą. Myślę, że bardzo dobrze może komponować się z mocniejszym trunkiem np. rumem. Wg twórcy – idealnie też podprawia smak whisky (…)”.
Na mnie chyba najbardziej sugestywnie podziałało wyrażenie: najczarniejsza z czarnych oraz obietnica smaków ziemistych, drzewnych i lekko butwiejących tonów, i słodyczy. Pomyślałam sobie, że takie zestawienie musi być doprawdy intrygujące i koniecznie muszę tych smaków doświadczyć.

Pierwszy raz herbatę Pure Black spróbowałam w towarzystwie Ani i Wiktorii, z czego bardzo się cieszyłam, bo próbowanie nowej herbaty z innymi pozwala lepiej taką nowinkę poznać – degustacja jest sumą wszystkich doznań i skojarzeń, zachwytów i rozczarowań…
Gdy wąchałyśmy liście herbaciane w torebce stwierdziłyśmy zgodnie, że dość wyraźnie dają się tam wyczuć ziemiste, skórzane i lekko słodowe- cukrowe tony.
Postanowiłam zaparzyć Pure Black w porcelanowym czajniczku, by naparu starczyło dla wszystkich; do ogrzanego naczynia suszu sypnęłam sporo, gdyż ostatnio (co niektórzy, pijący ze mną herbatę, przeklinają) skłaniam się ku mocnym, wyrazistym naparom i chwilę trwały pertraktacje, jak długo ma trwać parzenie, bo Agata sugeruje, by parzenie zrobić 3-7 minut w temperaturze 95-85 stopni Celsjusza. Dziewczyny były trochę nieufne do dłuższego czasu parzenia, więc pierwsze parzenie zrobiłam 3 minutowe…Tymczasem zanurzam nos w rozgrzany czajniczek z liśćmi Pure Back w środku i dając je do powąchania Ani i Wiktorii zaczynam się śmiać widząc dziwne grymasy na twarzach dziewczyn, gdy zanurzają nosy w naczyniu. I zanim któraś zidentyfikuje zapachy, wykrzykuję:
– Toż to słoń!
– Dokładnie! – mówi Wiktoria – słoń z zoo.
Wygląda na to, że jesteśmy zgodne: mamy w imbryczku pawilon słonia, czyste siano i samego słonia, którego skóra w czystym wiosennym słońcu pachnie intensywnie 😉

Zalewam liście wrzątkiem, jak ustaliłyśmy – czekamy 3 minuty i oto zapach naparu otula nas wysychającą w słońcu wilgotną ziemią.
Zapach liści w czajniczku to na pierwszym planie ziemistość, dalej można wyczuć drzewne nuty (to takie kilka dni wcześniej ścięte i pocięte w małe kawałki drewno) ale dominuje skóra słonia z wyrazistą słoną nutą. Kolor naparu rzeczywiście jest bardzo ciemny.
Pijemy napar i zgodnie stwierdzamy, że w smaku dominuje skóra i drewno, na dalszym planie ziemiste tony; można też wyczuć słodowe akcenty (jakby słoń wytarzał się w cukrze trzcinowym ) choć byłabym skłonna powiedzieć, że owa słodycz powstaje z połączenia tych wszystkich elementów (skóra, ziemia, drewno) niż jest odrębnym elementem smakowym naparu. Nie ma w naparze goryczy, choć jest lekko wyczuwalna cierpkość, która nadaje herbacie charakteru, podkreśla inne posmaki…

Robię drugie parzenie, tym razem pięciominutowe. Ania śmieje się, że tego już chyba nie wypije, ale Wiktoria – podobnie jak ja – już nie może doczekać się tego naparu. Oj, tu też słoń jest mocno wyczuwalny! W zapachu liści w czajniczku, poza pawilonem słonia, można również wyczuć nabierające intensywności mineralne akcenty. W tym naparze z pięciominutowego parzenia na pierwszy plan (poza słoniem, oczywiście…) głównie wybijają się smaki ziemiste i drzewne. Tu można się doszukać wyraźnej analogii z popularnymi pu erh`ami, choć jak wiadomo nie tylko ziemię i nie tylko drzewo można w pu erh`ach odnaleźć… Pijemy Pure Black z zadowoleniem. Ania wzięła kilka łyków i oznajmiła, że choć smak ciekawy, napar jest dla niej za mocny; a my z Wiktorią przy każdym łyku: ach, jaka fajna…och, jaka dobra… no cóż za słoń… ciekawa, naprawdę ciekawa…

Pure Black bierzemy ponownie na tapet podczas świętowania Międzynarodowego Dnia Herbaty (15 grudnia 2017 r.). Wówczas Agata sama ją zaparza według parametrów „na oko”. I, jak to bywa z nietuzinkowymi herbatami: jedni są nią zachwyceni, jedni nie wiedzą co mają o tym myśleć a inni prychają, że niedobra…Mnie niezmiennie zachwyca, tym bardziej, gdy na koniec spotkania mieszamy Pure Black z rumem…Rzeczywiście bardzo, bardzo dobra kompozycja… 😉

Mnie smaki Pure Black tak zafascynowały, że zabieram tę herbatę za sobą na Herbatę Noworoczną (6 stycznia 2018 r.). Jestem ciekawa, jak zostanie ona odebrana w innym otoczeniu… Tymczasem okazało się, że degustacja Pure Black po kwiecistych alishanach i innych upajających, trawiastych japonkach staje się trudnym do zrozumienia akcentem…

      

