W jesiennych kolorach – Huang Ya…

Mój znajomy robiąc ostatnio porządki w piwnicy odnalazł swoje stare książki o sztuce herbaty oraz schowane czajniczki; pozazdrościłam mu trochę tych odkrytych skarbów, bo jest czymś fascynującym odnajdywać dawno nie używane, niemal zapomniane lub niedostrzegane na co dzień przedmioty, poznać ich – niejednokrotnie niesamowitą historię, nauczyć się czegoś nowego, odbyć podróż w czasie do miejsc, których dawno już nie ma lub w teraźniejszości wyglądają zgoła odmiennie niż wówczas, kiedy powstawały w nich przedmioty dziś odkrywane z zachwytem…

Dawno, dawno temu, za górami za lasami bo w dalekiej republice Związku Radzieckiego czyli w Kirgizji, mieszkały dwie siostry, które lubiły ładne rzeczy a dodatkowo miały smykałkę do korzystnych zakupów. Pewnego razu, wczesną jesienią, siostry wybrały się z zamiarem kupienia butów na nadchodząca zimę do jednej z kirgiskich wsi, gdzie znajdował się sklep o dumnej nazwie Manas – pełen szykownych i eleganckich (jak na tamte czasy) przedmiotów…Tak na marginesie, nazwa sklepu jest bardzo ciekawa – bowiem Manas to kirgiska postać mityczna, choć niektórzy badacze twierdzą, że jednak jak najbardziej historyczna, ale też tytuł epopei kirgiskiej – wpisanej na listę światowego dziedzictwa Unesco oraz do Księgi Rekordów Guinnessa jako najdłuższa epopeja na świecie. Nieliczni badacze, którzy podjęli się próby interpretacji eposu mówią, że jest to dzieło niezwykle bogate w znaczenia; nie tylko opisuje bitwy stoczone przez Kirgizów z wrogiem zewnętrznym, ale opisuje też bogatą i barwną kulturę tego narodu, z której można dowiedzieć się m.in. o religii, filozofii, medycynie czy etyce i estetyce kirgiskiej…

Siostry kupiły buty na zimę, ale gdy już chciały wracać, wtem młodsza siostra dostrzegła piękny, w żywej czerwieni, energetyczny zestaw herbaciany. Koniecznie zapragnęły go kupić. Wróciły do domu po pieniądze, by znów zawitać w sklepie i kupić upatrzony serwis do herbaty. Oczywiście, jak to w przypadku kobiet kochających zakupy na zestawie herbacianym się nie skończyło i siostry wyszły ze sklepu obładowane całą masą paczek i paczuszek z zakupami…

Nie przestaje mnie fascynować jak pokrętne i dziwaczne bywają drogi jakimi przedmioty trafiają do swoich stałych lub tymczasowych właścicieli…Jak serwis do herbaty kupiony w kirgiskim sklepie o dumnie brzmiącej nazwie „Manas” trafił do mnie?… A, to już zupełnie inna historia 😉
Niemniej trzymam w ręce filiżankę, która jest częścią serwisu herbacianego, w skład którego wchodzą dwa czajniczki do herbaty – jeden duży, drugi mały; cukiernica z mleczarką, komplet sześciu filiżanek z podwójnymi podstawkami oraz maselniczka… A wszystko to wyprodukowano w kraju, który już nie istnieje dla kraju, który także już nie istnieje: na spodzie filiżanki widać wyraźnie napis DDR (Deutsche Demokratische Republik) czyli NRD (Niemiecka Republika Demokratyczna)… No i akcent angielski: made in… 😉

Tajemnicą też pozostanie jaką drogę przebyła gliniana figurka czytającego Kirgiza i w jakich okolicznościach stracił on swój nos 😉

   

Kolorystyka serwisu herbacianego skojarzyła mi się z czerwieniejącą intensywnie na drzewach jarzębiną. Postanawiam więc dziś w tych wyrazistych kolorach zaparzyć herbatę, którą dostałam w prezencie od Mamy czyli herbatę żółtą. Cóż mogę o niej powiedzieć? Niewielkie, jak do tej pory, jest moje doświadczenie z tą grupą herbat, a to ze względu na to, że bardzo trudno w Polsce dostać dobrej jakości żółtą herbatę. Miałam do czynienia z dziwnie smakującą Jun Shan Yin Zheng oraz z urzekającą Yellow Mogan Shan. Próbowałam też kilka herbat określanych jako żółte ale bez dostępnego mi rodowodu.

