Pure Black czyli słoń nie w składzie porcelany ;)

Oj, wiem że to truizm, ale naprawdę nie mogę się nadziwić, jak bardzo różnorodna potrafi być ta sama herbata, jak wiele nut smakowych potrafi ujawnić podczas różnych sposobów parzenia i jak ciekawie uzależnia swoje smaki od miejsca parzenia i atmosfery otoczenia 😉

Agata w ubiegłym roku przywiozła z Nepalu nową herbatę nazwaną Pure Black i tak ją opisała: „PURE BLACK – to nietypowa czarna herbata jeśli chodzi o nepalskie napary. Przechodzi krótką fermentację nieenzymatyczną (w dużej wilgotności i cieple), co minimalnie zbliża ją do herbat czerwonych (Pu Erh). Jest najczarniejsza z czarnych! Zapachem przenosi do ciepłej drewnianej chaty lub do ogrodu po jesiennych porządkach. Smak natomiast jest delikatny i zupełnie pozbawiony goryczy. Idealna na jesienne i zimowe wieczory – ogrzewa mleczną słodyczą. Myślę, że bardzo dobrze może komponować się z mocniejszym trunkiem np. rumem. Wg twórcy – idealnie też podprawia smak whisky (…)”.
Na mnie chyba najbardziej sugestywnie podziałało wyrażenie: najczarniejsza z czarnych oraz obietnica smaków ziemistych, drzewnych i lekko butwiejących tonów, i słodyczy. Pomyślałam sobie, że takie zestawienie musi być doprawdy intrygujące i koniecznie muszę tych smaków doświadczyć.

Pierwszy raz herbatę Pure Black spróbowałam w towarzystwie Ani i Wiktorii, z czego bardzo się cieszyłam, bo próbowanie nowej herbaty z innymi pozwala lepiej taką nowinkę poznać – degustacja jest sumą wszystkich doznań i skojarzeń, zachwytów i rozczarowań…
Gdy wąchałyśmy liście herbaciane w torebce stwierdziłyśmy zgodnie, że dość wyraźnie dają się tam wyczuć ziemiste, skórzane i lekko słodowe- cukrowe tony.
Postanowiłam zaparzyć Pure Black w porcelanowym czajniczku, by naparu starczyło dla wszystkich; do ogrzanego naczynia suszu sypnęłam sporo, gdyż ostatnio (co niektórzy, pijący ze mną herbatę, przeklinają) skłaniam się ku mocnym, wyrazistym naparom i chwilę trwały pertraktacje, jak długo ma trwać parzenie, bo Agata sugeruje, by parzenie zrobić 3-7 minut w temperaturze 95-85 stopni Celsjusza. Dziewczyny były trochę nieufne do dłuższego czasu parzenia, więc pierwsze parzenie zrobiłam 3 minutowe…Tymczasem zanurzam nos w rozgrzany czajniczek z liśćmi Pure Back w środku i dając je do powąchania Ani i Wiktorii zaczynam się śmiać widząc dziwne grymasy na twarzach dziewczyn, gdy zanurzają nosy w naczyniu. I zanim któraś zidentyfikuje zapachy, wykrzykuję:
– Toż to słoń!
– Dokładnie! – mówi Wiktoria – słoń z zoo.
Wygląda na to, że jesteśmy zgodne: mamy w imbryczku pawilon słonia, czyste siano i samego słonia, którego skóra w czystym wiosennym słońcu pachnie intensywnie 😉

