Wonder Tea wieczorową porą…

I aż odkładam książkę, którą jeszcze kartkuję, by w pobieżnie przeczytanych teraz fragmentach raz jeszcze przypomnieć sobie ten świat opisany, raz jeszcze spróbować zapamiętać słowa, których artyzm oszałamiał mnie podczas lektury i budził zazdrość – jak pięknie można pisać…

Wychodzę na balkon zwabiona ciepłym kolorem zachodzącego słońca, które miękko kładzie się na parapecie. Ciepło. I delikatny wiatr, który zmęczone piski dzieci bawiących się na podwórku unosi na północ…Taki spokojny wieczór, w którym zatrzymujesz się z uśmiechem…

Niespiesznie wracam do mieszkania; w kuchni stawiam wodę na gaz. Gdy woda bulgocze w czajniku wynoszę na balkon poduszkę do siedzenia, rozkładam słomkowe podkładki, na które stawiam czajniczek i czarkę. Bo dlaczegóż by nie uczcić tego pięknego wieczoru czarką dobrej herbaty pierwszy raz w tym roku wypitej na świeżym, wiosennym powietrzu?

A więc mój wybór nie mógł paść na żadną inną, jak tylko na czarną nepalską Wonder Tea z Nawa Arya Tara T.E. zakupioną w čajografii… Świeżość kwiatów, łagodna soczystość jędrnych liści… w oczekiwaniu na tegoroczne Darjeelingi – idealna…

20160327_182119

I w cieple leniwego wieczoru uśmiecham się do wszystkich tych wiosenności, które wybuchają oszałamiającymi tonami ze świeżo zaparzonego naparu…

20160327_182501

„Pamiętny dzień. Było południe. Za oknem wielkie chmury sunęły nad Katedrą. W klasie sennie. Stalówką umaczaną w tuszu rysowałem w zeszycie żaglowiec, trochę z nudów, trochę tak sobie, dla przyjemności, żeby był i dobrze wyglądał, i właśnie wtedy, koło dwunastej, kiedy z daleka zaczęły dobiegać pierwsze dźwięki bijących dzwonów Katedry, usłyszałem jedno z ważniejszych pytać mojego życia. J., który siedział za mną, zajrzał mi przez ramię, popatrzył na mój żaglowiec, po czym ziewnął: >>Coś ty głupi, chce ci się?<<
Żaglowiec był udany, więc tylko się skrzywiłem, ale po chwili poczułem, że uszy mi czerwienieją. Pióro chciało mi wypaść z palców. Bo co właściwie oznaczało to pytanie? Byłem naiwny i nie znałem się na rzeczy – jak tamci maniacy, od szwabskich łazienek, łaźni i porcelanowych sklepów? Sprawdzać kilka rodzajów glazurowanych płytek z białym i niebieskim wzorkiem, a potem godzinami robić szlaczek, przytwierdzać rozety, modelować gzymsy? Po co? Czy nie lepiej nakleić na ścianę kafelki, jakie są pod ręką, albo grubo zamalować tynk na olejno, zrobić wysoką lamperię farbą o niebrudzącym odcieniu, górę (razem z sufitem) pociągnąć klejówką – pod kolor, a potem leżeć do góry brzuchem na tapczanie, spać, przeciągać się, ziewać, wałęsać się po ulicach i kopać puszkę czubkiem buta?
Bo właściwie dlaczego nie żyć byle jak?
Tak jak na przykład pan W. albo pan Z.?
Poczułem się paskudnie. Więc może należało dać sobie spokój z rysowaniem żaglowców? Więc przyłapano mnie?
(…)
Bo może rzeczywiście nie warto chcieć?…”*

Ale w świetle zachodzącego słońca, które złotymi refleksami łaskotało herbatę w czarce, nie mogłabym na to pytanie odpowiedzieć twierdząco… 🙂

20160327_183503

* cytat pochodzi z książki Stefana Chwina, Krótka historia pewnego żartu

Herbata Noworoczna czyli wspaniałe spotkanie herbaciane :)

