Anji Bai Cha w drewutni ;)

Wspomnienie sprzed roku odświeżone jakiś tydzień temu…
– O, postawiłeś pawilonik herbaciany!? – wykrzyknęłam przystanąwszy ze zdumienia.
– Pawilonik herbaciany? – zdziwił się Tata – Nie, to drewutnia.
– Jaka drewutnia? Toż to idealne miejsce na ceremonię herbacianą – mówiłam przejęta. Czułam jak ta drewniana budowla jest przepełniona spokojem i dobrą energią. Całe otoczenie wokół: rosnące w siłę sosny, kamienie, młoda trawa, cisza dookoła mącona tylko delikatnymi podmuchami wiatru – to wszystko samo z siebie czyniło to miejsce idealnym do wyciszonego przygotowania herbaty. Oczami wyobraźni widziałam, jak w słoneczny, ciepły dzień siedzę pod spadzistym daszkiem i niespiesznie przygotowuję herbatę… – O, nawet są dzwonki wietrzne! – zawołałam.
Weszliśmy do domu a ja obiecałam sobie i Tacie, że gdy tylko przyjadę tu następnym razem i będzie ciepło – koniecznie zaparzę herbatę w tym cudownym pawiloniku herbacianym…

Kilka miesięcy później znów stanęłam przed drewutnią. Powietrze pęczniało ciepłem ukołysane ciszą i subtelnym wiaterkiem. Dzwonki wietrzne pobrzękiwały jakby od niechcenia, rozleniwione letnim popołudniem… Uśmiechnęłam się do siebie, bo czas i okoliczności dopasowały się do miejsca – idealne warunki, by napić się herbaty…

   

Nastawiłam wodę na herbatę. Tymczasem Tata znalazł kawałek wykładziny, który idealnie pasował do położenia na betonowej podłodze pawiloniku herbacianego. Przyniosłam i rozstawiłam swoje utensylia do herbaty. Dostałam w prezencie mały wazonik, do którego wstawiłam stokrotkę – kwiat, który zawsze kojarzy mi się z lekkością, beztroską i radością; chciałam, by tego dnia chwile przy herbacie pod dachem drewutni takie właśnie były…

W pudełku miałam ze sobą kilka herbat, ale wybrałam Anji Bai Cha… Pierwszy raz tę herbatę spróbowałam zaparzoną przez Roberta – oryginalna Anji Bai Cha pochodząca z chińskiego regionu Anji w północnej prowincji Zheijang ze zbiorów w 2015 roku. Wspomnienie tego smaku – lekkości, subtelnej słodyczy naparu, niezmiennie wywołuje uśmiech na mojej twarzy. To była dobra herbata dobrze zaparzona. Rok później piłam Anji Bai Cha przywiezioną przez Jarka – świeża, aromatyczna, choć zdawała mi się bardziej wyrazista niż ta, którą poczęstował mnie Robert. A teraz byłam w posiadaniu Anji Bai Cha od Wojtka.

Usiadłam po turecku przed naczyniami herbacianymi. Woda przestygła do odpowiedniej temperatury… Pierwszy napar był łagodny – herbata zdawała się być jeszcze nie w pełni obudzoną i tylko nieśmiało ujawniała świeże trawiasto-kwiatowe akcenty.

         

Następne napary pozostały łagodne, ale każdy kolejny dawał jakby więcej słodyczy… Cieszyłam się, że nawet Tacie smakuje… 🙂

Nigdzie się nie spiesząc z maleńkich czareczek spijaliśmy napar kojąco zrównoważony…

I taka oczywista oczywistość mocno zakiełkowała w świadomości: delektowanie się herbatą to nie tylko odnajdywanie subtelnych smaków ukrytych w naparze… to uspokojenie wewnętrznego rozedrgania; to nabranie dystansu do problemów, do których i tak trzeba będzie wrócić po ostatnim łyku herbaty; to rozrastająca się w duszy i ciele radość, że jest się w tym konkretnym miejscu, w tym konkretnym czasie i właśnie z tymi ludźmi, z którymi z wdzięcznością można dzielić to wewnętrzne przeżycie… Delektowanie się herbatą to szczęście w najczystszej postaci… 🙂

