Poznański Festiwal Herbaty Zaparzaj! czyli… skupienie na herbacie…

Następnego dnia po zakończeniu trzeciej edycji Poznańskiego Festiwalu Zaparzaj! obudziłam się pełna nowych pomysłów na kolejną odsłonę herbacianego święta… A jednak bardziej niż nowe idee zaparzajowe odczuwałam smutek, że tegoroczny Zaparzaj! już się zakończył, a przede wszystkim, że porozjeżdżali się moi herbaciani przyjaciele…

Czasami trudno jest pielęgnować radość, chociaż nawet jeśli to nie pozostanie, jest piękne, że było*…

Piękne było, że w ogóle udało się nam tegoroczny Zaparzaj! zorganizować, pomimo różnych przeciwności losu, z jakimi zmagał się każdy z organizatorów 😉 Zaangażowanie, z jakim garstka ludzi dobrej woli: Macio, Darek, Michał, Hania, Ania, Agata, Czarek, Ewa, Krzysiek, Maciej i Kwietna oraz nasi najwspanialsi na świecie wolontariusze, działała na Zaparzaj! jest jedną z najpiękniejszych i najradośniejszych rzeczy jakie miałam przyjemność i zaszczyt współ-przeżywać 😉 Jestem też pełna wdzięczności dla wszystkich zaparzajowych prelegentów, którzy z zaangażowaniem i pasją dzielili się swoją niebywałą wiedzą i przebogatym herbacianym doświadczeniem, oraz dla wystawców, dzięki którym zapasy herbaciano- ceramiczne powinny nam na jakiś czas wystarczyć 😉

Piękne było to, że do Poznania zjechali naprawdę wybitni herbaciarze i ceramicy herbaciani; że pogoda się nam w miarę udała, a kiedy się nie udawała krzyżując plany zaparzania na trawie, to okazało się, że można zaparzać herbatę w innej przestrzeni a napary smakują nowymi doznaniami…

Piękne było to, że widziałam całą masę uśmiechniętych, zadowolonych twarzy, słyszałam słowa: ten festiwal pokazał mi herbatę w innym świetle; nie wiedziałam, że herbata może być tak różnorodna i fascynująca…

Piękne było też to, że zostałam zmuszona do parzenia herbaty, co stało się dla mnie nowym i jakże niezwykłym doświadczeniem herbacianym…Tak powstał punkt zaparzajowego programu: „Skupienie na herbacie”, którego ideą było przygotowanie herbaty dla kameralnego grona osób i niespieszna degustacja unikatowej herbaty hei cha skoncentrowana na wsłuchaniu się w smak i zapach herbaty i świadomym docenieniu cha xi. Aranżacja przestrzeni herbacianej była przeze mnie i Roberta przygotowana na długo przed Festiwalem; użyliśmy kilku elementów, którymi chcieliśmy m.in. wyrazić wdzięczność dla Mistrza Rong Tre, który ręcznie wykonuje bambusowe miarki/ prezentery herbaciane czy podziękować za podkładkę herbacianą od pani Hiromi oraz japońskie podstawki pod czarki, które wspaniale współgrały z przeznaczonymi dla gości delikatnymi czarkami z chińskiej porcelany oraz czajniczkiem wykonananym przez Mistrza Xiao Shan z Jingdezhen.

Tajwański termos do herbaty był kolorystycznie pasującym elementem do kompozycji a na dodatek sam w sobie jest przedmiotem ciekawym i całkiem funkcjonalnym.

Każdy element miał swoją historię i znaczenie. W ostatniej chwili dodaliśmy element polski – lniany obrus oraz aranżację roślinną, którą spontanicznie skomponował Robert na fragmencie dachówki z mchem i delikatnymi kwiatkami. Element roślinny pojawił się także, gdy okazało się, że nie mamy do dyspozycji szpilki herbacianej czyli pałeczki do zgarniania liści do czajniczka; wtedy Robert znalazł gałązkę uroczo zakończona listkami i meleńkimi pączkami kwiatów…