Gdybym miała wybrać, czy wolę pić herbatę w samotności czy z innymi ludźmi…byłoby mi ciężko 🙂 Samotna degustacja jest formą medytacji i wówczas w pełni przejawia się powiedzenie, że herbata pomaga zapomnieć o zgiełku świata…Ten rodzaj wyciszenia pozwala odzyskać wewnętrzną równowagę i w skupieniu odkrywać całą złożoność danej herbaty. Ale picie herbaty z innymi umożliwia poszerzenie spektrum swoich doznań smakowych poprzez konfrontacje z innymi, z ich odczuciami i doznaniami. Gdy takiej degustacji towarzyszy ożywiona, wartka rozmowa, gdy można podpatrzeć jak zaparzają herbatę inni, co inni o danej herbacie mówią – to jest to herbaciane spotkanie ze wszech miar ubogacające…i uwielbiam w takich spotkaniach uczestniczyć 🙂

Aby zorganizować spotkanie herbaciane potrzeba tylko małego pretekstu 🙂 Kilka miesięcy temu taki pretekst się pojawił: przyjazd Ewy do Polski. Postanowiłyśmy spotkać się w Warszawie przy herbacie: Ania z Piewców Teiny, Ewa i ja. To postanowienie ewoluowało i z pomysłu na babskie spotkanie przeistoczyło się w… Herbatę Noworoczną. Ponieważ byłam na miejscu, siłą rzeczy wzięłam sprawy w swoje ręce, i muszę również przyznać, że organizowanie tego spotkania sprawiło mi to dużo przyjemności. Chociaż – jak to zwykle bywa – wiele rzeczy potoczyło się samych, także tych mniej pożądanych jak na przykład choroba Ani, powodując, że ostatecznie Ania na spotkanie nie dotarła. Niestety 😦 Samo życie…

Od samego początku ideą spotkania przy Noworocznej Herbacie było zaparzenie swojej ulubionej, lub pod innymi względami szczególnej, herbaty z życzeniami dla osób, dla których ową herbatę będzie się przygotowywało. Pomyślałam sobie, że Nowy Rok to doskonała okazja, by z herbaciarzami napić się herbaty, opowiedzieć o niej (a więc wzbogacić swoją wiedzę) i wysłać trochę dobra w świat właśnie poprzez pozytywną siłę życzeń w postaci dobrych słów 🙂

Pod wpływem takiej a nie innej konfiguracji wydarzeń Herbata Noworoczna odbyła się w Restauracji i Galerii Koreańskiej Onggi a parzących osób było 5. Pomyślałam sobie, że trzeba zachować pewien porządek i hierarchię parzenia i dlatego najpierw herbaty przygotowywały mniej doświadczone osoby a później mistrzowie. Ponieważ mistrzów było dwoje – Ania Włodarczyk (autorka bloga Morze Herbaty) oraz Robert Tomczyk (autor „Zapisków o herbacie” – biblii każdego szanującego się herbaciarza 🙂 ), została przyjęta zasada dżentelmeństwa, że panie parzą przed panami.

Pierwsza parzyłam ja. A wspierała mnie w tym Agata. Tak naprawdę dzień wcześniej postanowiłyśmy, by razem zaparzyć herbatę, choć każda z innego względu. Wybrałam czarną/ czerwoną herbatę nepalską Gold Buds przedstawioną mi właśnie przez Agatę na Poznańskim Festiwalu Herbaty Zaparzaj! O tej herbacie pisałam już w poprzednim poście. Zanim rozpoczęła się Noworoczna Herbata rozmawiałyśmy z Agatą, jak lepiej zaparzyć Gold Buds i zgodnie doszłyśmy do wniosku, że ta herbata zyskuje przy dłuższym parzeniu, więc taki optymalny dla niej czas to 3-4 minuty. Ponieważ ta herbata ma bardzo delikatne liście, uznałam, że lepiej potraktować ją lekko przestudzoną wodą i zaparzyć ją sposobem, który zaobserwowałam u czajmanów z wrocławskiej Czajowni – parzę w szklanym dzbanku, z którego potem przelewam do czajniczka skąd napar już bezpośrednio trafia do czarek. Ponieważ było sporo osób a ja nie dysponuję dużymi czajnikami, herbatę zaparzałam w dwóch czajniczkach…nie wiem, jak ja to zrobiłam, ale udało się i wszyscy degustowaliśmy herbatę w tym samym czasie. Podczas gdy ja bawiłam się z herbacianym naparem, Agata opowiadała o Gold Buds – o plantacji Guranse, z której ta herbata pochodzi, a którą Agata odwiedziła dwa lata temu; o panu Andrew, który jest właścicielem tej plantacji i o jego zaangażowaniu w produkcję herbaty…Jak zwykle Gold Buds nie zawiódł i mogliśmy delektować się wyjątkowo aromatycznym, słodowo-drzewnym naparem, potem zrobić drugie parzenie a potem podziwiać duże, piękne liście tej niezwykłej herbaty…Myślę, że wybór tej herbaty na intencjonalną Herbatę Noworoczną, był dobry wyborem bo Gold Buds pochodzi z plantacji, na której uprawia się herbatę z miłością i uważnością… i właśnie uważności – skupienia i dyscypliny w przygotowywaniu herbaty, w każdej codziennej czynności, w relacji z innymi ludźmi życzyłam wszystkim uczestnikom spotkania przy Noworocznej Herbacie…