Tak, tym wpisem ocalam to wspomnienie od zapomnienia, ponieważ gdy niedawno mogłam znów odwiedzić mój pawilon herbaciany, wyglądał on tak:

Cóż, oby do lata; mam nadzieję… 🙂

p.s. O Anji Bai Cha można też poczytać:
http://cha-herbata.blogspot.com/2014/10/anji-bai-cha-z-prowincji-jiangxi.html
http://mycupofgreentea.blog.pl/2016/12/10/rozne-odslony-herbaty-cz-33-anji-bai-cha-czyli-nietypowa-chinska-zielona-herbata/
http://cappy-bara.blogspot.com/2015/05/an-ji-bai-cha-2015.html

Purezento z kraju Kwitnącej Wiśni…

Wróciłam do kuchni i zaczęłam porządkować naczynia po naszych szalonych eksperymentach.
– Japonia do mnie przyszła pod postacią młodego Japończyka – zaczęłam. – Zjawił się w mojej herbaciarni niespodziewanie z wielką walizką. Jak się później okazało – przyleciał akurat na kilka dni do Polski. Z początku zapytał o Uchiyamę, potem zaczął się interesować naszymi pozostałymi herbatami. Zaczęliśmy o nich rozmawiać, gdy nagle się zorientowałam, że młody przybysz z kraju Kwitnącej Wiśni otwiera swoją ogromną walizkę i wyjmuje z niej naczynie ceramiczne do parzenia: coś jakby skrzyżowanie gaiwana i shiboridashi, a potem herbaty: jedna za drugą… Zapytałam czy prócz herbat ma coś jeszcze w walizce, na co beztrosko odparł, że trochę ubrań… Poprosił o podgrzanie wody i oto nagle zrobiła się z tego spontaniczna degustacja. Zabawił krótko, ale zostawił mi kilka prezentów… Masz ochotę spróbować? – zapytałam Michała.
– No pewnie!
– Mam tu senchę, której pochodzenia nie znam. Tomo pewnie mówił o tym, ale zwyczajnie zapomniałam. Nazywam ją po prostu Senchą od Tomo – mówię jednocześnie zalewając listki herbaciane wodą w temperaturze ok. 85 stopni. Po mniej więcej 20 sekundach przelewam napar z gaiwana do Morza Herbaty a potem do czarek. Otula nas świeży, intensywny i mocno trawiasty aromat.
– Hmmm, jak cudownie świeżo pachnie – mówi Michał.

20151025_080359

Pierwszy łyk. Charakterystyczna dla herbata japońskich oleistość tutaj jest na dalszym planie i łagodnie dopełnia świeżość wiosennych traw, które chyba najpełniej charakteryzują tę herbatę. Kremowość i subtelność.
Przy każdym łyku goryczka pojawia się nagle, jakby w finalnym wykończeniu. Taka kropka nad „i”.
Liść pięknie rozwinął się od razu.

20151101_084520

Przy drugim parzeniu zalewam na około 30 sekund wodą w temperaturze ok. 80 stopni Celsjusza. Świeżość z pierwszego parzenia została zastąpiona…słodyczą, a finalna goryczka złagodniała jeszcze bardziej, raczej przybierając postać przemykającej mgiełki…
– Ta bezimienna Sencha od Tomo smakuje mi wyjątkowo dobrze w porównaniu z innymi japońskimi senchami, które piłam. Przyznaję, nie wypiłam ich jeszcze zbyt wiele – mówię.
– Ale wszystko przed tobą – uśmiecha się Michał.