Moja żółta Huang Ya pochodząca z Syczuanu, którą najpierw poznaję przez zanurzenie nosa w opakowanie, pachnie trochę cukrem a trochę namoczonymi deszczem opadłymi jesiennymi liśćmi; bardzo intensywnie czuję też zapach deserowej czekolady. Przyjemny zapach…

Postanawiam trochę z tą herbatą poeksperymentować, więc najpierw zaparzę ją trzy razy wrzącą wodą na 3 minuty.

Ciekawe jakie doznania będą mi dostępne po zaparzeniu?

Napar żółty, a w jego zapachu dominują intensywnie nuty cukru trzcinowego oraz roślinnych akcentów. Pierwszy łyk. Moje skojarzenia smaku to połączenie ciemnej ale łagodnej herbaty cejlońskiej z równie łagodna zieloną herbatą chińska 😉 Jestem lekko zaskoczona, bo słodycz usuwa się na dalszy plan ustępując miejsca wyraźnie roślinno- mineralnej nucie; jest też lekka cierpkość – naprawdę słabo wyczuwalna, która chropowaci się na języku i podniebieniu. Nie ma – ku mojemu zaskoczeniu – goryczki.

Liście są piękne zielono-żółte i pachną suszonymi morelami. Lubię wybierać liście z naczyń, w których parzę… teraz podziwiam pełne, mięsiste liście i pączki liściowe.

W drugim parzeniu zapach naparu bez zmian, tylko w smaku herbata robi się bardziej cierpka i drzewno-roślinna. Ale o ile pierwszy napar mógł zaciekawić, to drugi już niekoniecznie…

Trzecia próba daje w efekcie blady kolor naparu i również blade doznanie smakowe…

Wącham liście w czajniczku i dziwię się czując… rosół wołowy z dużą ilością liścia laurowego a przy tym jakieś świeże akcenty, których nie potrafię zidentyfikować. Czy ta herbata jest tak zaskakująca czy mój nos płata mi figle? 😉

Kolejnym eksperymentem będzie parzenie w niższej temperaturze wody: 70 stopni (tak, tak, podkradłam Mamie termometr 😉 ). Czas parzenia 3 minuty i, tak jak przy parzeniu wrzątkiem, zrobię trzy zalania…

Cóż… napary wypadły dużo bledsze i bardziej brązowe niż żółte; zapach pozostał przyjemny roślinno – cukrowy. Smak jednak nie dawał pola do delektowania się niuansami…

Można rozmarzyć się nad filiżanką herbaty, która otulając różnymi aromatami odsyła nasze skojarzenia do odległych zdarzeń, przypomina zdumiewające smaki i zapachy prowadzące do wspomnień… Można skupić się na doznaniach smakowych katalogując wrażenia w szufladce z charakterystyką danej grupy herbat. Huang Ya dała mi jedno i drugie…cenię sobie ten kolejny krok ku poznaniu żółtych herbat; bo co ja wiem o żółtej herbacie? Tyle co nic… 😉

 

 

Zaglądałam:

https://ru.wikipedia.org/wiki/%D0%9C%D0%B0%D0%BD%D0%B0%D1%81

http://kirgiski.pl/2014/04/manas-i-jego-potomkowie-czyli-najobszerniejszy-epos-swiata/

http://revolution.allbest.ru/religion/00415082_0.html

https://ok.ru/vetommirey/topic/65340676554923

http://pixanews.com/photo-from-the-world/kirgiziya-zametki-na-polyax.html

 

Reklamy

Mogan Yellow Shan czyli czarka czarce nierówna… ;)