1TMG2015  2_EWA0053   3TMG2015 (2)   4K20D8034_small

Parzyć i opowiadać o Gold Buds mogłybyśmy zapewne dłużej, ale trzeba było trzymać się planu spotkania, więc szybciutko posprzątałyśmy naczynia, zebrałyśmy czarki, a gdy na kuchence gazowej powoli grzała się nowa porcja wody, do parzenia szykowała się już Ewa. Autorka bloga Herbatniczek przygotowała dla nas herbatkę ze złocienia czyli z suszonych kwiatków Chrysanthemumopisaną szczegółowo tutaj: https://herbatniczek.wordpress.com/2015/11/18/trzy-herbatniczkowe-lata-herbata-ze-zlocienia/. Podziwialiśmy słodki, ziołowy, trochę podobny do rumiankowego, smak naparu, a ponieważ Chińczycy wierzą, że chryzantema jest symbolem pomyślności i długowieczności, my degustując złocieniowy napar w duchu cieszyliśmy się, że oto zostaliśmy „skazani na długowieczność”.

5K20D8060_small   6K20D8062_small   7TMG2015 (8)   8K20D8066_small

Kolejny herbaciany poczęstunek należał do Ani, która dała nam pokaz parzenia gong fu cha. Były malutkie czajniczki i maleńkie czareczki z niucharami na podstawkach. A do degustacji dwa oolongi. Jeden o nazwie Ding Guiji. Ania wyjaśniła, że „Ding” jest przypuszczalnie skrótem od nazwy miejsca: Dongding, natomiast „Guiji” znaczy „cesarska konkubina” – może dla zaznaczenia wyjątkowej urody, aromatyczności herbaty 😉 O tej herbacie wiadomo niewiele. Jak mówi Ania, prawdopodobnie była to herbata tożsama z Dongding Guiji Wulongiem, czyli mocno oksydowanym oolongiem wytwarzanym w Dongding na Tajwanie od późnych lat 90. Drugą herbatą była czerwona Alishan, o której szczegółowo Ania pisała na swoim blogu: http://morzeherbaty.pl/2013/10/kolory-alishana/

9K20D8084_small   10K20D8101_Small   11TMG2015 (15)   12K20D8117_small   13TMG2015 (11)   14TMG2015 (12)

Te dwie herbaty były do siebie podobne, choć dla mnie ciekawsza, bardziej wyrazista, aromatyczniejsza była „cesarska konkubina”…Większość z nas, degustujących tę herbatę była zgodna, że Ding Guiji kojarzy się ze świętami Bożego Narodzenia 😉 – ma w sobie przyjemne, ciepłe korzenne nuty, czekoladowo – pomarańczowe posmaki, które właśnie przywodzą na myśl świąteczną aurę. Ale niektórzy opowiedzieli się za czerwonym Alishanem zachwycając się jego miodowymi aromatem. Jedną cechę herbaty parzone przez Anię mają wspólną: przy uprawie obu udział mają owady z gatunku Jacobiasca formosana, dzięki którym liście są bogate w związki aromatyczne, dające charakterystyczny, wyrazisty słodki smak naparu. Ania mówi, że to herbaty „robaczkowe”.