Trzecie parzenie – zrobione wodą ok. 75-70 stopni Celsjusza – trwa około minuty. Pijemy je w milczeniu. Ta herbata nie jest specjalnie skomplikowana, nie zaskakuje przy kolejnych zalaniach, ale jej stały charakter przynosi ukojenie i spokój…

Czwarte parzenie robimy wodą o temperaturze ok. 70-65 stopni i otwieramy gaiwan po ok 2-3 minutach. Teraz herbata jest delikatna z dominującą ciepłą słodyczą. To świeżość wiosennych traw i oleistość zostały tylko we wspomnieniach z pierwszego parzenia…

20151101_081241

Piąte parzenie raczy nas już bardzo słabym naparem, choć niezmiennie urzeka słodyczą i roślinnym posmakiem…
– Powąchaj liście w gaiwanie – mówię do Michała.
– Czuję morze, glony, wodorosty…
– Ale nie ma ryby…
– Faktycznie: nie ma ryby…
– Niesamowita delikatność…- zamyślam się.
– No dobrze – Michał wyrywa mnie z zadumy – pokaż co tam jeszcze masz od Tomo.
– Kolejna herbata, którą dostałam od przeuroczego Japończyka to Kamairi-cha z Miyazaki…

20151025_080230

Zagotowuję wodę. W międzyczasie zmywam czarki i gaiwan z poprzedniego zaparzania. Bardzo lubię zmywać – to mnie uspokaja…

Gdy woda zostaje przestudzona do ok. 85 stopni zalewam soczyście zielone liście.
Po ok. minucie smakujemy zielono-złoty napar.
– Czujesz tę słodka nutę? – pytam Michała.
– Czuję, ale zupełnie nie mogę zidentyfikować tego smaku.
Wąchamy zawzięcie herbatę w czarkach, siorbiemy głośno i wznosimy oczy ku niebu, jakby stamtąd miało przyjść na nas natchnienie i nazwa tej słodyczy, której nie potrafimy wyartykułować.
– Przypomina mi to maślane ciasteczka – mówię.
– Jest to niedoskonale określenie – mówi Michał – ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. Zaskakujące! Tu też nie ma tego rybnego posmaku i zapachu!
– No jest – mówię wolno – tylko jest tak uroczo subtelny, że trudno go wyłapać…
– Masz rację, jest…

20151101_100747

Przy kolejnym, ok. 2-3minutowym parzeniu, już wodą przestudzoną do ok. 80 stopni, czujemy bardzo wyraźną nutę świeżej trawy i delikatnego kwiatu orchidei. Pomimo długiego parzenia, goryczka jest naprawdę słabo wyczuwalna, i pojawia się dopiero na końcu, jakby wieńczyła każdy łyk. I także tej degustacji towarzyszy dość wyraźnie wyczuwalna słodycz maślanych ciasteczek…

Trzecie, ok. trzyminutowe parzeniu w temperaturze ok. 75 stopni bardzo przypomina poprzednie. Listki w gaiwanie rozwinęły się, napęczniały wodą i wypełniły ponad połowę naczynia. Wąchamy te liście i zgodnie dochodzimy, że dominującym zapachem jest zapach morza.
– Ten aromat przywołuje wspomnienie beztroskich wakacji – mówi Michał.
– Gdybym puściła wodze fantazji, powiedziałabym, że widzę francuską plażę z początku XX wieku, wiklinowe kosze do siedzenia, panów w kostiumach w paski i kobiety z falbaniastymi parasolkami…Wakacje zaraz się skończą, więc nastroje są jeszcze radosne ale podszyte lekką melancholią…
– Wybacz, ale ja absolutnie tego nie czuję w tej herbacie – zawyrokował Michał. Coś ty ostatnio czytała, że takie obrazy wywołuje w tobie ta herbata?
– Nic co by się wiązało z nadmorskimi wakacjami –mówię. – Ale ten obraz chyba zagnieździł się w mojej głowie po obejrzeniu jakiegoś filmu.

Wzięłam ostatni łyk z czarki. Napar już wystygł i mocniej zaakcentowana goryczka bez powodzenia próbowała zdetronizować słodycz, którą tak się zachwycaliśmy…

– Trochę mnie ssie w żołądku – powiedział Michał.
– Tomo sprezentował mi również ciasteczko – mówię ze śmiechem. – Matcha cookie.

matcha cookie   20151101_104905

Bezteinową Hochi-cha, również z Miyazaki, zostawiliśmy sobie na koniec.

