Zaskakujące zealongi ;) cz. II

Wydawać by się mogło, że przygotowania do trzeciej edycji Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! z racji tego, że mają miejsce nie po raz pierwszy a więc można liczyć na jakąś powtarzalność i rutynowość, będą przebiegały sprawnie i spokojnie… O, naiwności! I jak tu nie zwariować – zastanawiam się, jednocześnie gryząc nerwowo paznokcie podczas przeglądania diametralnie różnych prognoz pogody na nadchodzący weekend… Chyba tylko herbata może mnie uratować, więc zagotowuję wodę w czajniku i…
Wracam do zealongów; tym razem napiję się nowozelandzkiego oolonga o wyższej oksydacji… Jaki jest to stopień utleniania pozostanie tajemnicą producenta, ja mogę tylko powiedzieć, że nie wydaje mi się, by różnica pomiędzy oolongiem opisywanym wcześniej a tym, za który zabieram się dzisiaj była duża – liście oolonga, którego dziś biorę na tapet są minimalnie tylko ciemniejsze…

Zalecenia producenta pozostają w mocy, więc musi być wrząca woda i minutowe parzenia.  I otrzymuję napar w kolorze złoto-brązowawym przetykanym zielenią…

Ale gdy zanurzam nos, by powąchać liście w gaiwanie – spotyka mnie niemałe zaskoczenie: oto nagle stykam się z zapachem wybitnie skórzanym; z prażoną a nawet wyczuwalnie podwędzaną nutą, która momentami wpada w… spaleniznę. A na dalekim planie majaczą roślinne akcenty, ale trudno mi zidentyfikować czy to kwiaty czy raczej warzywa…
Zapach naparu niesie ze sobą kolejne zaskoczenie: tu na pierwszy plan wybija się słodycz miodu, w dali słonawe akcenty przeplatają się z drzewnymi. A w smaku okazuje się, że ten miód chce być akacjowy i wspomagany jest niezmiennie skórzanymi tonami i drzewnymi akcentami…

Liście w gaiwanie warto wąchać wielokrotnie: gdy są gorące, trochę przestudzone a potem zimne; bardzo często są to zaskakujące doznania węchowe.
Ja dopijam pierwsze parzenie i wącham wystygłe liście w gaiwanie: tam poprzez spaloną sucha trawę gwałtownie i wyraźnie przebija słodka, soczysta i pełna słońca mandarynka. Taka niespodzianka!
Przestygły napar z kolei pokazuje łagodniejsze oblicze, bo oto w ostatnich łykach wyczuwam kwiaty.

Drugie parzenie wychodzi dość wyraziste, krzepkie. Skórzane nuty są na pierwszym planie i zdominowują napar. Taka męska herbata 😉

Te nowozelandzkie herbaty mają tę niezwykłą i zaskakująca cechę, że kolor napar nie blednie jakoś znacznie wraz z kolejnym parzeniem. Zaskakują też zapachy odsączonych z naparu liści. Przy trzecim parzeniu wciąż skórzane tony są przeplatane akcentami słodkich kwiatów i…lekko podsuszonego jabłka… 😉
Napar jest już łagodniejszy niż poprzedni ale wciąż ma zbalansowany charakter: skórzane i dymne, momentami nawet intensywnie podprażane nuty bardzo płynnie przeplatają się z akcentami kwiatów, owoców i słodyczy. Ten zrównoważony napar daje wrażenie ciepła i ukojenia… I nawet jeśli gdzieś w oddali pojawia się delikatna goryczka – nie jest ona przykra, ale nadaje herbacie ciekawego smaczku 🙂

Producent sugeruje, że i tę herbatę można zaparzać aż 8 razy. Moje czwarte i piąte a potem szóste i siódme parzenie są niezmiennie zrównoważone ale i charakterne napary. Skóra i spalenizna złagodzona słodyczą i kwiatami… lubię takie kontrastowe połączenia 🙂
Gdybym miała tę herbatę dopasować do określonej sytuacji czy okazji, polecałabym ją do spotkań biznesowych – zdecydowanych spotkań negocjacyjnych, gdzie nie dominuje agresja ale rzetelny, racjonalny dialog. Ta herbata wytrzyma takie negocjacje, nawet jeśli będą się przedłużać – jest ona wydajna i wytrwała więc na pewno dotrzyma kroku negocjującym stronom 😉