Jako ostatni zaparzał Robert dedykując swoje parzenie Mistrzowi Lu Yu, bo gdyby nie Mistrz Lu Yu nie byłoby herbaty i naszego spotkania herbacianego! Dlatego też specjalnie dla nas Robert otworzył chińskie herbaty pochodzące z miejsca, w którym Lu Yu spisał Księgę Herbaty. Ta sama herbata: Guzhu Zisun – z niewielkiej plantacji, ręcznie zbierana i prezentowane tylko przyjaciołom – w dwóch odsłonach: zbiór sprzed święta jasności i drugi zbiór po święcie jasności. Ale Robert – przekornie – postanowił zaparzyć je w odwrotnej kolejności jak były zbierane…I choć obydwie herbaty zachwycały pięknymi liśćmi podziwianymi przez nas w szklanym dzbanuszku, choć obie dały uroczo łagodny, przesiąknięty delikatnymi kwiatami napary, to jednak pierwszy zbiór był – moim zdaniem –ciekawszy gdyż bardziej aromatyczny i złożony.

15K20D8124_small   16K20D8125_small   17TMG2015 (19)   18TMG2015 (24)   19K20D8154_small   20K20D8130_Small

Na koniec Robert w delikatnym porcelanowym hohinie zaparzył wyselekcjonowane Gyokuro z Uji Tawahara, zbierane ręcznie przez panią Okumurę – nauczycielkę herbaty sencha-do. Nie piłam zbyt wiele tej herbaty w swoim życiu, ale tylko gyokuro parzona przez Roberta ma…metafizyczny smak 🙂 Jest tak idealnie zaparzona: temperatura wody, ilość liścia w naczyniu, czas parzenia…za każdym razem gdy spijam z czarki krople przygotowanej przez Roberta gyokuro mam wrażenie, że moja świadomość przenosi się w inne wymiary a dusza odzyskuje równowagę i harmonię…Uświadamiam sobie również, jak trudno jest mi charakteryzować gyokuro Roberta – każdy łyk tej herbaty jest swoistą medytacją, w której słowa przestają znaczyć cokolwiek stając się balastem, który zostaje samoistnie odrzucony bo dusza nie potrzebuje słów by wiedzieć, że obcuje z idealnym pięknem…

21_EWA0155

Tak, gyokuro Roberta była właściwą herbatą na pożegnanie…

Po spotkaniu przy Noworocznej Herbacie mogę powiedzieć, że herbata pita z innymi ludźmi, zwłaszcza tak wyjątkowymi jak uczestnicy Noworocznej Herbaty…smakuje wybornie. I zdecydowanie poszerza horyzonty 😀

22K20D8162_Small

Na koniec…

Chcę przede wszystkim podziękować Panu Kimowi – który udostępnił piękne, przepełnione herbacianym duchem miejsce – Restaurację i Galerię Koreańską Onggi oraz uraczył nas egzotycznym słodkim poczęstunkiem 🙂

Z całego serca dziękuję Robertowi– że pozwolił na mój szalony pomysł zorganizowania takiego spotkania; za wsparcie, za wiedzę, za humor, za dzielenie się z nami niedostępnymi zwykłym śmiertelnikom herbatami – po prostu za bycie i czynienie świata lepszym i piękniejszym 🙂

Dziękuję Ani – za profesjonalny pokaz, za opowieści o herbacie, za otwartość i przychylność, za poczucie humoru, po prostu za dobrą, słoneczną energię 🙂

Dziękuję Ewie – za podzielenie się niezwykłą herbatką, za zdjęcia, za obecność, która dla mnie dużo znaczy i czyni spotkanie herbaciane bogatszym, no i za zielony prezent w słoiczku 🙂

Dziękuję Agacie – za przyjazd z Poznania specjalnie na Noworoczną Herbatę, za wsparcie podczas parzenia – bez Ciebie nie dałabym rady, wierz mi! za opowieści o Nepalu, no i za wspaniałą herbatę, która zaczyna kraść serca coraz większej rzeszy ludzi 🙂