Ponieważ jednak spotkanie przy Herbacie Noworocznej miało także filozoficzny charakter, podczas degustacji Pure Black pojawiła się myśl, że w naszym życiu nie zawsze doświadczamy słodyczy a nasze doświadczenia mają także mniej lub bardziej nieprzyjemne posmaki; jednak to właśnie dzięki tym trudnym doświadczeniom można docenić piękno w naszym życiu. Niestety, zwykle uciekamy od niewygodnych czy nieprzyjemnych doznań, doświadczeń; uciekamy impulsywnie nie dając sobie możliwości na pełne i głębokie doświadczenie tego, przed czym staramy się uciec choć może się ostatecznie okazać, że to, czego nie chcemy doświadczyć może nas niezwykle ubogacić…

I gdy już myślałam, że Pure Black niczym mnie nie zaskoczy, Ewa zainspirowała mnie, by tę herbatę wypróbować na wolnym powietrzu. Czekałam na śnieg, czekałam na mróz, ale ponieważ się nie pojawił przestałam czekać i wykorzystałam wolny dzień, który okazał się pełnym słońca i ciszy raczej wiosennym niż zimowym dniem. Zagotowaną wodę wlałam do termosa, wzięłam pożyczony podróżny zestaw do gonfu cha, torebkę z herbatą i poszłam do lasu.

W lesie cicho… tylko jakiś oszołomiony wiosenną pogodą ptak monotematycznie zawodzi swoje trele…

Wodą z termosa ogrzewam czarkę i gaiwna, do którego po chwili wsypuję liście Pure Black. Wącham te ocieplone herbaciane listki i zdumiewa mnie ich zapach: drewno i mortadela, którą jadłam jako małe dziecko. Ten ostatni motyw zapachowy jest naprawdę zaskoczeniem, choć nie jest żadną miarą przykry czy nieprzyjemny… budzi miłe skojarzenia i nie potrafię zastąpić go inną identyfikacją… czyżby to słoń uległ takiej przemianie? Nic z tego! Słoń pojawia się po pierwszym, około trzydziestosekundowym, parzeniu.

      

Ale jest kolejne zaskoczenie, bo oto dają się wyraźnie wyczuć nowe, dotąd nie doświadczane kwiatowe tony…Ta kwiatowa słodycz jest bardzo znajoma – delektowałam się nią w innych czarnych herbatach Agaty: Gold Buds, Hand Rolled Floral czy Wild Sunset. To szalenie przyjemny aromat kwiatów połączony z trzcinowym cukrem, którego wcześniej nie wyczuwałam w Pure Black… czy można go wyczuć tylko podczas parzenia na wolnym powietrzu? Nie wiem… Ten kwiatowo-słodki posmak przeplata się z dobrze już wcześniej poznanym w tej herbacie ziemistym akcentem. Bardzo ciekawa, urzekająca kompozycja… Pamiętam jak kiedyś Robert poczęstował mnie małą ilością pu erha o posmaku słodkich warzyw strączkowych. Czysta, lekko wilgotna ziemia zalatująca piwnicznym aromatem i słodka czerwona fasola. Chyba do końca życia nie zapomnę smaku tej herbaty…

Robię kolejne parzenia Pure Black… Przedłużam czas zaparzania się listków w gaiwanie bo widzę jak stygnie mi woda w termosie – pomimo, że zamknięty, przepuszcza obłoczki pary. Trzeba koniecznie zainwestować w dobry termos – myślę popijając małymi łyczkami napar w kolorze miodu spadziowego; tu słodycz wyraźnie odpycha ziemiste akcenty na dalszy plan.

   

Ze względu na szybko stygnący termos i niską temperaturę otoczenia trzecie i czwarte parzenie robię kolejno przez 1,5 i 3 minuty… W tych okolicznościach przyrody ta herbata zaskoczyła mnie słodyczą, której nie pokazała podczas parzenia w przestrzeni zamkniętej; najwięcej tej nuty wyczuwałam w dwóch pierwszych parzeniach. Kolejne parzenia były już tylko echem poprzednich, coraz mniej słyszalnymi i pozwoliły bardziej niż samą herbatę kontemplować otaczającą mnie oszołomioną ciepłem w środku zimy przyrodę, która zachwyca tu i ówdzie żywymi kolorami…

         

Co by tu nie pisać o wyczuwalnym w aromacie herbaty Pure Black słoniu i o tym gdzie on – słoń, oczywiście – leży i co robi, niezmiennie będę uważała tę herbatę za niezwykle interesującą; to herbata, która w zależności od okoliczności i sposobów jej zaparzania potrafi wciąż na nowo i na nowo zaskakiwać i zaintrygować dominującymi posmakami, które pokazują, jak bardzo ta herbata potrafi się zmieniać, jak bardzo jest niejednoznaczna…
Agata wielokrotnie mówiła, że twórca tej herbaty – pan Andrew, dając Pure Black`a Agacie powiedział: „Pij herbatę i bądź szczęśliwa”. Więc i ja piję, i jestem… 😉

 

Autorką zdjęć dokumentujących Pure Black podczas Herbaty Noworocznej jest Agnieszka.