Te 20 minut skupienia na herbacie były dla mnie wyjątkowym momentem absolutnego wyciszenia, skoncentrowania się na każdym ruchu, na każdym dźwięku płynącym z przygotowania herbaty; to był czas, kiedy zapomniałam o wszystkim co mnie otacza poza salką, w której parzyłam herbatę, Robertem, który opowiadał o ceremonii i gośćmi słuchającymi i smakującymi napar…I myślę, że mogę powiedzieć, iż ten czas skupienia, bez hałasu, bez zbędnych słów, bez muzyki był dla mnie najbardziej intensywnym doświadczeniem herbacianym. Była to swoista medytacja przy herbacie, która dała mi dużo spokoju i radości… Tym bardziej było to dla mnie zaskakujące, że zwykle przy herbacie dużo rozmawiam i się śmieję…

   

I teraz, gdy o tym myślę – już dwa tygodnie z hakiem po zakończeniu Festiwalu – dochodzę do wniosku, że dla mnie osobiście, ten moment skupienia się na herbacie był kwintesencją Zaparzaj! – zdystansowanie się do zgiełku otaczającego świata i pełna koncentracja na smakowaniu herbaty. I chyba rzeczywiście tegoroczna edycja Festiwalu Herbaty była mniej dynamiczna niż jej poprzednie wydania…Najwyraźniej Zaparzaj! jak herbata nieustannie pokazuje inne oblicza…

Dość wyraźnie brzmi we mnie radość z przeżytego święta i spotkania się ze znajomymi herbaciarzami z całej Polski; radość z nowych znajomości z ludźmi, którzy z zachwytem odkrywają świat herbaty…zadowolenie i poczucie szczęścia przeplatają się wciąż z doświadczeniem smutku i utraty po wyjeździe herbacianych przyjaciół… ale o tym trzeba zapomnieć, bo…Zapominanie jest wyrazem duchowej dyscypliny i ma coś wspólnego z podążaniem dalej. Daodejing (Tao-te-king) powiada, że Mędrzec nie zatrzymuje się przy swoim sukcesie, idzie natychmiast dalej. Oczywiście, to samo odnosi się także do niepowodzenia i do pragnienia bycia pamiętanym. Ty też pogódź się z tym, że czasem mylnie Cię oceniają, i idź dalej. Bywamy, z niewyjaśnionych powodów, wikłani w szczęśliwe okoliczności i tak samo w nieszczęśliwe. Zgodzić się trzeba na obydwa ich rodzaje. I zaniechać pytania: Dlaczego? Albowiem każda odpowiedź jest ucieczką przed tym, co jest i co działa.

 

Z całego serca dziękuję Ani i Marcinowi Bohdziewiczom za zdjęcia dokumentujące momenty skupienia na herbacie ❤

*wszystkie cytaty: B.Hellinger

 

 

 

Reklamy

Wu Yi Yan Cha czyli Ogrody Świata w Berlinie…

Na drugi dzień po zakończeniu Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! pojechałam do stolicy Niemiec. W Berlinie zakochałam się od pierwszego spojrzenia na to miasto z okien pociągu 🙂
Właściwie celem była wioska pod Berlinem, spotkanie z Ciotką, relaks, odpoczynek, zapomnienie o stresie pofestiwalowym 😉 zapomnienie o wszystkim choć na kilkanaście godzin 😉 Pobyt był krótki acz intensywnie odstresowujący i jestem przeszczęśliwa, że mogłam odwiedzić miejsce, które na długo zostanie w mojej pamięci jako obraz spokoju i dobrostanu, miejsce w duchu iście herbacianym: Ogrody Świata w Berlinie.

Ogrody Świata położone są w dzielnicy Marzahn a historia powstania tego urokliwego miejsca sięga czasów enerdowskich i związana jest z przygotowanym w 1987 roku przez berlińskich ogrodników przeglądu ogrodniczego w ramach obchodów 750-lecia Berlina. Niewielki projekt ogrodniczy przeszedł w 1990 roku – po zjednoczeniu Niemiec – ogromne zmiany stając się Parkiem Wypoczynkowym Marzahn, by w 1997 roku zacząć przeobrażać się w kompleks kilku najsłynniejszych ogrodów. Podobno Ogrody Świata były prezentem dla Berlińczyków, zwłaszcza tych, którzy nie mogą wybrać się na zwiedzanie świata. Na około 21 hektarach powstały piękne Ogrody: Chiński, Japoński, Balijski, Orientalny, Włoski, Koreański czy Chrześcijański, a każdy z niezwykłą dbałością prezentuje normy wymagane w danym stylu ogrodnictwa i rośliny z danego zakątka świata…