Dziękuję Łukaszowi – za dotarcie na spotkanie pomimo złego samopoczucia, za pomoc w zmywaniu czarek, za poczucie humoru, które za każdym razem czyni nasze spotkania przy herbacie cudownie radosnym wydarzeniem 🙂

Agnieszce, Jonaszowi, Magdzie i Jackowi oraz wszystkim których nie udało mi się poznać po imieniu, ale którzy cudownie uczestniczyli w herbacianym spotkaniu – bardzo Wam wszystkim dziękuję. Do zobaczenia przy następnym, mam nadzieję, spotkaniu herbacianym 🙂

Autorami zdjęć są:
1,3,7,11,13,14,17,18 – Jonasz
2,21 – Ewa
4,5,6,8,9,10,12,15,16,19,20,22 – Magda i Jacek

Gold Buds SF 2015 czyli o odwadze…;)

Po wyjściu Karola zaproponowałam Jowicie nową herbatę do degustacji.
– Ta na pewno powinna przypaść ci do gustu. Choć bez dodatków, jest po prostu przecudna! – powiedziałam wyciągając z szafki czarną nepalską Gold Buds – Wiesz co? – kontynuowałam – Dobrze, że przyjechałaś z aparatem. Powinnaś częściej robić zdjęcia…
– Będę – odparła Jowi – za długo odkładałam swoją pasję na dalszy plan. A przecież za każdym razem gdy robię foty, czuję że mnie to uszczęśliwia i uświadamiam sobie jak fotografia jest dla mnie ważna, że powinnam to robić, chociażby tylko w weekendy…
– A pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o tym, by zdobyć się na odwagę i zacząć robić, to co sprawia nam przyjemność a nie tylko to, co musimy? Pamiętasz, jak ja odkładałam swoje marzenia na bok?
– Hahaha! Pamiętam… jak z miesiąca na miesiąc, przekładałaś zrobienie pierwszego kroku, bo bałaś się porażki…
– I byłam coraz bardziej sfrustrowana! 😉 Może to banał, ale coraz bardziej przekonuję się, że trzeba iść za głosem serca, za tym co cię uszczęśliwia i daje energię…
– No właśnie! Wiesz, patrzę na innych ludzi i widzę, jak czerpią garściami radość ze swoich pasji. Ja też tak chcę! Zrobię jeszcze kilka zdjęć…

  _MG_3771      _MG_3761   _MG_3785   _MG_3786

A ja przynoszę z kuchni gorącą wodę. Już podczas zalewania listków w nasze nozdrza uderza upajający aromat łagodnego słodu i karmelu.
Po chwili nalewam napar do Morza Herbaty a następnie do czarek.
– Chodź – mówię do Jowi – napijemy się herbaty…
– Pyszna – mówi Jowita biorąc pierwszy łyk – bez goryczy, aksamitna…chyba nie piłam tak subtelnej czarnej herbaty…
– Tak…od razu można w niej wyczuć szlachetne pochodzenie…
– Jak to?
– Ta herbata pochodzi z plantacji Guranse, jednej z najwyżej położonych plantacji na świecie. Wysokogórski klimat czyli czyste powietrze, żyzna gleba czy odpowiednia wilgotność przekładają się na niezwykłe aromaty, którymi teraz możemy się rozkoszować. Ręczny zbiór. Zobacz, jakie ma piękne liście…

Jowi odkłada czareczkę i chwyta za aparat. A ja wracam do delektowania się tą herbatą, którą poznałam dzięki Agacie na Poznańskim Festiwalu Herbaty Zaparzaj! Wtedy nie udało mi się Gold Budsa kupić, ale kilka tygodni później Agata przysłał mi tę herbatę. Gold Buds Second Flash 2015… Z każdym łykiem mam coraz silniejsze poczucie, że ta herbata przypomina mi jedną z moich ulubionych czarnych herbat – Tanyang Gong Fu Hong Cha… Hmmm, która piękniejsza? 😉 Trudny wybór… Gold Buds jest stała, zrównoważona i przy każdym łyku tak samo piękna w swej słodowo-kwiatowej aurze; aksamitna i pogodna z łagodną, niemal niewyczuwalna goryczką; bardzo elegancką goryczką, która ciepłym posmakiem pozostaje na dłużej na podniebieniu… Tanyang jest bardziej miodowa, bardziej zaskakująca, bardziej złożona i tajemnicza…Każda inna, każda piękna… Uwielbiam je obie! 😉

_MG_3793

wszystkie zdjęcia są autorstwa Jowity Dykas/ Foto Jowi

Darjeelingi i nepale czyli wspomnienia z Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj!