20151025_080714

Zaparzam ją temperaturą ok. 90 stopni; wykorzystanie do tego gaiwana okazało się nie najlepszym pomysłem – poparzyłam sobie tylko palce przelewając napar do Morza Herbaty.
Z czarek uniósł się słodowo-drzewny aromat z ziołowymi, a dokładnie z rumiankowymi, akcentami.

20151101_105955   20151101_110203

Drugie parzenie było bardzo podobne, choć tu słodowe nuty zostały lekko przełamane kwiatowymi tonami.
– Smaczna, ocieplająca herbata – powiedział Michał. – Masz jeszcze kontakt z Tomo?
– Mam. Tomo lubi Polskę i Polaków i z tego co wiem, często przyjeżdża do naszego kraju więc żywię nadzieję, że jeszcze uda się nam razem napić herbaty. Powiem ci szczerze, że nasze pierwsze spotkanie, z którego zostały mi te wszystkie herbaty, było dla mnie niesamowitym przeżyciem – nie sądziłam, że Japończycy są tak spontaniczni i kontaktowi 🙂 Było to spotkanie pełne wzajemnej otwartości, radości i prawdziwej pasji herbacianej!

Naturalny krem herbaciany.

A jednak muszę o tym napisać 🙂 W moje ręce wpadł krem herbaciany!…
Wszystko zaczęło się  w ubiegłym roku od tekstu w WO „Zjedz swój krem”. Artykuł przeczytałam i poczułam lekkie pragnienie, by spróbować takiego w stu procentach naturalnego kosmetyku. Pragnienie nie było zbyt intensywne, ale zmotywowało mnie do polubienia profilu Ani na fb. Aż pewnego dnia pojawiła się prośba od dziewczyny: niech powstanie krem na problemową cerę, czyli na taką, która zmaga się czasami z zaskórniakami, która czasami się przetłuszcza a czasami jest sucha, ma problemy z naczynkami i generalnie ciężko jej takim sklepowym kremem dogodzić. Ania obiecała, że taki krem spróbuje zrobić. A ja podniosłam rączkę, że się piszę na słoiczek tego cudu. Nie podejrzewałam nawet, że to będzie krem herbaciany… Chociaż teraz, gdy o tym myślę – nie powinno mnie to dziwić – wszystko, co związane z herbatą przychodzi do mnie ostatnio łatwo i z dużą intensywnością 😉
Tymczasem Ania zakasała rękawy i zrobiła krem – specjalistę od kapryśnej cery.
Słoiczek dotarł do mnie kilka dni temu a ja herbaciany krem testuję dniem i nocą. Konsystencja od razu przypadła mi do gustu – miękka, gęsta. Jedyne słowo, które przychodzi mi na określenie faktury herbacianego kremu to „mazidło”, ale jak najbardziej o pozytywnym wydźwięku 🙂 Do zapachu musiałam się przyzwyczaić; lubię ziołowe aromaty i uwielbiam wszelkiego rodzaju olejki eteryczne, ale zapach olejku z drzewa herbacianego, który dominuje w tym kremie, nie jest moim faworytem. Po kilku dniach stosowania moje powonienie przywykło jednak i zaakceptowało ten aromat.
Krem jest zrobiony na bazie naparu z zielonej herbaty Liu Pan Shui i zielonego rooibosa, m.in. z olejami z krokosza barwierskiego na naczynka, pachnotki, tamanu i czarnuszki na zmiany trądzikowe. Ania pisze, że niewiele jest olei o tak silnym działaniu jak te, które są bazą kremu herbacianego. Krem zawiera też bogactwo innych składników i ekstraktów roślinnych, które działają przeciwzapalnie, regulują sebum, wzmacniają naczynka, a przy tym nawilżają i regenerują. Ja widzę, jak moja cera jest równomiernie zaopiekowana dobrym kremem; te partie, które lubią się świecić – teraz są ładnie zmatowione. Nie mam też żadnych czerwonych plam po uczuleniu na składniki kremu. Jest dobrze! 🙂
20150925_104858
Przy okazji przypomniałam sobie o innym moim eksperymencie herbacianym: peelingu z białej herbaty.  Użyłam wówczas Darjeeling White Happy Valley. Zrobiłyśmy sobie z dziewczynami tzw. babski wieczór 🙂  Oczywiście najpierw było parzenie i degustowanie ale jakiż to babski wieczór bez kosmetycznych rytuałów? 😉 Liście białego Darjeelinga po zaparzeniu były duże i miękkie, więc po prostu brałyśmy je i nakładałyśmy na twarz okrężnymi ruchami. Przez kilka minut siedziałyśmy z liśćmi herbacianymi przyklejonymi do twarzy i śmiechu było przy tym co nie miara, ale gdy potem oczyściłyśmy twarze z herbacianych listków – każda z nas zgodnie przyznała – cera była miękka, idelnie napięta, promienna i ładnie pachniała 🙂 Taki efekt utrzymał się nam przez ok. 12 godzin. To chyba dobry efekt, prawda? 😉
A Wy jak, poza piciem, wykorzystujecie herbatę w codziennym życiu? 😉