Zalewam liście wrzątkiem, jak ustaliłyśmy – czekamy 3 minuty i oto zapach naparu otula nas wysychającą w słońcu wilgotną ziemią.
Zapach liści w czajniczku to na pierwszym planie ziemistość, dalej można wyczuć drzewne nuty (to takie kilka dni wcześniej ścięte i pocięte w małe kawałki drewno) ale dominuje skóra słonia z wyrazistą słoną nutą. Kolor naparu rzeczywiście jest bardzo ciemny.
Pijemy napar i zgodnie stwierdzamy, że w smaku dominuje skóra i drewno, na dalszym planie ziemiste tony; można też wyczuć słodowe akcenty (jakby słoń wytarzał się w cukrze trzcinowym ) choć byłabym skłonna powiedzieć, że owa słodycz powstaje z połączenia tych wszystkich elementów (skóra, ziemia, drewno) niż jest odrębnym elementem smakowym naparu. Nie ma w naparze goryczy, choć jest lekko wyczuwalna cierpkość, która nadaje herbacie charakteru, podkreśla inne posmaki…

Robię drugie parzenie, tym razem pięciominutowe. Ania śmieje się, że tego już chyba nie wypije, ale Wiktoria – podobnie jak ja – już nie może doczekać się tego naparu. Oj, tu też słoń jest mocno wyczuwalny! W zapachu liści w czajniczku, poza pawilonem słonia, można również wyczuć nabierające intensywności mineralne akcenty. W tym naparze z pięciominutowego parzenia na pierwszy plan (poza słoniem, oczywiście…) głównie wybijają się smaki ziemiste i drzewne. Tu można się doszukać wyraźnej analogii z popularnymi pu erh`ami, choć jak wiadomo nie tylko ziemię i nie tylko drzewo można w pu erh`ach odnaleźć… Pijemy Pure Black z zadowoleniem. Ania wzięła kilka łyków i oznajmiła, że choć smak ciekawy, napar jest dla niej za mocny; a my z Wiktorią przy każdym łyku: ach, jaka fajna…och, jaka dobra… no cóż za słoń… ciekawa, naprawdę ciekawa…

Pure Black bierzemy ponownie na tapet podczas świętowania Międzynarodowego Dnia Herbaty (15 grudnia 2017 r.). Wówczas Agata sama ją zaparza według parametrów „na oko”. I, jak to bywa z nietuzinkowymi herbatami: jedni są nią zachwyceni, jedni nie wiedzą co mają o tym myśleć a inni prychają, że niedobra…Mnie niezmiennie zachwyca, tym bardziej, gdy na koniec spotkania mieszamy Pure Black z rumem…Rzeczywiście bardzo, bardzo dobra kompozycja… 😉

Mnie smaki Pure Black tak zafascynowały, że zabieram tę herbatę za sobą na Herbatę Noworoczną (6 stycznia 2018 r.). Jestem ciekawa, jak zostanie ona odebrana w innym otoczeniu… Tymczasem okazało się, że degustacja Pure Black po kwiecistych alishanach i innych upajających, trawiastych japonkach staje się trudnym do zrozumienia akcentem…

      

Ponieważ jednak spotkanie przy Herbacie Noworocznej miało także filozoficzny charakter, podczas degustacji Pure Black pojawiła się myśl, że w naszym życiu nie zawsze doświadczamy słodyczy a nasze doświadczenia mają także mniej lub bardziej nieprzyjemne posmaki; jednak to właśnie dzięki tym trudnym doświadczeniom można docenić piękno w naszym życiu. Niestety, zwykle uciekamy od niewygodnych czy nieprzyjemnych doznań, doświadczeń; uciekamy impulsywnie nie dając sobie możliwości na pełne i głębokie doświadczenie tego, przed czym staramy się uciec choć może się ostatecznie okazać, że to, czego nie chcemy doświadczyć może nas niezwykle ubogacić…

I gdy już myślałam, że Pure Black niczym mnie nie zaskoczy, Ewa zainspirowała mnie, by tę herbatę wypróbować na wolnym powietrzu. Czekałam na śnieg, czekałam na mróz, ale ponieważ się nie pojawił przestałam czekać i wykorzystałam wolny dzień, który okazał się pełnym słońca i ciszy raczej wiosennym niż zimowym dniem. Zagotowaną wodę wlałam do termosa, wzięłam pożyczony podróżny zestaw do gonfu cha, torebkę z herbatą i poszłam do lasu.