Mój Tata mówi, że 98% obaw jakie nami targają, nie spełnia się. Sprawdziło się to i tym razem, podczas Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! Ponieważ podczas tego wydarzenia miała miejsce moja pierwsza w życiu publiczna prelekcja o herbatach, bałam się bardzo… że ze stresu zapomnę o czym tak naprawdę miałam mówić i zamiast o darjeelingach zacznę opowiadać o oolongach; że przeparzę herbaty, albo że je niedoparzę. Prorok Zagłady szalał we mnie na całego. Okazało się, że moje obawy zmieściły się w tych dwóch procentach – na chwilę mój umysł wpadł w czarną dziurę kosmiczną i pomyliły mi się kultywary z odmianami i gatunkami. Jednak miałam cudownych słuchaczy, którzy pomogli mi wybrnąć z tego ambarasu. Wspaniali ludzie 🙂

Bardzo chciałam zaparzyć wszystkie darjeelingi, które przygotowałam na prelekcję:

Darjeeling Namring FF Lotniczy 2015

20151014_133533

Darjeling Golden Tips Namring Upper SF

20151014_133622

Darjeeling Margaret`s Hope SF

20151014_133706

oraz Darjeeling White Happy Valley

20151014_133807

Jednak na zaparzenie tego ostatniego zabrakło czasu mojego wykładu. Niemniej jednak udało mi się namówić Macieja z bytomskiej herbaciarni Herbata na eksperymenty z tym darjeelingiem. Z początku chcieliśmy przygotować Darjeeling White Happy Valley metodą szybkiego parzenia w gaiwanie przy temperaturze ok 85 stopni celsjusza. Nic dobrego jednak z tego nie wyszło. Ta herbata okazała się mocno zaspana albo wyjątkowo kapryśna. Odsłoniła się przed nami dopiero przy drugim podejściu, gdy Maciej wsypał więcej liścia do gaiwana, zalał ją wodą ok. 90 stopni celsjusza i trzymał ją pod przykryciem jakieś 15 minut. Wówczas poczuliśmy delikatne kwiaty, dotyk aksamitu na języku i akcent goryczki na dalekim planie…

IMG_4832

Muszę przyznać, że wybrane przeze mnie darjeelingi niezbyt pozytywnie mnie zaskoczyły… Pamiętam ubiegłoroczne: lotniczego Namringa, Namringa Uppera Golden Tips oraz Margaret`s Hope z późnych zbiorów – one wszystkie były urzekające, pełne, wyraziste w swej delikatności. W tym roku są jakby przygaszone… I takie wrażenie miałam podczas domowego parzenia w porcelanowym dzbanuszku, jak i podczas festiwalowego parzenia w czajniczkach żeliwnych. Cóż, z herbatami tak bywa… 🙂

Czas mijał bardzo szybko. Kolejni prelegenci pojawiali się i schodzili ze sceny żegnani gromkimi brawami. Udało mi się trochę podsłuchać opowieści Asi (www.joannabozek.pl) o jej Drodze Herbaty, o blaskach i cieniach prowadzenia bloga. Justynę złapałam chwilkę przed jej prelekcją; zdążyłyśmy napić się czarki herbaty i już zjawiali się kolejni goście, kolejni prelegenci. Rafał pojawił się z całą masą intrygujących akcesoriów do cold brew.