Nokcha Sejak DARACK. Niespodziewane spotkanie…

Jeszcze dni są słoneczne, jeszcze wiatr jest łagodny i pieszczotliwy więc jak mogłabym nie wykorzystać tych pięknych okoliczności przyrody i odmówić sobie kolejnego parzenia herbaty w plenerze?

W Parku Ujazdowskim znalazłam ciche miejsce przy kamiennym wodospadzie. Wyjęłam z torby nierozpakowaną jeszcze herbatę, którą chciałam dziś degustować na świeżym powietrzu – koreańską Nokcha Sejak DARACK. Gdy rozkładałam czarki, gdy opłukiwałam gaiwan lekko parującą wodą z termosa, powoli przysiadali się do mnie bohaterowie kolejnej opowieści, ich rozmowy – z początku urywane – zaczynały układać się w całe zdania i dialogi.
Pierwsze parzenie było zachwycajaco słodowe i przywodziło na myśl beztroskie wakacje…

20150824_102340  20150824_102615  20150824_104204  20150824_103524
To miała być zupełnie inna historia, ale rzeczywistość przynosi czasami tak miłe niespodzianki, że trzeba je chwytać i smakować z przyjemnością i ciekawością jak herbatę, którą pijemy po raz pierwszy w życiu…
Właśnie nalewałam do czarki herbatę z drugiego parzenia, gdy nieśmiało podeszła do mnie starsza kobieta.
– Przepraszam – powiedziała uśmiechając się – ale chciałam zapytać, co pani robi?
– Teraz zaparzyłam zieloną herbatę, którą mam zamiar sfotografować – powiedziałam. Proszę – wzięłam czarkę i podałam ją kobiecie – niech pani spróbuje.
-Ach, nie, nie…ja tylko chciałam zapytać co pani fotografuje, może jakieś kamyczki…siedziałam tam nieopodal, wie pani – umówiłam się z koleżanką, która jeszcze nie przyjechała i tak siedziałam tam na ławeczce – wskazała ręką na ścieżkę po drugiej stronie parkowego wodospadu – i przygladałam się co pani robi. Postanowiłam podejśc i zapytać…
– Robiłam zdjęcia herbaty na mojego bloga. Proszę – znów podałam kobiecie czarkę z herbatą – proszę napić się ze mną herbaty.
Kobieta jeszcze chwilkę się wzbraniała, ale ponieważ byłam nieugieta i zachęcałam do przyłaczenia się z uśmiechem, starsza pani w końcu wzięła z mojej ręki czarkę i popatrzyła na napar herbaciany.
– A co to za herbata? – zapytała.
– Zielona. Koreańska. Kupiłam ją w ubiegłym roku w Krakowie, w Czajowni…Co ja mówię? Nie w ubiegłym roku – roześmiałam się – to było w tym roku. Ale tyle rzeczy się wydarzyło, że wydawało mi się, że to było co najmniej rok temu…
-Wie pani, ja to nie lubię zielonych herbat – powiedziała kobieta.
– Niech pani spróbuje.
Starsza pani usiadła na kamiennej ławce obok mnie i podejrzliwie zanurzyła usta w czarce z naparem.
– O, nie jest wcale taka zła…
Zaśmiałam się.
– Jest badzo dobra. Chociaż teraz, w drugim parzeniu, jakby ukryła przede mną swoje piękno. Ale zaraz zrobię kolejne parzenie i zobaczymy jaka będzie w smaku…