Po powrocie z czeskiego święta herbaty Čajomír Fest 2016 Piotrek podzielił się kilkoma spostrzeżeniami dotyczącymi naczyń, w których parzy się daną herbatę; w tym samym czasie niezobowiązująco dyskutowaliśmy z Adrianem o podstawowej bazie sensoryki smakowej i z tej konfrontacji Adrian podesłał mi ciekawy link, którego treść nie przestaje mnie zastanawiać. Wróciłam także do lektury książki Przemysława Trzeciaka Powieki Bodhidharmy. Powyższe wydarzenia zainspirowały (lub, jak czasami o tym myślę – zmusiły) mnie do ukończenia obiecanego wcześniej postu o czarce zrobionej przez Grzesia Ośródkę.

Wielokrotnie słyszałam: odpowiednia herbata potrzebuje odpowiedniej oprawy. Co jednak konkretnie znaczy „odpowiedniej”? Od czasów Lu Yu wiele się zmieniło nie tylko w chińskiej produkcji czarek, ale i w standardach określających jaka konkretnie czarka (czyli z czego wykonana, czym i jakim kolorem poszkliwiona) jest właściwa dla danego rodzaju herbaty.* Zmieniła się w końcu i sama herbata stawiając przed współczesnymi ceramikami idącymi drogą herbaty nowe wymagania…Ja sama, zanim nie pojechałam do Grzesia na wypał, zanim nie dostałam do ręki dwóch intrygujących czarek w czarnym kolorze – kolorze, za którym szczerze nie przepadam – i nie napiłam się z nich różnych herbat, podchodziłam bezmyślnie lub zgoła niefrasobliwie do naczyń herbacianych.

Tak więc w moje ręce trafiły dwie poszkliwione na czarno czarki wykonane przez Grzesia. Jedna z nich została zrobiona z porcelany technicznej…

20160523_184248   20160523_184301

…druga z masy antracytowo-kamionkowej.

20160523_184137   20160523_184155

Obydwie pokryte szkliwem testowym – dolomitowym.

A skoro już miałam je w rękach, postanowiłam je przetestować. Mój wybór padł na herbatę, którą jakiś czas temu dostałam od Roberta – Mogan Shan Yellow Tea. Z informacji przekazanych mi przez Roberta wiem, że ta herbata pochodzi z niewielkiej plantacji w górach Mogan, należącej do pana Xia – farmera zajmującego się od pokoleń uprawą herbaty. Mogan Yellow Tea to zanikający lokalny typ herbaty wyparty przez produkowaną na masową skalę herbatę zieloną. W związku z tym Mogan Shan jest produkowana w niewielkich ilościach, głównie na własne potrzeby plantatora oraz niekiedy rozprowadzana na specjalne zamówienie wśród wielbicieli unikatowych herbat. Nie jest to herbata zbyt dokładnie obrabiana a więc i jej cena nie jest zbyt wysoka…

Przygotowuję naczynia do zaparzenia herbaty. Na zasadzie kontrastu, do niemal czarnych czarek Grzesia, biorę niemal białe gaiwan i cha-hai od Anety Zatyki 😉

20160523_184606   20160523_184420

Listki Mogan Yellow Shan w ogrzanym gaiwanie pachną różami, a dokładniej płatkami, nie pierwszej świeżości, róż; nie jest to jednak zapach przykry…i pięknie łączy się z nutami karmelu, wiśni i orzecha laskowego. Oksydacja listków jest bliska 90%. Robert mówił, że liście zostawia się do momentu aż staną się brązowe i zaczną wydawać owocowy aromat.

Uchylam lekko pokrywkę gaiwana i konspiracyjnie zaglądam do środka, by podpatrzeć ciemniejący napar. Przelewam do Morza Herbaty – tutaj, w białym naczyniu pięknie widać kolor naparu, który przypomina kolor miodu spadziowego muśniętego słońcem.