IMG_4883

Chwilkę asystowałam mu w przygotowaniu do wykładu, a potem pochłonęły mnie, przyziemne sprawy – trzeba było w kuchni umyć czarki i naczynia 🙂 Spragnionych herbaty nie brakowało, co napawało mnie ogromną radością 🙂 W międzyczasie chwilę wytchnienia znalazłam przy chapanie Macieja, który niezmordowanie zaparzał herbatę za herbatą. Po naszych eksperymentach z darjeelingami przyszła kolej na pu erh`y, a gdy przyjechali Monika z Piotrem (czajownia.pl) – także na Cherry Tea przywiezioną przez Piotra. Uwielbiam tę herbatę, którą pierwszy raz spróbowałam parzoną ręką mistrza Mosahiro Takada na początku tego roku właśnie we wrocławskiej Czajowni. Tym razem Maciej zaparzył dużą ilość liścia Cherry Tea, co dało w efekcie cudowny, intensywny napar o dominującym smaku cierpkiej wiśniowej pestki.

IMG_4859  IMG_4861

IMG_4865

Udało mi się usłyszeć większą część wykładu Piotra o kulturze herbaty w Polsce i Czechach. Prelekcja była połączona z pokazem m.in. zdjęć obrazujących przebieg budowy wrocławskiej Czajowni. Byłam pod wrażeniem ile pracy, zaangażowania i wysiłku wymagało doprowadzenie tego miejsca ze stanu surowego do przytulnej herbaciarni, jaką jest teraz Czajownia. Pomyślałam sobie wówczas, że prawdziwa pasja potrafi dodać nadludzkich sił…

Monika zabrała nas w podróż na Sri Lankę pokazując jak wyglądają cejlońskie fabryki herbaty i fabryka cynamonu. Była to prelekcja bardzo aromatyczna i pełna wzruszających opowieści o miejscowych atrakcjach i przyjaznych, otwartych Lankijczykach. Z relacji Moniki po raz kolejny wyłoniło się przesłanie dla podróżników – nieprzewidziane, z początku wydające się przykre, okoliczności, mogą zmienić podróż w ekscytujące i ubogacające przeżycie…

Ostatnia prelegentka – Agata (www.agataozarowska.pl) pięknymi fotografiami oprowadziła nas po nepalskiej plantacji pana Andrew – jednej z najwyżej położonych plantacji herbacianych na świecie.

Można by rzec: kulminacyjnym punktem programu Poznańskiego Festiwalu Herbaty był panel dyskusyjny prowadzony przez Anię (Piewcy Teiny). Okazało się, że zebrani z Kwietnej pasjonaci herbaty mają wiele do powiedzenia na temat kultury herbacianej w Polsce i gdyby nie ograniczenia czasowe, dyskusja zapewne toczyłaby się do białego rana. Bardzo ciekawie o tym panelu napisali nasi wrocławscy goście: Jagoda i Marcin (czarkanawidelcu.wordpress.com ).

Burzliwe rozmowy herbaciane zostały ukojone dźwiękami gongów i mis tybetańskich. Cudowny, relaksacyjny koncert – idealnie wprowadzał w czas krótkiej, regenerującej drzemki… 😉

Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy…Smutek z zakończenia Festiwalu koi tylko myśl, że za rok będzie kolejna edycja Zaparzaj! Organizatorzy są pełni szalonych pomysłów, a ponieważ nie brakuje im zapału i werwy – zapewne owe pomysły skutecznie zrealizują 😉

Mnie z Poznańskiego Festiwalu Herbaty na pamiątkę zostały nie tylko zdjęcia i niesamowite wrażenia z przeżytych kilkunastu godzin z przeuroczymi, pełnymi pasji, poczucia humoru, wiedzy i herbacianego doświadczenia ludźmi, ale także…herbaty 🙂

          ———————————————————————————————-

Mijający tydzień był szalonym, niczym pędzący na oślep mustang, czasem… Udawało mi się wykrawać z tego zwariowanego biegu zdarzeń chwile uspokojenia właśnie po to, by na spokojnie podegustować przywiezione z Festiwalu herbaty. A tych, dzięki Agacie, przywiozłam trzy. Plantacja Guaranse w Nepalu, z której pochodzą owe herbaty, jest najwyżej położoną herbacianą plantacją na świecie.

Pierwszą herbata, po którą sięgnęłam, była White Curls SF 2015.

20151014_121408

Postanawiam użyć szklanego gaiwana, by móc obserwować tańczące liście. Wedle wyznacznika na stronie internetowej (onecupoftea.pl), na którą właśnie po zasady parzenia odesłała mnie Agata, starałam się przestudzić wodę do ok. 85 stopni Celsjusza. Obserwując nabierający intensywności kolor naparu, postanowiłam, że dam tej herbacie 4 minuty w pierwszym parzeniu.