20150824_104154
– To robiła pani zdjęcia na bloga? – Gdy skinęłam głową, kobieta mówiła dalej: Mój kolega też prowadził bloga. Pisał wiersze i zamieszczał je w internecie…
– A jak sie nazywa ten blog? – zainteresowałam się. – Chętnie poczytam…
– A, nie…on już nic tam nie zamieszcza. Wie pani jak to jest, jak już człowiek jest starszy…a ten poeta ma, tak jak ja, 70 lat. W takim wieku już się wielu rzeczy po prostu nie chce…coś boli, coś strzyka i to potem odbiera ochotę na robienie czegokolwiek.
– Znam studentów z drugiego lub trzeciego roku, którym się też nic nie chce, a nic im nie strzyka. Przynajmniej nie powinno – mówię.
– Ach, bo to, wie pani, zależy od człowieka…Ja jeszcze mam siły, chwała Bogu, i coś się zawsze zorganizuje. Poszłam – bo mogłam – na wcześniejszą emeryturę; chciałam jeszcze się życiem nacieszyć a nie tak ciągle pracować i pracować. Dziś się umówiłam z koleżanką i idziemy na spacer…Najgorsze, jak się człowiek zasiedzi…
Tymczasem ja zrobiłam trzecie parzenie koreańskiej herbaty. Rozlałam napar do czarek. Moja rozmówczyni, już trochę śmielej, wzięła pierwszy łyk. I kolejny, i kolejny. Obserwowałam, jak smakuje napar, jakby próbowała zidentyfikować jego wszystkie smaki…
– Bardzo łagodna – powiedziała po chwili. Chociaż ja nie przepadam za zieloną herbatą…
– Tak, łagodna, trochę słodowa, z warzywnymi akcentami…
– Tak, rzeczywiście trochę taka warzywna…
– I nie ma goryczki…
– Ja to generalnie nie pijam herbaty. Ale ta mi nawet smakuje. Kawy zresztą też nie piję.
– Nie lubi pani kawy?
– Wolę zapach. Ale muszę powiedzieć, że nie piłam zbyt często dobrej herbaty. Kiedyś pojechałam do Budapesztu i tam mieliśmy zakwaterowanie w kwaterze, to była kwatera główna. Przyjechaliśmy tam z lotniska i pani, która nas obsługiwała zapytała czy chcemy herbaty lub kawy. Ponieważ nie przepadam za kawą, poprosilam o herbatę. Powiem pani, że o mały włos a znienawidziałabym herbatę do końca życia. Boże, co ja dostałam? Ta kobieta, która mi zaproponowała tę herbatę, ona ją zrobiła nie tak, jak my robimy – w czajniczku i zalana wodą – ona to w garnku, pewnie w takim co wcześniej kartofle gotowała i nie umyła tego garnka, nalała wody, wsypała tę herbate i zagotowała. I ja taką herbatę z garnka dostałam. Boże – myślałam – nie wypiję tego bo to jakies obrzydlistwo; ale dobrze, że mieli tam cytryny. Wtedy w Polsce cytryn tak nie było, ale tam mieli. Poprosiłam o cytrynę i trochę tego soku sobie wycisnęłam i wtedy mogłam tę herbatę wypić; ten sok uratował całą herbatę.
– A w którym to było roku – zapytałam zaintrygowana.
– W 65 lub 66. Chyba 65. Tak, to był 65 rok.
– A pamięta pani z czasów prl-owskich oolongi?
– Tak, pamiętam oolongi.
– Wiele osób mówi, że to były najgorsze herbaty, jakie pili; gdy teraz pokazuję równolatkom mojej babci oloongi z Tajwanu czy z Tajlandii, wszyscy otwierają szeroko oczy i mówią, że te pięknie pachnące herbaty nie mogą być oolongami, bo tamte były po prostu obrzydliwe…