Reklamy

Czas mierzony czarkami herbaty…

Podobno szczęśliwi ludzie czasu nie mierzą… Dobrze jest myśleć, że płynne przejście ze starego do nowego roku dokonało się niezarejestrowane w świadomości z jakąś większą skrupulatnością, a nawet potraktowane raczej niefrasobliwie i z pewnym zdziwieniem, że „to już?” jest wynikiem utrzymującej się w równowadze szczęśliwości właśnie… Bardziej niż kalendarzem i zegarkiem odmierzam czas spotkaniami przy herbacie… a ten w przeciągu miesiąca z hakiem był dość intensywny pod tym względem i dobrze jest o tym wspomnieć nim kolejne miesiące miną niepostrzeżenie i nieubłagalnie 😉

Trudno mi jest sobie wyobrazić, by Międzynarodowy Dzień Herbaty spędzić inaczej niż na spotkaniu przy herbacie właśnie, w towarzystwie innych miłośników cameliowych naparów i na rozmowach o miejscach, z których degustowane herbaty pochodzą. Dzień Herbaty, który przypada 15 grudnia w minionym roku był dla mnie szczególnie ważny, bo świętowany w nowym miejscu i z nowymi herbaciarzami. Dzięki uprzejmości Ewy z Domu Herbaty „Aromat” w Poznaniu udało mi się zorganizować spotkanie na które przygotowałam opowieść o historii ogrodów Darjeeling oraz parzyłam te herbaty z tego regionu starając się uczestnikom spotkania pokazać jak piękne i wytworne są Darjeelingi. W celebrowaniu Dnia Herbaty wspierała mnie Agata, która przywiozła nowe herbaty z nepalskich plantacji pana Andrew. Podczas prób wyłapywania trudnych do uchwycenia lub nazwania nut smakowych czy zapachowych Agata po raz kolejny opowiadała o Andrew Gardnerze, który swoją herbacianą pasję przekształcił w pracę zarobkową nie tracąc nic ze szlachectwa, które każdego dnia przejawia się w dbałości o warunki socjalne i edukację swoich pracowników. Pan Andrew dwa lata temu z plantacji Guranse przeniósł się na plantację herbacianą w sąsiedztwie pasma Ganesh Himal oraz Parku Narodowego Shivapuri. Wielu pracowników z plantacji Guranse postanowiło zmienić miejsce swojego życia wraz ze swoim pracodawcą całymi rodzinami przenosząc się na herbaciane pola niedaleko Katmandu. Nie mam wątpliwości, że za człowiekiem, otwartym i uczciwym, pełnym pasji i kochającym ludzi warto pójść choćby na skraj świata…

Opowieść o panu Andrew oraz historia plantacji Darjeeling a szczególnie ostatnie tam konflikty, poruszyła temat warunków bytowych jakie mają pracownicy plantacji herbacianych. Chciałyśmy z Agatą opowiedzieć, jak dla herbacianego konsumenta ważna jest świadomość drogi, którą przechodzi pijana przez niego herbata i jacy ludzie tę herbatę dla niego robią. I myślę, że w przyjaznej, luźnej atmosferze, delektując się herbatami nepalskimi i Darjelingami, trochę się nam to udało 😉

   

W pierwszą sobotę stycznia 2018 roku udało się zorganizować Herbatę Noworoczną. Odkąd pamiętam (czyli od 3 lat ;)) z tym wydarzeniem zawsze wiążą się jakieś przeciwności losu, które wpędzają mnie w zniechęcenie i gdy już sobie w myślach odpuszczam Herbatę Noworoczną i godzę się z tym, że w danym roku jej nie będzie, nagle pojawia się osoba, która oferuje wsparcie i motywuje, by spotkanie jednak się odbyło 😉 Więc czasami myśląc o tych dziwnych zbiegach okoliczności śmieję się, że to chyba duch Lu Yu nie chce mojego zaniechania organizowania Herbaty Noworocznej 😉 W tym roku było podobnie. Pojawiły się problemy z dostępnością miejsca na spotkanie, trudności ze zgraniem terminów i oto nagle pomocną dłoń wyciągnęła Anna, której będę dozgonnie wdzięczna za wsparcie i okazaną życzliwość. I tak oto, 6 stycznia, odbyła się kolejna Herbata Noworoczna, której niezmiennym celem jest poznawanie nowych herbat oraz wspólne parzenie dla innych z szczególnymi życzeniami czy w szczególnej intencji na Nowy Rok… Tym razem herbaciane aromaty unosiły się w Pracowni Stanisława Tworzydło, do której zaprosiła nas Ania; a my – popijając cudownej urody tajwańskie wulongi, japońskie specjały i nepalskie ciekawostki oraz bawiąc się w dopasowywanie czarek do podstawek przyniesionych przez Justynę, rozmawialiśmy o losie i samodoskonaleniu w kontekście I Cing czyli chińskiej Księgi Przemian… Dla jednych jest to księga wróżebna, dla innych niewyczerpana skarbnica refleksji o drodze człowieka szlachetnego. Myślę jednak, że krocząc Drogą Herbaty trudno tę księgę ominąć…

                        

Krótko po tym wydarzeniu wspólnie z Agatą postanowiłyśmy rozpocząć eksplorację poznańskich parków w celu doświadczania herbaty w mniej lub bardziej ekstremalnych warunkach plenerowych 😉 Moim, wciąż niezrealizowanym marzeniem, jest wypicie herbaty w przestrzeni cicho zasnutej śniegiem… Czekałyśmy na śnieg i czekałyśmy, ale ileż można czekać? Ostatnio jest jak jest…. W końcu zapadła decyzja, że niezależnie od pogody widzimy się na herbacie w niedzielę 14 stycznia w Parku Sołackim. Jakże tego dnia nie chciało mi się wstawać! Widząc za oknem szaro-bure chmury a na termometrze temperaturę bardzo bliską zeru zaczęłam usilnie szukać sposobu, by nie wyściubiać nosa na zewnątrz… a to jakoś głowa mnie rozbolała, a to trzeba zrobić porządek w pokoju, a to na ciepłej kurtce jest jakaś plama i jak ja się w takim stanie ludziom pokażę… Ale potem pomyślałam sobie, że nie mogę być takim mięczakiem i że Agata na pewno nie odpuści Herbacianej Terenówki, więc ubrałam się na cebulkę i czując się jak Pi i Sigma z Matplanety pojechałam na spotkanie. Ależ to było przyjemne spotkanie! 🙂 Jakże obłędnie smakuje herbata, której parujący dymek nad czarką jest w połowie jeszcze ciepły a w połowie już zimny… Jakże niesamowicie mieszają się ze sobą aromaty otaczających drzew, kamieni, wody, ziemi, zapachów zastygłych w powietrzu z aromatami herbacianymi…Podprażana hojicha, ubiegłoroczny Pan Ramiz oraz ubiegłoroczna nepalska Gold Buds pokazały jakie potrafią być smaczne w niskich temperaturach otoczenia 😉 I choć miałyśmy spory zapas wody, bo Agnieszka przyniosła jeden termos a Magda aż trzy 🙂 nie wykorzystałyśmy wszystkiego zbyt dotkliwie czując kostniejące palce rąk i nóg. Ponieważ zbyt często nie zdejmowałyśmy rękawiczek, tylko Agacie udało się pstryknąć telefonem dwie fotki 🙂