W lesie cicho… tylko jakiś oszołomiony wiosenną pogodą ptak monotematycznie zawodzi swoje trele…

Wodą z termosa ogrzewam czarkę i gaiwna, do którego po chwili wsypuję liście Pure Black. Wącham te ocieplone herbaciane listki i zdumiewa mnie ich zapach: drewno i mortadela, którą jadłam jako małe dziecko. Ten ostatni motyw zapachowy jest naprawdę zaskoczeniem, choć nie jest żadną miarą przykry czy nieprzyjemny… budzi miłe skojarzenia i nie potrafię zastąpić go inną identyfikacją… czyżby to słoń uległ takiej przemianie? Nic z tego! Słoń pojawia się po pierwszym, około trzydziestosekundowym, parzeniu.

      

Ale jest kolejne zaskoczenie, bo oto dają się wyraźnie wyczuć nowe, dotąd nie doświadczane kwiatowe tony…Ta kwiatowa słodycz jest bardzo znajoma – delektowałam się nią w innych czarnych herbatach Agaty: Gold Buds, Hand Rolled Floral czy Wild Sunset. To szalenie przyjemny aromat kwiatów połączony z trzcinowym cukrem, którego wcześniej nie wyczuwałam w Pure Black… czy można go wyczuć tylko podczas parzenia na wolnym powietrzu? Nie wiem… Ten kwiatowo-słodki posmak przeplata się z dobrze już wcześniej poznanym w tej herbacie ziemistym akcentem. Bardzo ciekawa, urzekająca kompozycja… Pamiętam jak kiedyś Robert poczęstował mnie małą ilością pu erha o posmaku słodkich warzyw strączkowych. Czysta, lekko wilgotna ziemia zalatująca piwnicznym aromatem i słodka czerwona fasola. Chyba do końca życia nie zapomnę smaku tej herbaty…

Robię kolejne parzenia Pure Black… Przedłużam czas zaparzania się listków w gaiwanie bo widzę jak stygnie mi woda w termosie – pomimo, że zamknięty, przepuszcza obłoczki pary. Trzeba koniecznie zainwestować w dobry termos – myślę popijając małymi łyczkami napar w kolorze miodu spadziowego; tu słodycz wyraźnie odpycha ziemiste akcenty na dalszy plan.

   

Ze względu na szybko stygnący termos i niską temperaturę otoczenia trzecie i czwarte parzenie robię kolejno przez 1,5 i 3 minuty… W tych okolicznościach przyrody ta herbata zaskoczyła mnie słodyczą, której nie pokazała podczas parzenia w przestrzeni zamkniętej; najwięcej tej nuty wyczuwałam w dwóch pierwszych parzeniach. Kolejne parzenia były już tylko echem poprzednich, coraz mniej słyszalnymi i pozwoliły bardziej niż samą herbatę kontemplować otaczającą mnie oszołomioną ciepłem w środku zimy przyrodę, która zachwyca tu i ówdzie żywymi kolorami…

         

Co by tu nie pisać o wyczuwalnym w aromacie herbaty Pure Black słoniu i o tym gdzie on – słoń, oczywiście – leży i co robi, niezmiennie będę uważała tę herbatę za niezwykle interesującą; to herbata, która w zależności od okoliczności i sposobów jej zaparzania potrafi wciąż na nowo i na nowo zaskakiwać i zaintrygować dominującymi posmakami, które pokazują, jak bardzo ta herbata potrafi się zmieniać, jak bardzo jest niejednoznaczna…
Agata wielokrotnie mówiła, że twórca tej herbaty – pan Andrew, dając Pure Black`a Agacie powiedział: „Pij herbatę i bądź szczęśliwa”. Więc i ja piję, i jestem… 😉

 

Autorką zdjęć dokumentujących Pure Black podczas Herbaty Noworocznej jest Agnieszka.