Pierwszym ogrodem, jaki zaczęłyśmy z Ciocią zwiedzać, był Ogród Orientalny; wchodziło się do niego przez salę z drewnianymi, ręcznie rzeźbionymi kolumnami. Ten Ogród miał być odzwierciedleniem raju…

20120102_001942   20120102_002014   20120102_002047   20120102_002115   20120102_002451   20120102_002634   20120102_002807   20120102_002823   20120102_002839
Po dalekowschodnich, egzotycznych doznaniach przeszłyśmy się po prostu po Parku…
Przestrzeń Ogrodów Świata jest pełna uroczych zaułków, gdzie pod drzewkiem limonkowym można przysiąść, wystawić twarz do słońca i posłuchać jak dziwaczna fontanna gra wodne melodie pod batutą lekkiego wiatru…

20120102_004051   20120102_004406

Potem poszłyśmy dalej…Minęłyśmy Ogród Angielski, który aktualnie jest w budowie, hamak na którym w pozycji horyzontalnej można podziwiać przesuwające się leniwie chmury, i doszłyśmy do Labiryntu…
Labirynt, przed którego wejściem stanęłam, był wzorowany na labiryncie przy Pałacu Hampton Court pod Londynem oraz na labiryncie-mozaice podłogowej w Katedrze Notre-Dame de Chartres we Francji. I choć oba labirynty, które posłużyły za wzór mają motyw wspólny – podążanie ścieżką życia, by odnaleźć środek (mnie na myśl przyszedł środek jako głębia, istota życia, ale i horacjański złoty środek…) – to są zupełnie inne w rodzaju dróg, które do owego środka prowadzą: mozaikowy labirynt we francuskiej katedrze ma tylko jedną drogą prowadzącą do centrum labiryntu, natomiast angielski labirynt zbudowany z wysokich, nieprzeniknionych żywopłotów z cisów jest pełen ślepych zaułków i zmusza użytkownika do nieustannych zmian kierunków…
Nie ważny cel, ważna droga… Czy aby na pewno? Z tymi wątpliwościami zrobiłam pierwszy krok do labiryntu…

20120102_005712   20120102_005750
Dość szybko udało mi się dojść do środka, gdzie znalazłam ławeczki i centralnie posadzone drzewko miłorzębu oraz kręte schodki na platformę, z której można było z ptasiej perspektywy popatrzeć na labirynt, który właśnie się przeszło i kawałek samego parku. Popatrzyłam i już wiedziałam, że po wyjściu z labiryntu kolejne kroki skieruję w stronę kamiennych lwów.

20120102_010248   20120102_010404

Okazało się, że kamienne lwy strzegły wejścia do Ogrodu Chińskiego…

20120102_011436   20120102_011507   20120102_011458   20120102_011652

Nie spodziewałam się, że w Ogrodzie Chińskim będzie herbaciarnia… 😀

20160928_145500
Usiadłyśmy więc z Ciocią przy stoliku niedaleko strumyka. Po chwili przyszła śliczna Chinka i przyjęła od nas zamówienie na herbatę.
Moja Ciocia zamówiła dla siebie herbatę chryzantemową. Dostała ją w porcelanowym gaiwanie Gdy zajrzałam do środka, prócz kwiatów chryzantemy dopatrzyłam się także jagód goi oraz jakichś – nie znanych mi – owoców. Byłyśmy też trochę zdumione, że do tej herbatki nie podano ani chahaia ani czarki, ale podająca herbatę pani, poinstruowała jak pić napar bezpośrednio z gaiwana. Tak, spróbowałam tego napoju i… była bardzo smaczny 🙂

20120102_012945   20120102_012835   20120102_013615
Ja miałam ochotę na jakiegoś oolonga i mój wybór padł na Wu Yi Yan Cha…O słynnych herbatach z gór Wu Yi trochę słyszałam od Wojtka i od Roberta; trochę też takich skalnych herbat wypiłam zdobywając doświadczenie, że nie każda herbata sygnowana pochodzeniem z Wu Yi Shan jest gatunkowo dobra lub bardzo dobra. Tej, którą zamówiłam, daleko było do pierwszej ligi. Liście nie były zwinięte, więc raczej powinni napisać, że to pouchong niż oolong, drobne i w większości uszkodzone; oksydacja – może jakieś 30%?