   

I jeszcze smaki i zapachy degustowanych w Parku Sołackim herbat pozostawały żywe w pamięci, gdy pojawiła się możliwość na kolejne spotkanie herbaciane. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności Ania była w okolicach Poznania, więc nie mogłam przepuścić niepowtarzalnej okazji na zorganizowanie spotkania z nią. I znów do Domu Herbaty Aromat zeszli się miłośnicy herbaty, by tym razem posłuchać wykładu Ani o wulongach oraz naczyniach do ich parzenia.

         

Z herbatami turkusowymi jest nie lada problem: jaki to kolor herbaty? Jak je poprawnie nazywać? Czy to herbaty szmaragdowe, turkusowe, niebieskie a może jednak czerwone? I czy te herbaty można nazywać oolongami, wulongami czy ulungami? No i jeszcze kwestia czy rozmawiasz z Chińczykiem czy Tajwańczykiem, bo o ile ci pierwsi nie przywiązują zbytniej wagi do precyzji klasyfikacji herbat, to dla drugich już np. Tie Guan Yin nie jest wulongiem czyli herbatą wytwarzaną z liści krzewów któregoś ze szczepów wulong, ale jest herbatą qing czyli turkusową a więc częściowo oksydowaną w procesie charakterystycznym dla wulongów. Warto zgłębić wiedzę w tym zakresie, by uniknąć, dość często występującej, arogancji w nazywaniu herbat qing czy wulongów np. herbatami czerwonymi, ponieważ za taką nomenklaturą idzie wolny wymysł zachodnich „miłośników” herbat, którzy najwyraźniej za nic mają źródła, z których pochodzą dane herbaty czym dają wyraz po prostu braku znajomości tematu. Naprawdę jest jeszcze wiele do nauczenia się i nauczenia innych o herbacie…

Jakiś czas temu przeczytałam na blogu Czajowni tekst, który przebrzmiewa we mnie do dziś; może dlatego, że to o czym pisze autor jest mi bliskie… Spotkania przy herbacie w towarzystwie innych ludzi, jak się okazuje – niezależnie od miejsca- to niepowtarzalne za każdym razem rytuały… Spotkania, gdzie nikt z nikim nie musi o nic walczyć bo wspólną radością jest niespieszne delektowanie się herbatą i rozmowa – dzielenie się wiedzą i doświadczeniem, słuchanie z szacunkiem opowieści innych, nawet śmiech, który rozluźnia i uszczęśliwia; pochylanie się nad czarkami z tym samym naparem w środku w poszukiwaniu nieznanych lub właśnie swojskich smaków i zapachów, i przyglądanie się drugiemu człowiekowi jak samemu sobie – w lustrze…

 

 

Nieoznaczone zdjęcia z Herbaty Noworocznej są autorstwa Agnieszki 🙂

Poznański Festiwal Herbaty Zaparzaj! czyli… skupienie na herbacie…

Następnego dnia po zakończeniu trzeciej edycji Poznańskiego Festiwalu Zaparzaj! obudziłam się pełna nowych pomysłów na kolejną odsłonę herbacianego święta… A jednak bardziej niż nowe idee zaparzajowe odczuwałam smutek, że tegoroczny Zaparzaj! już się zakończył, a przede wszystkim, że porozjeżdżali się moi herbaciani przyjaciele…

Czasami trudno jest pielęgnować radość, chociaż nawet jeśli to nie pozostanie, jest piękne, że było*…

Piękne było, że w ogóle udało się nam tegoroczny Zaparzaj! zorganizować, pomimo różnych przeciwności losu, z jakimi zmagał się każdy z organizatorów 😉 Zaangażowanie, z jakim garstka ludzi dobrej woli: Macio, Darek, Michał, Hania, Ania, Agata, Czarek, Ewa, Krzysiek, Maciej i Kwietna oraz nasi najwspanialsi na świecie wolontariusze, działała na Zaparzaj! jest jedną z najpiękniejszych i najradośniejszych rzeczy jakie miałam przyjemność i zaszczyt współ-przeżywać 😉 Jestem też pełna wdzięczności dla wszystkich zaparzajowych prelegentów, którzy z zaangażowaniem i pasją dzielili się swoją niebywałą wiedzą i przebogatym herbacianym doświadczeniem, oraz dla wystawców, dzięki którym zapasy herbaciano- ceramiczne powinny nam na jakiś czas wystarczyć 😉

Piękne było to, że do Poznania zjechali naprawdę wybitni herbaciarze i ceramicy herbaciani; że pogoda się nam w miarę udała, a kiedy się nie udawała krzyżując plany zaparzania na trawie, to okazało się, że można zaparzać herbatę w innej przestrzeni a napary smakują nowymi doznaniami…