20160523_184536   20160523_184817

Piję najpierw z Morza Herbaty – smak łagodny, lekko winny z wyraźną mocą choć nie ekspansywny; a potem napar przelewam do grzesiowych czarek…Mam wrażenie, że w czarnych naczynkach herbata nabrała wyrazistości. Jakby naczynie dopełniło smak herbaty. I w każdej z czarek smakuje inaczej…Próbuję uchwycić różnicę i po raz kolejny czuję się lekko sfrustrowana nie mogąc precyzyjnie zidentyfikować wyczuwalnych smaków…Mam przy tym wrażenie, że w czarce z masy antracytowo-kamionkowej napar Yellow Mogan Shan jest pełniejszy, szlachetniejszy…

20160523_185728   20160523_184301   20160523_192230

Dzwonię do Grzesia i opowiadam mu o swoich dziwnych eksperymentach smakowych. Grzegorz proponuje, bym spróbowała w czarnych czarkach jakąś zieloną herbatę…może oleista japonka byłaby dobra?

Jednak na początek zaparzam Lung Jinga. W czarce z porcelany technicznej chropowatość naczynia ciekawie dopełnia świeżość zielonej herbaty. W drugiej czarce poczułam, że… naczynie nie jest kompatybilne z herbatą 😉 inaczej nie mogłabym tego opisać… czarka z masy antracytowo-kamionkowej jest jakby zbyt gładka do tej herbaty, co naprawdę budzi zdziwienie, jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że zielona herbata zwykle najlepiej smakuje w cieniutkiej, gładkiej chińskiej porcelanie…

20160608_113310

Ale, by eksperymentom stało się zadość – do czystego gaiwana nasypuję sprezentowana mi przez Ewę senchę z Nary

Chropowatość czarki z porcelany technicznej ładnie łączy się z oleistą zieloną herbatą. Pasuje, jednak nie w taki totalny, absolutny sposób. Większą harmonię można wyczuć w naparze nalanym do drugiej czarki. Budzi się we mnie skojarzenie wody i kamienia; wody, która otula kamień i jest to czymś naturalnym, współbrzmiącym…

Gdybym jednak miała dokonać wyboru, które z herbat parzone w czarnych czarkach najbardziej do tychże naczyń pasują – wybrałabym ciemną herbatę. Może odeszłaby w tym przypadku możliwość podziwiania koloru naparu, ale pozostałe zmysły są wówczas wyczulone i właśnie poprzez węch i smak, niejako z zamkniętymi oczami – można delektować się herbatą. Specyficzny charakter ciemnej herbaty dopełnia każdą z czarek, którą testowałam… Czy to jest tylko kwestia koloru? 😉

*Zachęcam zajrzeć do książki Przemysława Trzeciaka „Powieki Bodhidharmy”, w szczególności do rozdziału pt: „Czarki z Yuezhou”

Jun Shan Yin Zhen…

Odkąd Jowi zmieniła pracę na bardziej absorbującą a potem się wyprowadziła, nie miałyśmy praktycznie czasu na wspólne spotkania herbaciane i pogaduchy.
Mieszkając razem często spotykałyśmy się w kuchni, robiłyśmy herbatę i rozmawiałyśmy. Kiedyś też pozwalałyśmy sobie na spontaniczne wypady do herbaciarni i zamęczanie ekspedientek o informacje o tej czy o tamtej herbacie klasycznej i o plantacje pochodzenia; chociaż natarczywie wypytywałam głównie ja, podczas gdy Jowi z lekkim uśmiechem zaglądała do kolejnych puszek lub słojów z herbatami aromatyzowanymi. Nasze gusta herbaciane były i są różne, ale może właśnie dlatego czyniło to nasze wspólne degustacje herbaciane tak różnorodnym i ciekawym doświadczeniem…
W końcu moje ponawiane zaproszenie na herbatę przyniosło pozytywny skutek i spotkałyśmy się. Na dodatek w większym gronie, bo Jowi pojawiła się z Karolem.
– Odkopałam stary obiektyw do aparatu – powiedziała Jowi po wejściu do kuchni i wyciągając z torby swój sprzęt fotograficzny. – Nie chciałam go wcześniej używać, bo nie jest najlepszej jakości i nie najlepiej pracuje, ale dopóki nie kupię sobie nowego sprzętu, to zamierzam bawić się tym. Możemy go dziś wypróbować, jeśli chcesz; pstrykniemy parę fotek herbie berbie.
– Super! – odparłam z entuzjazmem i otworzyłam szafkę z herbatami po czym zwróciłam się do moich gości: – Co chcecie?
– Masz jeszcze tę białą herbatę z aloesem, którą kupiłaś na zamknięcie herbaciarni Ganders? – zapytała Jowi.
– Och, Jowi, tę już piłyśmy; wiem, że ci ona bardzo smakuje, ale ja ci ją po prostu dam i będziesz sobie popijała…na przykład w pracy. Ja chciałam zaparzyć wam coś nietypowego… Może – herbatę żółtą? Takiej jeszcze nie piliście, ja również nie, bo kupiłam ją parę dni temu, więc razem będziemy odnajdywać w niej ukryte smaki. To jest Jin Shan Yin Zhen z chińskiej prowincji Hunan.
Jowi i Karol raczej sceptycznie odnieśli się do mojego entuzjazmu.