20120102_013656   20120102_012933   20120102_013109
Cóż z tego, że liście nie były najlepsze z najlepszych? Słodki aromat miodu gryczano-akacjowego uderzył w moje nozdrza gdy zaparzałam tę herbatę za pierwszym, drugim, trzecim a także za piątym razem… W smaku dominująca jedwabista nuta orchidei otulała moją duszę spokojem i radością… I może nie była to herbata wybitnej jakości, ale dzięki niej, z każdym kolejnym łykiem rozkwitała we mnie lekkość i wdzięczność; zgiełk świata oddalał się ode mnie i bladły problemy i kłopoty, które niczym kulę u nogi przytargałam ze sobą do Berlina…
Popijając swoje napary rozmawiałyśmy…niespiesznie dotykałyśmy tematów bolesnych, ale i radosnych… tak można rozmawiać tylko przy herbacie…
To wtedy, pomiędzy kolejnymi parzeniami, gdy wietnamskimi słodyczami, które jakimś cudem znalazły się w moim plecaku, karmiłam tyleż śmiałe co urocze niemieckie wróbelki-elemelki postanowiłam, że zmieniam wcześniej ustalony plan dnia. Przyjeżdżając do Berlina bardzo chciałam odwiedzić obie herbaciarnie P&T Paper and Tea – i tę w dzielnicy Mitte i tę w Charlottenburgu. Nie chciałam jednak przerywać tego niespiesznego nastroju, rozmowy z Ciocią – tego wspólnego bycia razem i herbaty… Odpuściłam sobie presję zaliczania wcześniej zaplanowanych punktów. Co ważniejsze: droga czy cel?

20120102_012753   20120102_013334   20160928_153719
Gdy Wu Yi Yan Cha oznajmiła, że więcej nie zamierza obdarzać mnie swoimi słodkimi smakami, poszłam jeszcze kupić sobie tej herbaty na drogę – byłam ciekawa, jak ta herbata będzie smakowała pod polskim niebem… Wnętrze herbaciarni zachwyciło mnie…:)

20160928_153118   20160928_153054   20160928_153137   20160928_153145   20160928_153212   20160928_153309   20160928_153328   20160928_153352   20160928_153605
Gdy opuszczałyśmy chińską herbaciarnię i kierowałyśmy się do Ogrodu Japońskiego akurat wyszło słońce. Piękny dzień…:)

20160928_154234

W drodze do Ogrodu Zen zwiedziłyśmy Ogród Chrześcijański, którego przestrzeń wyznaczał płot utkany ze słów ze Starego i Nowego Testamentu. Ten Ogród wydał mi się ciasny i za bardzo…hmm… rozgadany… wszędzie tylko słowa i słowa…

20160928_154559   20160928_154545   20160928_154522

Przeszłyśmy także wzdłuż Alei Bajek – rozbawiły mnie te słodkie, kiczowate postacie, które znałam z dzieciństwa…

20160928_154843   20160928_154910   20160928_154938   20160928_154953

Ogród Japoński tchnie spokojem… W tym Ogrodzie, który powstał dzięki współpracy Berlińczyków i Tokijczyków, główną rolę odegrał japoński projektant ogrodów i mnich zen w jednej osobie – Shunmyō Masuno; to on w dostępną sobie przestrzeń przeniósł klasyczne elementy sztuki japońskiej (odpowiedni układ kamieni, wodospad oraz pawilon herbaciany) odzwierciedlające filozofię zen, jak również posadził w ogrodzie japońskie rośliny takie jak klon japoński czy dereń kwiecisty stwarzając tym samym miejsce do cichego podziwiania i kontemplowania piękna natury… Nazwa Ogrodu-YUU SUI TEI oraz pawilonu herbacianego- NYO SUI TEI korespondują z ideą: spokój jest dostępny wszystkim ludziom…