Piękne było to, że widziałam całą masę uśmiechniętych, zadowolonych twarzy, słyszałam słowa: ten festiwal pokazał mi herbatę w innym świetle; nie wiedziałam, że herbata może być tak różnorodna i fascynująca…

Piękne było też to, że zostałam zmuszona do parzenia herbaty, co stało się dla mnie nowym i jakże niezwykłym doświadczeniem herbacianym…Tak powstał punkt zaparzajowego programu: „Skupienie na herbacie”, którego ideą było przygotowanie herbaty dla kameralnego grona osób i niespieszna degustacja unikatowej herbaty hei cha skoncentrowana na wsłuchaniu się w smak i zapach herbaty i świadomym docenieniu cha xi. Aranżacja przestrzeni herbacianej była przeze mnie i Roberta przygotowana na długo przed Festiwalem; użyliśmy kilku elementów, którymi chcieliśmy m.in. wyrazić wdzięczność dla Mistrza Rong Tre, który ręcznie wykonuje bambusowe miarki/ prezentery herbaciane czy podziękować za podkładkę herbacianą od pani Hiromi oraz japońskie podstawki pod czarki, które wspaniale współgrały z przeznaczonymi dla gości delikatnymi czarkami z chińskiej porcelany oraz czajniczkiem wykonananym przez Mistrza Xiao Shan z Jingdezhen.

Tajwański termos do herbaty był kolorystycznie pasującym elementem do kompozycji a na dodatek sam w sobie jest przedmiotem ciekawym i całkiem funkcjonalnym.

Każdy element miał swoją historię i znaczenie. W ostatniej chwili dodaliśmy element polski – lniany obrus oraz aranżację roślinną, którą spontanicznie skomponował Robert na fragmencie dachówki z mchem i delikatnymi kwiatkami. Element roślinny pojawił się także, gdy okazało się, że nie mamy do dyspozycji szpilki herbacianej czyli pałeczki do zgarniania liści do czajniczka; wtedy Robert znalazł gałązkę uroczo zakończona listkami i meleńkimi pączkami kwiatów…

Te 20 minut skupienia na herbacie były dla mnie wyjątkowym momentem absolutnego wyciszenia, skoncentrowania się na każdym ruchu, na każdym dźwięku płynącym z przygotowania herbaty; to był czas, kiedy zapomniałam o wszystkim co mnie otacza poza salką, w której parzyłam herbatę, Robertem, który opowiadał o ceremonii i gośćmi słuchającymi i smakującymi napar…I myślę, że mogę powiedzieć, iż ten czas skupienia, bez hałasu, bez zbędnych słów, bez muzyki był dla mnie najbardziej intensywnym doświadczeniem herbacianym. Była to swoista medytacja przy herbacie, która dała mi dużo spokoju i radości… Tym bardziej było to dla mnie zaskakujące, że zwykle przy herbacie dużo rozmawiam i się śmieję…

   

I teraz, gdy o tym myślę – już dwa tygodnie z hakiem po zakończeniu Festiwalu – dochodzę do wniosku, że dla mnie osobiście, ten moment skupienia się na herbacie był kwintesencją Zaparzaj! – zdystansowanie się do zgiełku otaczającego świata i pełna koncentracja na smakowaniu herbaty. I chyba rzeczywiście tegoroczna edycja Festiwalu Herbaty była mniej dynamiczna niż jej poprzednie wydania…Najwyraźniej Zaparzaj! jak herbata nieustannie pokazuje inne oblicza…

Dość wyraźnie brzmi we mnie radość z przeżytego święta i spotkania się ze znajomymi herbaciarzami z całej Polski; radość z nowych znajomości z ludźmi, którzy z zachwytem odkrywają świat herbaty…zadowolenie i poczucie szczęścia przeplatają się wciąż z doświadczeniem smutku i utraty po wyjeździe herbacianych przyjaciół… ale o tym trzeba zapomnieć, bo…Zapominanie jest wyrazem duchowej dyscypliny i ma coś wspólnego z podążaniem dalej. Daodejing (Tao-te-king) powiada, że Mędrzec nie zatrzymuje się przy swoim sukcesie, idzie natychmiast dalej. Oczywiście, to samo odnosi się także do niepowodzenia i do pragnienia bycia pamiętanym. Ty też pogódź się z tym, że czasem mylnie Cię oceniają, i idź dalej. Bywamy, z niewyjaśnionych powodów, wikłani w szczęśliwe okoliczności i tak samo w nieszczęśliwe. Zgodzić się trzeba na obydwa ich rodzaje. I zaniechać pytania: Dlaczego? Albowiem każda odpowiedź jest ucieczką przed tym, co jest i co działa.

 

Z całego serca dziękuję Ani i Marcinowi Bohdziewiczom za zdjęcia dokumentujące momenty skupienia na herbacie ❤

*wszystkie cytaty: B.Hellinger

 

 

 

Anji Bai Cha w drewutni ;)

Wspomnienie sprzed roku odświeżone jakiś tydzień temu…
– O, postawiłeś pawilonik herbaciany!? – wykrzyknęłam przystanąwszy ze zdumienia.
– Pawilonik herbaciany? – zdziwił się Tata – Nie, to drewutnia.
– Jaka drewutnia? Toż to idealne miejsce na ceremonię herbacianą – mówiłam przejęta. Czułam jak ta drewniana budowla jest przepełniona spokojem i dobrą energią. Całe otoczenie wokół: rosnące w siłę sosny, kamienie, młoda trawa, cisza dookoła mącona tylko delikatnymi podmuchami wiatru – to wszystko samo z siebie czyniło to miejsce idealnym do wyciszonego przygotowania herbaty. Oczami wyobraźni widziałam, jak w słoneczny, ciepły dzień siedzę pod spadzistym daszkiem i niespiesznie przygotowuję herbatę… – O, nawet są dzwonki wietrzne! – zawołałam.
Weszliśmy do domu a ja obiecałam sobie i Tacie, że gdy tylko przyjadę tu następnym razem i będzie ciepło – koniecznie zaparzę herbatę w tym cudownym pawiloniku herbacianym…