– Ja nie piłam złych oolongów. Nie mogę powiedzieć, że to były najgorsze herbaty. Nie były tak dobrej jakość jak teraz, ale nie mogę powiedzieć, że były najgorsze z możliwych. Ale wie pani, wtedy prym wiódł Madras…zdobyć taka herbatę, to było coś. Była wyśmienita. O, już jest moja koleżanka – zakrzyknęła moja rozmówczyni – chodź tu do nas. Czekałam na ciebie i patrzę a pani jakieś zdjęcia robi. Okazuje się, że pani ma bloga i pisze tam o herbatach. A tutaj pijemy zieloną herbatę.
Przywitałam się z nowo przybyłą starszą panią i nalałam do czarek zrobione przed chwilą już czwarte parzenie. Podałam czarkę drugiej starszej pani, która – podobnie jak wcześniej jej koleżanka – patrzyła na mnie i na podawaną przeze mnie herbatę podejrzliwie.
– Nie, nie dziękuję bardzo… A co to za herbata?
– Zielona. Koreańska, niech pani spróbuje – zachęcałam.
– Nie, nie, ja to naprawdę nie lubię zielonych herbat…
– Niech pani tylko spróbuje – kusiłam z uśmiechem.
W końcu pani dała się namówić. Wzięła łyk i jej twarz się rozpogodziła.
– Ach, jaka dobra – zwróciła się z uśmiechem do koleżanki.
– Tak, ja też nie lubię zielonych herbat, ale jak mnie ta pani poczęstowała i spróbowałam, to chyba teraz zacznę pić zielone herbaty… Może pani sobie to przypisać na plus, że przekonała mnie pani do zielonych herbat – zwróciła sie do mnie ze śmiechem
-Bardzo się cieszę; dziękuję – odpowiedziałam z radością.
Tymczasem kobieta, która przed chwilą dołaczyła do nas dopiła herbatę do końca i odstawiła czarkę.
– No naprawdę dobra herbata. Ja nie wiedziałam, że zielone mogą być tak dobre…Bo ja to zwykle piję jakieś takie mocne i gorzkie…
– Może za wysoka temperatura parzenia – zasugerowałam.
– Nie, przecież my wiemy, że zielone trzeba zaparzać przestudzoną wodą…Ale ja to piję, wie pani, takie z saszetek…
– To zachęcam do picia herbat liściastych – są o wiele smaczniejsze i zdrowsze. Proszę zobaczyć jaki piękny liść herbaciany – powiedziałam jednocześnie pokazując paniom tulące się na dnie gaiwana liście Darack`a.

20150824_103211
– Tak, piękne, piękne liście – przytaknęły zgodnie.
-Dobrze, na nas już czas – powiedziała pierwsza pani. Życzymy wszystkiego dobrego w prowadzeniu bloga i bardzo dziękujemy za poczęstowanie nas herbatą.
– Bardzo dziękuję. I bardzo się cieszę, że napiły sie panie ze mną herbaty. Wszystkiego dobrego – pomachałam na pożegnanie dwum oddalającym się powoli starszym paniom.
Zajrzałam do termosa i oszacowałam, że wystarczy wody na jeszcze jedno, ostatnie już, parzenie. Gdy piłam napar z czarki myślałam o przypadku, który przeplata ze sobą losy różnych ludzi. Czemu mają służyć te spotkania? Czy rzeczywiście – jak się często słyszy – każde spotkanie ma nas czegoś nauczyć? Czy naprawdę jest tak, jak pisze w „Mowie ciszy” Eckart Tolle: ” Ostatecznie, nie ma żadnych innych – wszędzie i zawsze spotykasz tylko siebie”?

20150824_103353