20160928_155508   20160928_160109   20160928_160038
Siedząc przy cicho szemrzącym strumyku czy na bambusowej ławce i podziwiając pieczołowicie zagrabiony biały żwir – miałam poczucie, że czas nie istnieje a tylko ta chwila, w której mój wzrok zatrzymał się na fali drobnych kamyczków… Trwaj chwilo, jesteś piękna – szeptałam w myślach… na szczęście diabeł się nie zjawił…;)

20160928_161004   20160928_161549   20160928_160928
Ostatnim ogrodem, który odwiedziliśmy było Ogród Koreański zwany też Seulskim ponieważ był prezentem dla Berlina od Miasta Seul. Ten Ogród zrobił na mnie wrażenie masywnego, zwartego i zbitego, tajemniczego i pełnego duchów…

20160928_161759   20160928_161836   20160928_162318   20160928_161857   20160928_161958

Przeszłam tam przez cztery dziedzińce otoczone murami, chwilę przyglądałam się niedostępnemu pawilonowi nad wodą, zastanawiałam się dlaczego w Ogrodzie Koreańskim tak mało roślinności a tak dużo drewna i kamienia, i długo przypatrywałam się kamiennym figurkom próbując porozumieć się z zaklętymi w nich duchami. Podobno wywodzą się one z wierzeń ludowych i ustawiane były przy wjeździe do wioski, przy ulicy, przy bramie zamkowej czy świątynnej. Po koreańsku zwane Beoksu (czyt. Poksu) lub Jang Seung (czyt. Dziang Syng) symbolizowały duchy opiekuńcze wioski lub świątyni; używane były także jako kamienie milowe lub graniczne…

20160928_162355   20160928_162920   20160928_163136   20160928_163157   20160928_163312

Mam cichą nadzieję, że moje gorliwe kłanianie się koreańskim opiekuńczym duchom pomoże mi iść dalej dobrą herbacianą drogą do dobrego celu… 😉

Dziękuję Łukaszowi, za tłumaczenia informacji o elementach Koreańskiego Ogrodu 🙂

Pisząc o swojej wyprawie do berlińskich Ogrodów Świata zajrzałam też tutaj:

http://www.berlimix.net/parki_ogrody_swiata.php

http://www.museumsportal-berlin.de/pl/muzea/garten-der-welt-im-erholungspark-marzahn/

http://berlin-vel.pl/erholungspark-marzahn

http://www.krajoznawcy.info.pl/ogrody-swiata-w-berlinie-33293

http://www.ogrodowisko.pl/watek/6054-berlin-ogrody-swiata-park-i-ogrod-botaniczny-w-jednym

http://kolumber.pl/g/147004-Ogrody%20%C5%9Awiata%20-%20Marzahn%20w%20Berlinie

http://www.architekturakrajobrazu.info/ogrody-i-parki/44-ogrody-wiata/2333-marzahn-garten-ogrod-w-sercu-berlina

https://sevencups.com/learn-about-tea/famous-chinese-tea/about-wu-yi-yan-cha/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Hampton_Court

https://mekeke1969.wordpress.com/2010/04/18/labirynt-w-chartres/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Katedra_w_Chartres

 

 

 

Strażnicy ognia, opiekunowie herbaty… czyli majowy wypał u Grzesia Ośródki :)

Dojmująco niewygodne jest uczucie, kiedy pragniesz usiąść w spokoju i opisać czas pełen dobrych doznań, emocji, rozmów, czas śmiechów i żartów, a tymczasem szara, prozaiczna rzeczywistość, w której niewiele jest pociągającego i barwnego, uniemożliwia realizację tego pragnienia skutecznie, z jakąś okrutna wręcz złośliwością… i tak dzień za dniem oddalam się od czasu spędzonego z Anią i Moniką u Grzesia, który w połowie maja zaprosił nas na wypał swojej herbacianej ceramiki.
Ale dziś odganiam już wszystkie inne „ważne” codzienne sprawy i ocalam od zapomnienia ten niezwykły czas, kiedy to na kilka centymetrów uchyliły się przede mną drzwi do innego, nieznanego i odległego mi dotąd zupełnie świata – świata ceramiki herbacianej. Zajrzałam tam zaciekawiona i… bardzo mi się tam spodobało 😉