Zagotowałam wodę w czajniku i przelałam ją potem do szklanego dzbanka aby szybciej wystygła. Na opakowaniu z herbatą widniała bowiem temperatura 80 stopni jako optymalna do parzenia Jun Shan Yin Zhen. Przygotowałam czarki, ogrzałam czajniczek i wsypałam do niego jasnozielone liście.

_MG_3705   _MG_3687

Po chwili uniosłam malutką przykrywkę i wsadziłam nos do czajniczka. Ten zapach mi się nie spodobał. Podałam ciepły czajniczek Karolowi i Jowi a oni powąchawszy ogrzane liście herbaty milczeli dyplomatycznie.
– Pachnie wędzoną makrelą – powiedziałam. Oj joj, co to będzie po zaparzeniu? 😉
Zaparzyłam i po około pół minuty przelałam napar do maleńkich czareczek.

_MG_3710  _MG_3723

Próbujemy. Już wiem, że to nie będzie miłość od pierwszego łyku… Wędzona nuta bez dymnego akcentu. Jedyną wędzoną herbatę jaką do tej pory piłam był Lapsang Souchong i muszę przyznać, że swego czasu byłam namiętnym pijaczem tej herbaty. Ale Jun Shan Yin Zhen nie ma w sobie ani krzty wędzonej elegancji. Staram się podejść do tego nietypowego smaku obiektywnie, ale nie mam żadnej radości z degustacji tej herbaty. Patrzę na moich gości i widzę po ich minach, że – delikatnie mówiąc – nie zachwyca ich ta żółta herbata.
Postanawiamy, chociażby dla dobra zdjęć, które Jowi robi namiętnie podczas gdy ja przepłukuję czarki, zrobić kolejne parzenie.

_MG_3745  _MG_3747

Drugie parzenie robię tak przez około 2 minuty. Napar, podobnie jak za pierwszym razem, jest blady i łagodny ale smak…
– No wędzona krakowska kiełbasa – podsumowuje bezpretensjonalnie Karol odrzucając powściągliwą dyplomację.
– A przy tym bardzo mocna goryczka – mówię. Jeśli spróbować być dociekliwym to można się doszukać w tej herbacie trawiastych nut; ale one bardzo nieśmiało się pojawiają, tak mocno zdominowane przez gorycz i wędzony smak…

Trzecie parzenie – trzyminutowe, Jowi kwituje:
– Łosoś wędzony z Biedronki?
– Mam to uznać za zaletę?
– Niekoniecznie…
Tak, zaskakująca herbata…ale raczej nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Lubię nietypowe smaki, ale przy tej herbacie nie mam poczucia, że obcuję z czymś wyjątkowym i urzekającym. Może źle ją parzę – może powinnam użyć innych naczyń? Może gaiwana? Może niewłaściwie ją piję? Postanawiam nie spisywać tej herbaty na straty. Jeszcze nie…

_MG_3755

Tymczasem Karol dyskretnie zerknął na zegarek:
– Dobra, dziewczyny, muszę was zostawić – mam jeszcze dziś jedną sprawę do załatwienia.
c.d.n…

wszystkie zdjęcia są autorstwa Jowity Dykas/ Foto Jowi