Kilka miesięcy później znów stanęłam przed drewutnią. Powietrze pęczniało ciepłem ukołysane ciszą i subtelnym wiaterkiem. Dzwonki wietrzne pobrzękiwały jakby od niechcenia, rozleniwione letnim popołudniem… Uśmiechnęłam się do siebie, bo czas i okoliczności dopasowały się do miejsca – idealne warunki, by napić się herbaty…

   

Nastawiłam wodę na herbatę. Tymczasem Tata znalazł kawałek wykładziny, który idealnie pasował do położenia na betonowej podłodze pawiloniku herbacianego. Przyniosłam i rozstawiłam swoje utensylia do herbaty. Dostałam w prezencie mały wazonik, do którego wstawiłam stokrotkę – kwiat, który zawsze kojarzy mi się z lekkością, beztroską i radością; chciałam, by tego dnia chwile przy herbacie pod dachem drewutni takie właśnie były…

W pudełku miałam ze sobą kilka herbat, ale wybrałam Anji Bai Cha… Pierwszy raz tę herbatę spróbowałam zaparzoną przez Roberta – oryginalna Anji Bai Cha pochodząca z chińskiego regionu Anji w północnej prowincji Zheijang ze zbiorów w 2015 roku. Wspomnienie tego smaku – lekkości, subtelnej słodyczy naparu, niezmiennie wywołuje uśmiech na mojej twarzy. To była dobra herbata dobrze zaparzona. Rok później piłam Anji Bai Cha przywiezioną przez Jarka – świeża, aromatyczna, choć zdawała mi się bardziej wyrazista niż ta, którą poczęstował mnie Robert. A teraz byłam w posiadaniu Anji Bai Cha od Wojtka.

Usiadłam po turecku przed naczyniami herbacianymi. Woda przestygła do odpowiedniej temperatury… Pierwszy napar był łagodny – herbata zdawała się być jeszcze nie w pełni obudzoną i tylko nieśmiało ujawniała świeże trawiasto-kwiatowe akcenty.

         

Następne napary pozostały łagodne, ale każdy kolejny dawał jakby więcej słodyczy… Cieszyłam się, że nawet Tacie smakuje… 🙂

Nigdzie się nie spiesząc z maleńkich czareczek spijaliśmy napar kojąco zrównoważony…

I taka oczywista oczywistość mocno zakiełkowała w świadomości: delektowanie się herbatą to nie tylko odnajdywanie subtelnych smaków ukrytych w naparze… to uspokojenie wewnętrznego rozedrgania; to nabranie dystansu do problemów, do których i tak trzeba będzie wrócić po ostatnim łyku herbaty; to rozrastająca się w duszy i ciele radość, że jest się w tym konkretnym miejscu, w tym konkretnym czasie i właśnie z tymi ludźmi, z którymi z wdzięcznością można dzielić to wewnętrzne przeżycie… Delektowanie się herbatą to szczęście w najczystszej postaci… 🙂

Tak, tym wpisem ocalam to wspomnienie od zapomnienia, ponieważ gdy niedawno mogłam znów odwiedzić mój pawilon herbaciany, wyglądał on tak:

Cóż, oby do lata; mam nadzieję… 🙂

p.s. O Anji Bai Cha można też poczytać:
http://cha-herbata.blogspot.com/2014/10/anji-bai-cha-z-prowincji-jiangxi.html
http://mycupofgreentea.blog.pl/2016/12/10/rozne-odslony-herbaty-cz-33-anji-bai-cha-czyli-nietypowa-chinska-zielona-herbata/
http://cappy-bara.blogspot.com/2015/05/an-ji-bai-cha-2015.html

Wu Yi Yan Cha czyli Ogrody Świata w Berlinie…

Na drugi dzień po zakończeniu Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! pojechałam do stolicy Niemiec. W Berlinie zakochałam się od pierwszego spojrzenia na to miasto z okien pociągu 🙂
Właściwie celem była wioska pod Berlinem, spotkanie z Ciotką, relaks, odpoczynek, zapomnienie o stresie pofestiwalowym 😉 zapomnienie o wszystkim choć na kilkanaście godzin 😉 Pobyt był krótki acz intensywnie odstresowujący i jestem przeszczęśliwa, że mogłam odwiedzić miejsce, które na długo zostanie w mojej pamięci jako obraz spokoju i dobrostanu, miejsce w duchu iście herbacianym: Ogrody Świata w Berlinie.

Ogrody Świata położone są w dzielnicy Marzahn a historia powstania tego urokliwego miejsca sięga czasów enerdowskich i związana jest z przygotowanym w 1987 roku przez berlińskich ogrodników przeglądu ogrodniczego w ramach obchodów 750-lecia Berlina. Niewielki projekt ogrodniczy przeszedł w 1990 roku – po zjednoczeniu Niemiec – ogromne zmiany stając się Parkiem Wypoczynkowym Marzahn, by w 1997 roku zacząć przeobrażać się w kompleks kilku najsłynniejszych ogrodów. Podobno Ogrody Świata były prezentem dla Berlińczyków, zwłaszcza tych, którzy nie mogą wybrać się na zwiedzanie świata. Na około 21 hektarach powstały piękne Ogrody: Chiński, Japoński, Balijski, Orientalny, Włoski, Koreański czy Chrześcijański, a każdy z niezwykłą dbałością prezentuje normy wymagane w danym stylu ogrodnictwa i rośliny z danego zakątka świata…