Reklamy

Wonder Tea wieczorową porą…

I aż odkładam książkę, którą jeszcze kartkuję, by w pobieżnie przeczytanych teraz fragmentach raz jeszcze przypomnieć sobie ten świat opisany, raz jeszcze spróbować zapamiętać słowa, których artyzm oszałamiał mnie podczas lektury i budził zazdrość – jak pięknie można pisać…

Wychodzę na balkon zwabiona ciepłym kolorem zachodzącego słońca, które miękko kładzie się na parapecie. Ciepło. I delikatny wiatr, który zmęczone piski dzieci bawiących się na podwórku unosi na północ…Taki spokojny wieczór, w którym zatrzymujesz się z uśmiechem…

Niespiesznie wracam do mieszkania; w kuchni stawiam wodę na gaz. Gdy woda bulgocze w czajniku wynoszę na balkon poduszkę do siedzenia, rozkładam słomkowe podkładki, na które stawiam czajniczek i czarkę. Bo dlaczegóż by nie uczcić tego pięknego wieczoru czarką dobrej herbaty pierwszy raz w tym roku wypitej na świeżym, wiosennym powietrzu?

A więc mój wybór nie mógł paść na żadną inną, jak tylko na czarną nepalską Wonder Tea z Nawa Arya Tara T.E. zakupioną w čajografii… Świeżość kwiatów, łagodna soczystość jędrnych liści… w oczekiwaniu na tegoroczne Darjeelingi – idealna…

20160327_182119

I w cieple leniwego wieczoru uśmiecham się do wszystkich tych wiosenności, które wybuchają oszałamiającymi tonami ze świeżo zaparzonego naparu…

20160327_182501

„Pamiętny dzień. Było południe. Za oknem wielkie chmury sunęły nad Katedrą. W klasie sennie. Stalówką umaczaną w tuszu rysowałem w zeszycie żaglowiec, trochę z nudów, trochę tak sobie, dla przyjemności, żeby był i dobrze wyglądał, i właśnie wtedy, koło dwunastej, kiedy z daleka zaczęły dobiegać pierwsze dźwięki bijących dzwonów Katedry, usłyszałem jedno z ważniejszych pytać mojego życia. J., który siedział za mną, zajrzał mi przez ramię, popatrzył na mój żaglowiec, po czym ziewnął: >>Coś ty głupi, chce ci się?<<
Żaglowiec był udany, więc tylko się skrzywiłem, ale po chwili poczułem, że uszy mi czerwienieją. Pióro chciało mi wypaść z palców. Bo co właściwie oznaczało to pytanie? Byłem naiwny i nie znałem się na rzeczy – jak tamci maniacy, od szwabskich łazienek, łaźni i porcelanowych sklepów? Sprawdzać kilka rodzajów glazurowanych płytek z białym i niebieskim wzorkiem, a potem godzinami robić szlaczek, przytwierdzać rozety, modelować gzymsy? Po co? Czy nie lepiej nakleić na ścianę kafelki, jakie są pod ręką, albo grubo zamalować tynk na olejno, zrobić wysoką lamperię farbą o niebrudzącym odcieniu, górę (razem z sufitem) pociągnąć klejówką – pod kolor, a potem leżeć do góry brzuchem na tapczanie, spać, przeciągać się, ziewać, wałęsać się po ulicach i kopać puszkę czubkiem buta?
Bo właściwie dlaczego nie żyć byle jak?
Tak jak na przykład pan W. albo pan Z.?
Poczułem się paskudnie. Więc może należało dać sobie spokój z rysowaniem żaglowców? Więc przyłapano mnie?
(…)
Bo może rzeczywiście nie warto chcieć?…”*

Ale w świetle zachodzącego słońca, które złotymi refleksami łaskotało herbatę w czarce, nie mogłabym na to pytanie odpowiedzieć twierdząco… 🙂