Ja jednk potrzebuję teraz wyciszenia i równowagi…
Pamiętam, że gdy po raz pierwszy piłam Zealonga Black, byłam zachwycona jego słodyczą i intensywnym kwiatowym aromatem… Tym bardziej cieszyłam się na ponowną degustację, bo ta herbata pozostawiła w mojej pamięci dobre skojarzenia i tęsknotę…

I faktycznie – ciemne, prawie czarne liście w torebce pachną kwiatami lilii, frezji i orchidei; wyczuwam też słodycz cukru trzcinowego oraz wyraźny akcent deserowej czekolady. Trudno je też nabrać na łyżeczkę – są dość spore, twarde i nie zwinięte w kuleczki więc trochę niesforne…

Pierwsze parzenie wrzącą wodą po dwóch minutach daje napar w kolorze miodu spadziowego…

   

 

Liście w gaiwanie mają zapach wilgotnego torfu i słonego karmelu a na dalekim planie majaczy aromat orchidei. Przyglądam się liściom i łamię sobie głowę – jakiż tu był procent oksydacji; na pewno nie jest to oksydacja pełna…

Z kolei napar nie pachnie żadnym z wcześniej zidentyfikowanych kwiatów bo jego dominującą nutą jest wyraźna słodycz słonego karmelu…

W smaku kolejne zaskoczenie, bo słodycz karmelu przeplata się z bardzo wyraźnym smakiem… czerwonej ugotowanej fasoli. Te strączkowe akcenty pieczętuje przebijająca się aksamitna goryczka…

Każdy łyk zatrzymuję na podniebieniu i czuję, jak goryczka i słodycz przeplatają się niczym czerń i biel w symbolu jin i yang…
Każdy łyk jest ciepłą medytacją smaku…

Trzecie i czwarte parzenie wykonuję według wcześniejszych parametrów, tylko to ostatnie robię czterominutowe. Kolory tych naparów nie zmieniają się. Podobnie smaki i zapachy, choć w trzecim parzeniu mój nos wyczuwa w naparze akcenty ugotowanej kaszy gryczanej 😉

Myślę, że aby miło pożegnać się z tą akurat herbatą, warto poprzestać na drugim parzeniu… wtedy nastrój spokoju pozostanie na dłużej… 😉

Mam nadzieję, że spokój będzie mi towarzyszył podczas najbliższego weekendu i trzeciej edycji Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! 😉 Mam nadzieję, że ze wspomnianym spokojem będę mogła napić się herbaty z cudownymi gośćmi – prelegentami, wystawcami i uczestnikami, którzy zapowiedzieli swój przyjazd na Festiwal 🙂 I oby było słońce… 😀 Do zobaczenia przy czarce herbaty! 😀

p.s. A kogo zaintrygował opis nowozelandzkich oolongów będzie miał okazję posłuchać na Zaparzaj! prelekcji o Zealongach a może nawet i spróbować tych herbat 😉

Reklamy

Zaskakujące zealongi ;) cz. I

Pewnie gdyby nie Piotrek, który z wyprawy do Nowej Zelandii przywiózł z jedynej tamtejszej plantacji wszystkie możliwe czyli uprawiane i produkowane tam herbaty, nigdy herbat z tego zakątka Ziemi bym nie spróbowała. A tak, najpierw miałam okazję spróbować zealongów z herbacianymi przyjaciółmi a potem, już w zaciszu domowym, raz jeszcze zaparzyć te herbaty sama…choć jak się okazało towarzystwo do herbaty zawsze się znajdzie 😉
O całej otoczce historycznej dotyczącej zealongów bardzo obszernie i szczegółowo pisała Agnieszka przy okazji degustowania Aromatic Oolong z Nowej Zelandii. Poza tym 9-10 września szykuje się trzecia edycja Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! gdzie Piotrek będzie miał o herbatach z Nowej Zelandii prelekcję, dlatego nie będę tych informacji dublować i od razu przejdę do degustacji, którą zrobiłam pewnego ranka w kuchni…
W moje ręce trafiły cztery rodzaje herbat z Nowej Zelandii. Postanowiłam smakować je według kolejności oksydacji liści i zaczęłam od herbaty zielonej. Tym razem porzuciłam intuicyjne parzenie i postępowałam (prawie) ściśle według instrukcji producenta:


Do gaiwana o pojemności 150 ml wsypałam dwie niekopiaste łyżeczki liści herbacianych. A gdy czekałam aż ostygnie woda, do kuchni weszła Mama i doszedłszy do wniosku, że zapewne nie mam wszystkich niezbędnych przyborów do parzenia i kazała mi użyć termometru do herbaty dając mi tym samym dobitnie do zrozumienia, że posiadanie córki herbaciary zobowiązuje, więc i ona podchodzi do tematu herbaty poważnie i że numer z użyciem wody w nieodpowiedniej temperaturze nie przejdzie 😉 Nawet się ucieszyłam na ten termometr, bo to oznaczało, że spełnię bardziej drobiazgowo wytyczne plantatora 🙂

Ogrzewam naczynia i do ciepłego gaiwana wsypuję liście nowozelandzkiej zielonej herbaty: pachną świeżo, lekko prażoną, kukurydzianą nawet nutą; ten zapach przywodzi mi na myśl tajwańską Słodką Zieloną Wiosnę, ale jakby jej młodszą siostrę – młodszą i poważniejszą 😉

Termometr w wodzie pokazuje już 85 stopni więc zalewam liście i nastawiam czas na 2 minuty. Tak, tym razem będzie zdyscyplinowane, rygorystyczne parzenie bez żadnego artystycznego widzimisię 😉
Po dwóch minutach przelewam napar do czarki. Tego niestety nie udało mi się uchwycić moim aparatem, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że kolor naparu jest żółto-złoty przeplatany zielenią.

Pachnie trawiastymi akcentami przeplatanymi strączkowymi nutami; i zapach kukurydzy – takiej dopiero co wyjętej z wrzącej wody i polanej masełkiem – majaczy gdzieś na dalszym planie… Ale uderza mnie jeszcze taki specyficzny zapach – zapach jeziora…przeplatany delikatnymi kwiatami.
Podaję czarkę Mamie i pytam, co wyczuwa w tej herbacie. Mama po pierwszym łyku mówi: – Delikatna i bardzo przyjemna…czuję w niej kwiaty i słodycz.
– Jakie kwiaty? – dopytuję.
– Trudno powiedzieć, aż tak bardzo nie znam się na kwiatach…Ale to herbata, którą bardzo chętnie piłabym każdego ranka…

Z kolei liście w gaiwanie mają zapach z dominującą morską, glonową nutą przeplecioną ze słodkimi akcentami.
Drugie parzeni według wcześniejszych paramentrów. Kolor naparu wydaje się bardziej nasycony, wyrazisty, zdecydowany. W zapachu tego naparu dominować zaczyna podprażana nuta, a na drugim planie morskie tony, dalej słodkie, dalej kwiatowe…
W smaku jednak zaskakuje dość wyraźnym świeżym motywem. Nie wiem skąd on się tam wziął – tak jakby cytrusy w świeżej, orzeźwiającej wodzie. Smak słodki a daleko majaczy podprażany…Ale też bardzo wyraźnie wyczuwam te wodne, jeziorne akcenty. Skojarzenie może nie jest zbyt romantyczne bo mi przywodzi na myśl trochę zarośnięte rzęsą wodną, nieruchome jezioro nagrzane letnim słońcem, ale na ten obraz asocjacji można też spojrzeć jako akcent niespiesznie upływającego czasu, dobiegających do końca wakacji i ostatnich dni słodkiego lenistwa – tym bardziej słodkiego, że zbliżającego się do kresu…

Ponieważ Mama kręci się koło mnie kontrolując czy aby dobrze używam jej termometru i czy odpowiednio zaparzam nowozelnandzką herbatę, daję napar z drugiego parzenia także Mamie zaciekawiona, jak jej będzie smakował. Mama, biorąc łyka, mówi, że herbata zrobiła się bardziej wyrazista ale nadal jest bardzo przyjemna. Taką herbatę mogłabym pić cały dzień – mówi.
Podsuwam Mamie pod nos gaiwan z mokrymi liśćmi. „Takie cierpkie glony” – słyszę opinię.