20151014_132419

Podczas degustacji czuję łagodność i jednocześnie wiem, że ta herbata będzie bardzo delikatna i subtelna, i potrzebuje czasu, by się obudzić i z większą łaskawością odsłonić swoje kwiatowe nuty.

20151014_132958

W drugim parzeniu daję White Curls już 7 minut. I rzeczywiście kwiaty wyczuwalne są bardziej intensywnie; dodatkowo pojawiają się urzekające słodkie akcenty lipowego miodu i bardzo, bardzo odległa, choć jednoznacznie wyczuwalna, nutka kwiatu czarnego bzu… W każdym parzeniu, również w tych kolejnych, których zrobiłam jeszcze dwa, można wyczuć wilgotną świeżość – zapach wody w jeziorze w letni poranek…

20151014_133346

Kolejną herbatą, którą wsypuję do gaiwana jest Mystic Green SF 2015. Gdy wącham suche liście czuję urzekającą mleczną czekoladę z nutą wanilii. Hmm…

20151014_121552

Zalecana temperatura 75 – 85 stopni Celsjusza i czas parzenia 1-3 min. Jak zwykle wybieram złoty środek o parzę 2 minuty. Napar jest łagodny, kremowy; można wyczuć lekką oleistość podobną jak w herbatach japońskich i bardzo delikatną cierpkość skórki zielonego orzecha, która łagodnie ale równomiernie rozkłada się na języku. Z każdym kolejnym parzeniem ta herbata subtelnieje a przy szóstym parzeniu już nie czuć goryczy – tylko morska, aksamitna łagodność…

20151015_105537   20151015_112042

Na koniec zostawiam sobie Guranse White Tips SF 2015.

20151014_121952   20151016_112615

Zalane liście trzymam pod przykryciem ok 4 min. Po pierwszym parzeniu mam wrażenie, że piję darjeelinga z lutowo-marcowych zbiorów – czuję świeżość, lekkość i roślinną, lekką goryczkę majaczącą w tle. Ta herbata jest miękka…Kiedy weźmie się do ust płatek jadalnego kwiatu, można poczuć na języku i podniebieniu atłas i aksamit jednocześnie. Taka właśnie jest Guranse White Tips… Drugie parzenie zrobiłam już trochę krótsze i degustując napar wyczułam kwiatowe nuty, oraz – co mnie zaskoczyło – ziołowe akcenty. W Guranse White Tips jest jakieś swoiste ciepło…Z każdym kolejnym łykiem w wyobraźni wyostrzał się obraz lasu i pierwszego jesiennego ogniska, które rozpala się gdy podczas długiej wędrówki zatrzymujemy się dla odpoczynku, przygotowania herbaty i spokojnej kontemplacji otaczającej przyrody.

Nie mogłam sobie odmówić trzeciego parzenia. Tym razem poczułam, jak ta herbata staje się zrównoważona i spolegliwa; przestaje zaskakiwać coraz to nowymi tonami, ale wycisza się w kwiatowych aksamitach i delikatnych chropowatościach. Zrobiłam czwarte parzenie, gdy zadzwonił telefon. Straciłam rachubę czasu podczas rozmowy… Gdy wróciłam do pływających spokojnie w gaiwanie listków, podejrzewałam, że herbata będzie nie do wypicia. I tu spotkało mnie kolejne zaskoczenia – cierpliwie zachowała dla mnie cały swój kwietno-ciepły urok… Mocniejsza i bardziej wyrazista wciąż nie mogła ukryć swojej łagodności. I nawet troszeczkę już przestudzona niezmiennie była pełna uroku…

20151016_113245

Przy tej herbacie myślałam o Festiwalu Zaparzaj z ogromną wdzięcznością – tyle pozytywnej energii czułam na tym wydarzeniu, tyle wiedzy nabyłam, tylu niezwykłych ludzi poznałam! Dziękuję wszystkim, spotkanym w Kwietnej, wspaniałym osobom! Widzimy się za rok! 🙂