Pierwszego dnia, od razu po przyjeździe, Grzesiu zabrał Monikę, Anię i mnie  do piwnicy, gdzie zobaczyliśmy półki pełne pojemników z różnymi proszkami, które po zmieszaniu z wodą stawały się szkliwem gotowym do pokrycia nim naczyń po pierwszym wypale czyli biskwitów. Zaglądając raz po raz do jakiegoś pojemnika i zadręczając Grzesia pytaniami: „a co to jest?”, poczułam, jak budzi się we mnie niespełniona dusza młodego chemika. Wszystkie te skalenie, dolomity, kaoliny i inne tlenki barwiące podsycały tylko pragnienie zrobienia eksperymentów i zobaczenia, jaki efekt owe chemiczne doświadczenia przyniosą. Tymczasem Grzesiu z pomocą wagi odmierzył w odpowiednich proporcjach kilka różnych proszków, dodał wodę i przy pomocy kuchennego blendera (sic!) wymieszał wszystko na jednolitą ciecz. Niby nic szczególnego, ale patrzyłam na to jak zaczarowana 🙂

IMG_5757   IMG_5766   IMG_5767   IMG_5775

Z tak przygotowanym materiałem poszliśmy do pracowni, gdzie Grzesiu pokazał nam gotowe do szkliwienia naczynia.  I wówczas padały terminy, które dla mnie brzmiały niczym magiczne zaklęcia: porcelana techniczna, masa kamionkowo-antracytowa, stożek pirometryczny, termopara. Powtarzałam je wielokrotnie, by potem, gdy już będziemy czarować przy piecu nie wyjść na totalnego żółtodzioba… Płonne moje nadzieje 😉

IMG_5857   IMG_5843   IMG_5839

No a potem Grzesiu dał nam chochlę do ręki i kazał szkliwić, co też z wielką ochotą uczyniłyśmy 🙂
Najpierw Monika zabrała się za kubek i czarkę:

IMG_5888   IMG_5901 posypywanie popiołem  IMG_5879   IMG_5881

Ania wybrała dla siebie cha hai…

IMG_5932   IMG_5939   IMG_5946

A mnie przypadł w udziale czajniczek:

IMG_5906   IMG_5910 …który trzeba było poszkliwić dwa razy, ponieważ szkliwo było za rzadkie…  IMG_5986… i posypać popiołem 🙂 IMG_5989   IMG_5994

No i udało mi się namówić Grzesia, by powierzył mi jeszcze czarkę do poszkliwienia białym szkliwem:

IMG_5961   IMG_5972   IMG_5976

Poszkliwione naczynia trzeba było zostawić do wyschnięcia do następnego dnia…

Drugiego dnia wstaliśmy wcześnie rano i po śniadaniu poszliśmy do pracowni; czekał nas wypał w piecu opalanym drewnem.

IMG_6013   IMG_6036   IMG_6041   no i podpaliliśmy 😉 IMG_6046   20160514_115830

Z początku, gdy tylko pojawiły się pierwsze nieśmiałe płomyczki ognia i usiadłam naprzeciw otworu paleniska mając na oku także zegarek i termoparę czyli termometr mierzący temperaturę w piecu, poczułam poddenerwowanie. Grzesiu tłumaczył, że nie można dołożyć zbyt wiele drewna by temperatura nie wzrosła zbyt gwałtownie i naczynia po prostu nie popękały; nie można również zbyt opieszale dokładać drewna by temperatura nie była zbyt niska. A dokładanie do pieca z ceramiką w środku to nie to samo co beztroskie dorzucanie drewna do kominka…chociaż…;)

Wypał odbył się w ekspresowym tempie sześciu godzin. Dobrze, że przy całej „ceremonii” była także Monika i Ania, a potem dojechali Wojtek i Milena, którzy także przysiadali przy piecu i pilnowali, by drewno było dokładane regularnie, w odpowiedniej ilości i by temperatura w piecu rosła sukcesywnie w odpowiednim czasie. Grzesiu wspomógł nas magiczną rozpiską o ile stopni ma wzrastać temperatura w każdej godzinie wypału co pozwoliło nam zachować zdrową dyscyplinę i nie wrzucać radośnie do pieca wszystek materiału opałowego znajdującego się w zasięgu ręki.