Pierwszym ogrodem, jaki zaczęłyśmy z Ciocią zwiedzać, był Ogród Orientalny; wchodziło się do niego przez salę z drewnianymi, ręcznie rzeźbionymi kolumnami. Ten Ogród miał być odzwierciedleniem raju…

20120102_001942   20120102_002014   20120102_002047   20120102_002115   20120102_002451   20120102_002634   20120102_002807   20120102_002823   20120102_002839
Po dalekowschodnich, egzotycznych doznaniach przeszłyśmy się po prostu po Parku…
Przestrzeń Ogrodów Świata jest pełna uroczych zaułków, gdzie pod drzewkiem limonkowym można przysiąść, wystawić twarz do słońca i posłuchać jak dziwaczna fontanna gra wodne melodie pod batutą lekkiego wiatru…

20120102_004051   20120102_004406

Potem poszłyśmy dalej…Minęłyśmy Ogród Angielski, który aktualnie jest w budowie, hamak na którym w pozycji horyzontalnej można podziwiać przesuwające się leniwie chmury, i doszłyśmy do Labiryntu…
Labirynt, przed którego wejściem stanęłam, był wzorowany na labiryncie przy Pałacu Hampton Court pod Londynem oraz na labiryncie-mozaice podłogowej w Katedrze Notre-Dame de Chartres we Francji. I choć oba labirynty, które posłużyły za wzór mają motyw wspólny – podążanie ścieżką życia, by odnaleźć środek (mnie na myśl przyszedł środek jako głębia, istota życia, ale i horacjański złoty środek…) – to są zupełnie inne w rodzaju dróg, które do owego środka prowadzą: mozaikowy labirynt we francuskiej katedrze ma tylko jedną drogą prowadzącą do centrum labiryntu, natomiast angielski labirynt zbudowany z wysokich, nieprzeniknionych żywopłotów z cisów jest pełen ślepych zaułków i zmusza użytkownika do nieustannych zmian kierunków…
Nie ważny cel, ważna droga… Czy aby na pewno? Z tymi wątpliwościami zrobiłam pierwszy krok do labiryntu…

20120102_005712   20120102_005750
Dość szybko udało mi się dojść do środka, gdzie znalazłam ławeczki i centralnie posadzone drzewko miłorzębu oraz kręte schodki na platformę, z której można było z ptasiej perspektywy popatrzeć na labirynt, który właśnie się przeszło i kawałek samego parku. Popatrzyłam i już wiedziałam, że po wyjściu z labiryntu kolejne kroki skieruję w stronę kamiennych lwów.

20120102_010248   20120102_010404

Okazało się, że kamienne lwy strzegły wejścia do Ogrodu Chińskiego…

20120102_011436   20120102_011507   20120102_011458   20120102_011652

Nie spodziewałam się, że w Ogrodzie Chińskim będzie herbaciarnia… 😀

20160928_145500
Usiadłyśmy więc z Ciocią przy stoliku niedaleko strumyka. Po chwili przyszła śliczna Chinka i przyjęła od nas zamówienie na herbatę.
Moja Ciocia zamówiła dla siebie herbatę chryzantemową. Dostała ją w porcelanowym gaiwanie Gdy zajrzałam do środka, prócz kwiatów chryzantemy dopatrzyłam się także jagód goi oraz jakichś – nie znanych mi – owoców. Byłyśmy też trochę zdumione, że do tej herbatki nie podano ani chahaia ani czarki, ale podająca herbatę pani, poinstruowała jak pić napar bezpośrednio z gaiwana. Tak, spróbowałam tego napoju i… była bardzo smaczny 🙂

20120102_012945   20120102_012835   20120102_013615
Ja miałam ochotę na jakiegoś oolonga i mój wybór padł na Wu Yi Yan Cha…O słynnych herbatach z gór Wu Yi trochę słyszałam od Wojtka i od Roberta; trochę też takich skalnych herbat wypiłam zdobywając doświadczenie, że nie każda herbata sygnowana pochodzeniem z Wu Yi Shan jest gatunkowo dobra lub bardzo dobra. Tej, którą zamówiłam, daleko było do pierwszej ligi. Liście nie były zwinięte, więc raczej powinni napisać, że to pouchong niż oolong, drobne i w większości uszkodzone; oksydacja – może jakieś 30%?

20120102_013656   20120102_012933   20120102_013109
Cóż z tego, że liście nie były najlepsze z najlepszych? Słodki aromat miodu gryczano-akacjowego uderzył w moje nozdrza gdy zaparzałam tę herbatę za pierwszym, drugim, trzecim a także za piątym razem… W smaku dominująca jedwabista nuta orchidei otulała moją duszę spokojem i radością… I może nie była to herbata wybitnej jakości, ale dzięki niej, z każdym kolejnym łykiem rozkwitała we mnie lekkość i wdzięczność; zgiełk świata oddalał się ode mnie i bladły problemy i kłopoty, które niczym kulę u nogi przytargałam ze sobą do Berlina…
Popijając swoje napary rozmawiałyśmy…niespiesznie dotykałyśmy tematów bolesnych, ale i radosnych… tak można rozmawiać tylko przy herbacie…
To wtedy, pomiędzy kolejnymi parzeniami, gdy wietnamskimi słodyczami, które jakimś cudem znalazły się w moim plecaku, karmiłam tyleż śmiałe co urocze niemieckie wróbelki-elemelki postanowiłam, że zmieniam wcześniej ustalony plan dnia. Przyjeżdżając do Berlina bardzo chciałam odwiedzić obie herbaciarnie P&T Paper and Tea – i tę w dzielnicy Mitte i tę w Charlottenburgu. Nie chciałam jednak przerywać tego niespiesznego nastroju, rozmowy z Ciocią – tego wspólnego bycia razem i herbaty… Odpuściłam sobie presję zaliczania wcześniej zaplanowanych punktów. Co ważniejsze: droga czy cel?