Z niezmiennymi parametrami robię trzecie parzenie. Napar nie traci na wyrazistości w swej złoto-zielonej barwie i w smaku wciąż wyczuć można morsko-trawiaste akcenty z kukurydzianymi tonami. Jednak mnie wydaje się już bardziej wodnisty, zmęczony. Więc czwarte parzenie postanawiam przedłużyć do trzech minut przy niezmiennej temperaturze wody. I tym razem kolor naparu żywy, choć odnoszę wrażenie, że bardziej zaczyna dominować kolor żółty. Zapach słaby: kwiatowo-słodki; ewidentnie można po zapachu już wywnioskować, że to wielokrotnie zaparzana, trochę już zmęczona herbata. Ale Mama, próbując tego parzenia, mówi że nadal jej się ta herbata podoba, nadal jej smakuje, a nawet to parzenie bardziej jej smakuje niż poprzednie…hmmm… Specjalnie dla Mamy zrobiłam piąte parzenie: ta sama temperatura wody, czas parzenia przeciągnęłam do czterech minut. Mamie smakowało, a ja przy tym parzeniu zatęskniłam za pierwszym 😉

Herbaciane degustacje trochę pobudziły apetyt więc po zjedzeniu kilku suszonych owoców zabieram się za poznawanie kolejnej herbaty z Nowej Zelandii czyli niskooksydowanego oolonga, który w nowozelandzkiej nomenklaturze został nazwany jako „pure”.

Znów postanawiam kierować się wytycznymi producenta więc używam do pierwszego parzenia wrzącą wodę. Po minucie otrzymuję napar w kolorze delikatnej zieleni z żółtymi refleksami o urzekającym zapachu orchidei z lekko – znów, jak w przypadku wcześniejszej herbaty – kukurydzianą nutą w tle. Wącham też liście w gaiwanie, gdzie dominujzapach roślinny, trawiasty w połączeniu z nutą melasy. Nie ma tutaj świeżych, soczystych tonów – to roślinność zgaszona, taka bardzie słodkawo-drzewna… Tymczasem wnętrze pokrywki gaiwana zaskakuje zapachem… dużego bukietu kwiatowego: lilii, orchidei i… tulipana! 🙂
Smak również sprawił mi niespodziankę swoją delikatnością – odniosłam wrażenie, że ta herbata się jeszcze nie obudziła…

   

I rzeczywiście, w drugim, a później i trzecim parzeniu (choć nadal pozostałam przy jednominutowym zaparzaniu) kolor naparu był bardziej intensywny, zapach zyskał akcenty drzewa gruszkowego a smak stał się bardziej wyrazisty, choć jednocześnie napar był bardzo zrównoważony; liście w gaiwanie pachniały bardzo podobnie, natomiast pokrywka… kolejne zaskoczenie: pokrywka pachniała długo leżącym na słońcu arbuzem 🙂


Podczas degustacji przyszło mi na myśl, że trudno by było odróżnić tę herbatę od dobrego tajwańskiego oolonga…
Tymczasem liście w gaiwanie pęcznieją zapełniając całe naczynie…

Podczas czwartego parzenie postanawiam jednak przedłużyć czas parzenia do półtorej minuty. Kolor naparu w czarce pozostał bez zmian; napar wciąż trzymał zrównoważony poziom z przeważającym akcentem słodyczy…
Zgodnie z zaleceniami producenta wykonałam osiem zaparzeń tego nowozelandzkiego oolonga. Przez te wszystkie parzenia kolor naparu stawał się mniej zielony, bardziej żółty, zapach utrzymywał zrównoważony poziom słodkiego cukru trzcinowego i delikatnych aromatycznych kwiatów.

      

Chciałam zobaczyć ile tak naprawdę parzeń wytrzyma ta herbata i ostatecznie zaparzałam ją 10 razy. Dwa ostatnie parzenia były już mocno zmęczone, ale mogę powiedzieć śmiało o tej herbacie, że jest bardzo wytrzymała i wydajna, przyjemnie słodka i bezgoryczkowa. Myślę, że ona wspaniale nadawała by się na długie spotkania i radosne pogawędki przyjaciół – nie trzeba się nią delektować, ale podczas rozmowy wspaniale gasi pragnienie, wprowadza w błogi nastrój i można nią wznosić wiele herbacianych toastów… za wiernych przyjaciół, na przykład 🙂

c.d.n…