20160514_145912tysiąc stopni! 😉

I kiedy pierwsza ekscytacja robienia czegoś nowego opadła, pojawił się spokój i swoista medytacja nad regularnie podtrzymywanym ogniem. Regularność, z jaką trzeba było zerkać na termoparę i na zegar, konieczność zaplanowania przyniesienia drewna na opał, działały uspokajająco i wyciszająco…wszelkie nierozwiązane problemy, niepokoje, codzienne zagwozdki nagle odpłynęły… był tylko śpiew ptaków dookoła, piec, termopara i zegar. A w przerwie herbata… Cudowna ciągłość degustacji wciąż świeżo zaparzonego naparu. I znów niespieszne skupienie się na smakach, zaskakujących akcentach, nieoczekiwanych niuansach…

20160514_123158   011_01   20160514_170810

A wieczorem kolacja i przepyszne drinki z nalewki serwowane przez Tatę Grzesia; śmiechy – chichy i rozmowy do nocy w altance bez światła… żyć nie umierać! 😀

Trzeciego dnia wstaliśmy jeszcze wcześniej. Po szybkim śniadaniu pognaliśmy do pracowni i otworzyliśmy piec, który przez noc ostygł wraz z wypaloną poprzedniego dnia ceramiką i porcelaną.
I oto naszym oczom ukazały się efekty naszych eksperymentów, czarów i zaklęć…

IMG_6051   IMG_6065

I choć Grzesiu wspominał, jaki chciałby osiągnąć efekt po takim a nie innym szkliwieniu, to ja zobaczywszy naczynia byłam totalnie zaskoczona ich kolorami!

20160515_075316   miał być głęboko czarny kolor 😉 20160515_084238 Zapamiętajcie tę czareczkę, bo o niej będzie niebawem osobny wpis 😉

Majowy weekend u Grzesia to był piękny czas…:) Dziękuję Grzesiu za zaproszenie i zdradzenie tajników wypału ceramiki, za serdeczne przyjęcie i gościnę 🙂 Dziękuję Ani, Monice, Wojtkowi i Milenie za wspaniałe towarzystwo przy piecu i przy herbacie. I ogromne podziękowania dla Rodziców Grzesia, którzy przyjęli nas pod swój dach i ugościli po królewsku! Dziękuję Wam serdecznie! 🙂

p.s. piękne zdjęcia wypalonej przez nas ceramiki znajdziecie na blogu Grzesia 🙂

Zdjęcia są autorstwa Ani Brożyny/ Piewcy Teiny , Grzesia Ośródki i moje 🙂

Wuji Oolong. Plenerowe parzenie.

– To nie będzie dobry dzień – zawyrokowała Julia wyskakując z łóżka z marsem na czole i jednym okiem sklejonym jeszcze snem. – Nie wyspałam się.
A jednak po lekkim i szybkim śniadaniu zarzadziła zbiórkę utensyliów herbacianych i wyprawę do pobliskiego parku na parzenie herbaty.
Zrzędziała po drodze, że taki upał, że tyle hałasu dookoła, i że po co ci wszyscy ludzie się tak spieszą. Ona przez to wszystko się nie wyspała. -Absurd! – pozwoliłam sobie na negację jej nieszczęścia co wywołało jeszcze wiecej biadolenia, że nawet ja jej nie rozumiem. Taka ze mnie przyjaciółka…
Chłód i spokój parku podziałały na Julię kojąco. W ustronnym miejscu znalazłyśmy niewielki stolik i siedziska; z oddali słyszałyśmy echa wielkiego miasta. Tu czas spowalniał swój bieg…
Rozłożyłyśmy nasze herbaciane przyrządy. Julia odkręciła termos, opłukała czajniczek i czarki. Do czajniczka wsypała garść oolonga, którego ciemna barwa wskazywała na jego wyższą oksydację. Wyciagnęłam szyję, by lepiej przyjrzeć się jeszcze suchemu liściu.
– To Wuji Oolong – powiedziała Julia zalewając ciemne, zwinięte w kuleczki liście. – Pochodzi z północno- zachodniej części prowincji Fujian u stóp malowniczych gór Wu Yi.