20120102_012753   20120102_013334   20160928_153719
Gdy Wu Yi Yan Cha oznajmiła, że więcej nie zamierza obdarzać mnie swoimi słodkimi smakami, poszłam jeszcze kupić sobie tej herbaty na drogę – byłam ciekawa, jak ta herbata będzie smakowała pod polskim niebem… Wnętrze herbaciarni zachwyciło mnie…:)

20160928_153118   20160928_153054   20160928_153137   20160928_153145   20160928_153212   20160928_153309   20160928_153328   20160928_153352   20160928_153605
Gdy opuszczałyśmy chińską herbaciarnię i kierowałyśmy się do Ogrodu Japońskiego akurat wyszło słońce. Piękny dzień…:)

20160928_154234

W drodze do Ogrodu Zen zwiedziłyśmy Ogród Chrześcijański, którego przestrzeń wyznaczał płot utkany ze słów ze Starego i Nowego Testamentu. Ten Ogród wydał mi się ciasny i za bardzo…hmm… rozgadany… wszędzie tylko słowa i słowa…

20160928_154559   20160928_154545   20160928_154522

Przeszłyśmy także wzdłuż Alei Bajek – rozbawiły mnie te słodkie, kiczowate postacie, które znałam z dzieciństwa…

20160928_154843   20160928_154910   20160928_154938   20160928_154953

Ogród Japoński tchnie spokojem… W tym Ogrodzie, który powstał dzięki współpracy Berlińczyków i Tokijczyków, główną rolę odegrał japoński projektant ogrodów i mnich zen w jednej osobie – Shunmyō Masuno; to on w dostępną sobie przestrzeń przeniósł klasyczne elementy sztuki japońskiej (odpowiedni układ kamieni, wodospad oraz pawilon herbaciany) odzwierciedlające filozofię zen, jak również posadził w ogrodzie japońskie rośliny takie jak klon japoński czy dereń kwiecisty stwarzając tym samym miejsce do cichego podziwiania i kontemplowania piękna natury… Nazwa Ogrodu-YUU SUI TEI oraz pawilonu herbacianego- NYO SUI TEI korespondują z ideą: spokój jest dostępny wszystkim ludziom…

20160928_155508   20160928_160109   20160928_160038
Siedząc przy cicho szemrzącym strumyku czy na bambusowej ławce i podziwiając pieczołowicie zagrabiony biały żwir – miałam poczucie, że czas nie istnieje a tylko ta chwila, w której mój wzrok zatrzymał się na fali drobnych kamyczków… Trwaj chwilo, jesteś piękna – szeptałam w myślach… na szczęście diabeł się nie zjawił…;)

20160928_161004   20160928_161549   20160928_160928
Ostatnim ogrodem, który odwiedziliśmy było Ogród Koreański zwany też Seulskim ponieważ był prezentem dla Berlina od Miasta Seul. Ten Ogród zrobił na mnie wrażenie masywnego, zwartego i zbitego, tajemniczego i pełnego duchów…

20160928_161759   20160928_161836   20160928_162318   20160928_161857   20160928_161958

Przeszłam tam przez cztery dziedzińce otoczone murami, chwilę przyglądałam się niedostępnemu pawilonowi nad wodą, zastanawiałam się dlaczego w Ogrodzie Koreańskim tak mało roślinności a tak dużo drewna i kamienia, i długo przypatrywałam się kamiennym figurkom próbując porozumieć się z zaklętymi w nich duchami. Podobno wywodzą się one z wierzeń ludowych i ustawiane były przy wjeździe do wioski, przy ulicy, przy bramie zamkowej czy świątynnej. Po koreańsku zwane Beoksu (czyt. Poksu) lub Jang Seung (czyt. Dziang Syng) symbolizowały duchy opiekuńcze wioski lub świątyni; używane były także jako kamienie milowe lub graniczne…

20160928_162355   20160928_162920   20160928_163136   20160928_163157   20160928_163312

Mam cichą nadzieję, że moje gorliwe kłanianie się koreańskim opiekuńczym duchom pomoże mi iść dalej dobrą herbacianą drogą do dobrego celu… 😉

Dziękuję Łukaszowi, za tłumaczenia informacji o elementach Koreańskiego Ogrodu 🙂

Pisząc o swojej wyprawie do berlińskich Ogrodów Świata zajrzałam też tutaj:

http://www.berlimix.net/parki_ogrody_swiata.php

http://www.museumsportal-berlin.de/pl/muzea/garten-der-welt-im-erholungspark-marzahn/

http://berlin-vel.pl/erholungspark-marzahn

http://www.krajoznawcy.info.pl/ogrody-swiata-w-berlinie-33293

http://www.ogrodowisko.pl/watek/6054-berlin-ogrody-swiata-park-i-ogrod-botaniczny-w-jednym

http://kolumber.pl/g/147004-Ogrody%20%C5%9Awiata%20-%20Marzahn%20w%20Berlinie

http://www.architekturakrajobrazu.info/ogrody-i-parki/44-ogrody-wiata/2333-marzahn-garten-ogrod-w-sercu-berlina

https://sevencups.com/learn-about-tea/famous-chinese-tea/about-wu-yi-yan-cha/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Hampton_Court

https://mekeke1969.wordpress.com/2010/04/18/labirynt-w-chartres/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Katedra_w_Chartres