20160327_183503

* cytat pochodzi z książki Stefana Chwina, Krótka historia pewnego żartu

Gold Buds SF 2015 czyli o odwadze…;)

Po wyjściu Karola zaproponowałam Jowicie nową herbatę do degustacji.
– Ta na pewno powinna przypaść ci do gustu. Choć bez dodatków, jest po prostu przecudna! – powiedziałam wyciągając z szafki czarną nepalską Gold Buds – Wiesz co? – kontynuowałam – Dobrze, że przyjechałaś z aparatem. Powinnaś częściej robić zdjęcia…
– Będę – odparła Jowi – za długo odkładałam swoją pasję na dalszy plan. A przecież za każdym razem gdy robię foty, czuję że mnie to uszczęśliwia i uświadamiam sobie jak fotografia jest dla mnie ważna, że powinnam to robić, chociażby tylko w weekendy…
– A pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o tym, by zdobyć się na odwagę i zacząć robić, to co sprawia nam przyjemność a nie tylko to, co musimy? Pamiętasz, jak ja odkładałam swoje marzenia na bok?
– Hahaha! Pamiętam… jak z miesiąca na miesiąc, przekładałaś zrobienie pierwszego kroku, bo bałaś się porażki…
– I byłam coraz bardziej sfrustrowana! 😉 Może to banał, ale coraz bardziej przekonuję się, że trzeba iść za głosem serca, za tym co cię uszczęśliwia i daje energię…
– No właśnie! Wiesz, patrzę na innych ludzi i widzę, jak czerpią garściami radość ze swoich pasji. Ja też tak chcę! Zrobię jeszcze kilka zdjęć…

  _MG_3771      _MG_3761   _MG_3785   _MG_3786

A ja przynoszę z kuchni gorącą wodę. Już podczas zalewania listków w nasze nozdrza uderza upajający aromat łagodnego słodu i karmelu.
Po chwili nalewam napar do Morza Herbaty a następnie do czarek.
– Chodź – mówię do Jowi – napijemy się herbaty…
– Pyszna – mówi Jowita biorąc pierwszy łyk – bez goryczy, aksamitna…chyba nie piłam tak subtelnej czarnej herbaty…
– Tak…od razu można w niej wyczuć szlachetne pochodzenie…
– Jak to?
– Ta herbata pochodzi z plantacji Guranse, jednej z najwyżej położonych plantacji na świecie. Wysokogórski klimat czyli czyste powietrze, żyzna gleba czy odpowiednia wilgotność przekładają się na niezwykłe aromaty, którymi teraz możemy się rozkoszować. Ręczny zbiór. Zobacz, jakie ma piękne liście…

Jowi odkłada czareczkę i chwyta za aparat. A ja wracam do delektowania się tą herbatą, którą poznałam dzięki Agacie na Poznańskim Festiwalu Herbaty Zaparzaj! Wtedy nie udało mi się Gold Budsa kupić, ale kilka tygodni później Agata przysłał mi tę herbatę. Gold Buds Second Flash 2015… Z każdym łykiem mam coraz silniejsze poczucie, że ta herbata przypomina mi jedną z moich ulubionych czarnych herbat – Tanyang Gong Fu Hong Cha… Hmmm, która piękniejsza? 😉 Trudny wybór… Gold Buds jest stała, zrównoważona i przy każdym łyku tak samo piękna w swej słodowo-kwiatowej aurze; aksamitna i pogodna z łagodną, niemal niewyczuwalna goryczką; bardzo elegancką goryczką, która ciepłym posmakiem pozostaje na dłużej na podniebieniu… Tanyang jest bardziej miodowa, bardziej zaskakująca, bardziej złożona i tajemnicza…Każda inna, każda piękna… Uwielbiam je obie! 😉

_MG_3793

wszystkie zdjęcia są autorstwa Jowity Dykas/ Foto Jowi