20150806_11185720150806_112159

 

Przyglądałam się, jak Julia zaparza herbatę. Nie rozmawiałyśmy. Przez około 3 minuty robiła tzw. budzenie liścia. Cały napar wylała na drewniany stolik. Potem zrobiła kolejne parzenie. Nie liczyła czasu, ale chyba było to również około trzyminutowe parzenie. Napar nalała do czarek. Pamiętałam tę herbatę z ubiegłorocznych zbiorów – była zadziwiająco lekka, bardzo mineralna już od pierwszego parzenia. Teraz zaskoczyła mnie dominujacym drzewno-ziemistym posmakiem z lekkim, ale jakże cudownym kwiatowym akcentem w tle. Przywodziła na myśl leśne runo nagrzane słońcem z odrobiną parujacej wilgoci. Bardzo wyraźnie dało sie wyczuć ciepłe, słodowe akcenty. I kwiaty – barwne kwiaty…

20150806_113904
W drugim parzeniu ziemiste nuty usunęły się na dalszy plan; napar stał się bardziej słodowo-kwiatowy, bardziej delikatny, wysubtelniał. Zachwycił mnie kolor – niemal płynne złoto. I liść pięknie się rozwinął. Czujesz? – powiedziała w pewnej chwili Julia – czujesz tę enigmatyczną pikanterię z drzewną nutą? Tak, jak lekki podmuch wiatru pojawiały się jakby pieprzowe akcenty…niezwykłe doznanie…

20150806_11375520150806_113833

 

Powierzchnia wody w czajniczku wyglądała jak czysta rzeka, pod której taflą można dostrzec cudnej zieleni wodorosty. Liście mojego oolonga są jak te rzeczne wodorosty. Patrzę, jak słońce łaskocze wodę w moim malutkim czajniczku; jest w tym jakaś nieskrępowana radość, która oddala z serca wszelkie troski świata.
– Ta herbata przywodzi mi na myśl stary, bujny las tropikalny z parującą w słońcu wilgocią i aromatem egzotycznych kwiatów; jest w nim spokój i harmonia,choć jednocześnie jakaś dzikość i pierwotność – powiedziałam i trzecim łykiem opróżniłam czarkę.

20150806_113923
Spokój. Promienie słońca, lekki wiatr na rozgrzanej skórze, szum fontanny i piski rozbawionych, rozradowanych dzieci. Pan z laptopem przysiadł na ławeczce nieopodal. Ścieżką obok naszego stolika niespiesznie przeszła para staruszków z kijkami do nordic walking
– Popatrz na liście – mówi Julia. Popatrz na trawę a potem na konary drzew – jaka jest w nich niesamowita akceptacja. Nie mają planów, nie mają ambicji. Wystarczy im to, co jest…

20150806_11321220150806_114308
Julia robi kolejne parzenie. Straciłam już rachybę – które. Parzenie stało się jednym z elementów mojej cichej obecności wśród parkowej zieleni. Ale zaczynam czuć w naparze tę mineralność, jakby smak kamienia, które czułam w ubiegłorocznym Wuji Oolongu.
-Zobacz – słyszę po chwili – zobacz, już opadają zżółkłe liście…
Wiatr szybko porywa piankę z powierzchni herbaty, którą Julia właśnie zaparzyła w czajniczku.
– Przypomina mi się – mówię – scena z jednego z moich ulubionych filmów – „Pod słońcem Toskanii”, w którym główna bohaterka pomaga znajomemu napisać kartkę dla mamy; stara się opisać otaczajace piękno: siedzą na murku, zajadają winogrona i obserwują ludzi na targu w Cortonie, którzy po prostu cieszą się życiem, możliwością rozmowy z innymi ludźmi, niespieszną degustacja kawy w kawiarni pod parasolem w paski, drobnymi przyjemnościami. Bohaterka bierze do ust winogrona i czuje ich filetową słodycz rozpływajaca się na podniebieniu, czuje ich fioletowy smak; i tylko dzwony na kościelnej wieży przypominają o upływajacym czasie…
Tymczasem w naszej rzeczywistości dzwony kościelne oznajmiają, że właśnie nastało południe. Słońce puszy się jak paw. Niedaleko ktoś postanawia skosić trawnik i nagle cisza przestaje być błoga. Czas wracać.
– To chyba jednak nie będzie aż taki zły dzień – mówi Julia z uśmiechem.

20150806_113131