Preludium do herbacianych wspomnień z Japonii

Mija właśnie mniej więcej miesiąc od mojego powrotu z miesięcznego pobytu w Japonii. Szczęście, które stało się moim udziałem podczas tego wyjazdu wciąż odczuwam niezwykle intensywnie co pomaga mi w dużym stopniu znieść przykre wydarzenia codziennej polskiej rzeczywistości…
Niemal codziennie oglądam zdjęcia i wspominam przeżyte chwile, tęsknię za ludźmi, których dane mi było poznać w Japonii. Tyle tego jest, że zastanawiam się od czego zacząć opowieść o tym cudownym miesiącu w kraju Kwitnącej Wiśni? Na pewno to wszystko nie miałoby miejsca, gdyby nie pomoc Roberta Tomczyka, który dzięki swoim kontaktom, wiedzy i zaangażowaniu umożliwił mi gościnę na plantacjach herbaty. Będę pewnie jeszcze wielokrotnie dziękowała Robertowi za tę podróż do Japonii, która była spełnieniem mojego wielkiego marzenia, w którego urzeczywistnienie tak naprawdę chyba do końca nie wierzyłam – wydawało mi się to poza moim zasięgiem, możliwościami i umiejętnością przyjęcia… Więc moja wdzięczność wobec Roberta jest ogromna i dozgonna… W Japonii spotkałam tylko dobrych ludzi, którzy wielu rzeczy mnie nauczyli. Będę jeszcze o nich pisać…

Wracając do herbaty: bałam się, że przywieziona herbata okaże się diametralnie inna w smaku niż ta, którą piłam na miejscu; ale – ku mojemu zdumieniu – poznańska woda całkiem dobrze zdała egzamin w połączeniu z japońską herbatą dając ciekawe doznania smakowe. Oczywiście, tutaj to nie to samo co tam… ale przecież nie tylko woda bierze udział w parzeniu herbaty…

Pierwszą herbatą jaka zaparzyłam dla najbliższych od razu po powrocie była oczywiście herbata zielona robiona według tradycyjnej ręcznej obróbki zwanej temomi. W Sirakawie – cudownym miejscu, do którego trafiłam jako pierwszego punktu na trasie mojej herbacianej japońskiej podróży, miałam zaszczyt uczestniczyć w dwudniowym warsztacie robienia herbaty. Teraz rozpiera mnie duma, że własnymi rękami zrobiłam herbatę, chociaż trzeba pamiętać, że nie robiłam jej sama – w znacznym stopniu wspierał mnie Mistrz Kazumasa – a i swoją energię w powstanie tej herbaty włożyli m.in. Hide i Chihiro. Temomi to naprawdę ciężka praca, a po efekcie końcowym można poznać czy wykonał ją doświadczony mistrz czy początkujący uczeń… „Moja” herbata nosi znamiona doświadczonej ręki Mistrza Kazumasy, ale czuć w niej, niestety, także moje nieporadne starania, by dorównać biegłości nauczyciela…

Przyszedł również czas na zaparzenie innej – tym razem już można powiedzieć, że w stu procentach zrobionej przeze mnie – herbaty… Podczas pobytu w Ośrodku Badawczym Sayama uczestniczyłam w herbacianym święcie organizowanym przez tenże Ośrodek; w trakcie wspomnianego wydarzenia uczestnicy mieli możliwość zbierania herbaty, z czego udało się skorzystać i tak oto weszłam w  posiadanie świeżych listków herbacianych: pączka liściowego i dwóch pierwszych liści. Po powrocie z eventu liście, za radą Roberta, trafiły do hotelowej zamrażarki. Wyjęłam je przed wyjazdem z Japonii i długo zastanawiałam się czy brać ze sobą liście czy nie brać. W końcu wzięłam dosłownie garstkę i pełna obaw czy nie zatrzymają mnie na lotnisku za szmuglowanie, spakowałam do walizki. Po ponad dobowej podróży okazało się, że oczywiście liście nie tylko się rozmroziły ale i trochę sfermentowały. Rozłożyłam je na papierowym ręczniku, drugim ręcznikiem przykryłam i położyłam na parapet, by pod wpływem promieni słonecznych listki się wysuszyły. Doba na okiennym parapecie na wschodnią stronę dała mi porcję herbaty na jedną degustację.

   

Cóż…zaparzona temperaturą wody ok 80-85 stopni przez niecałą minutę dała napar, w którym słodycz przeplatała się z bardzo subtelną goryczką; łagodność i świeżość charakterystyczna dla białych herbat fleszowych przełamana została wyraźniejszą nutą charakterystyczną dla herbat ciemnych. Na pewno nie było to coś niesamowitego – jedynie ciekawe doświadczenie herbaciane, które zaparzyłam 3 razy…

W pewien niezbyt ruchliwy poranek w pracy zapragnęło mi się nowych herbacianych eksperymentów, więc postanowiłam zrobić sun brew z tegorocznej shinchy z Shirakawy. Wsypałam do czajniczka garść liści, zalałam wodą w temperaturze pokojowej i wystawiłam na słabe tego dnia słońce. Oczywiście w ferworze porannych obowiązków zapomniałam o tej herbacie, ale gdy przelałam ją do czarek i dałam do spróbowania koleżankom, gdy każda z nas wypiła pierwszy łyk – okazało się że to „zapomnienie” wyszło tej herbacie na dobre… Słodycz świeżych traw, aksamit mlecznych tonów, fajerwerk przyjemnej, rześkiej goryczki a na końcu oszałamiający smak umami… Absolutne zaskoczenie! Każdy łyk pozostawia w ustach smak czystej radości i błogostanu…

      

Niedawno Anatol zapytał mnie co czułam dotykając liści herbacianych na plantacjach. Bez zastanowienia odparłam, że ekstazę! 😀 Wiem, wiem, nie każdy potrafi zrozumieć takiego fioła na punkcie herbaty… ale to moje uniesienie było sumą każdej teraźniejszej chwili, która mieściła w sobie i fakty i emocje, nowe doświadczenia i nowe spotkania…
No dobrze, ale zacznijmy od początku…

cdn…

Reklamy

Czarka pełna błogostanu czyli bezimienny oolong pana Shibamoto…

Po pierwszym spotkaniu z panem Toshifumi Shibamoto nie przypuszczałam nawet, że dane mi będzie tak szybko spotkać się z nim ponownie i po raz kolejny podegustować jego eksperymentalnych herbat. Ale dzięki zaangażowaniu Roberta pan Shibamoto w lipcu tego roku pojawił się w Polsce i wraz z Warszawskim Kolektywem Herbacianym zostałam zaproszona na degustację najświeższych herbat produkcji Japończyka z Makinohary. Pośród sench i oolongów o różnym stopniu oksydacji i podprażenia, moją uwagę przykuły dwie herbaty. Pierwsza to Bai Hao Oloong – oszałamiająca pięknem liści i delikatnością naparu. Druga – moja miłość od pierwszego łyku – eksperymentalny, bezimienny oolong o wyższym stopniu oksydacji. Płynny aksamit, wyrafinowane połączenie wielu przenikających się nut smakowych…nie mogłam powstrzymać się od achów i ochów wywołując tym rozbawienie pana Shibamoto. Jakże byłam niepocieszona, gdy okazało się, że nie mogę tej herbaty kupić mniej niż…700 gramów. Wsparcie przyszło, jak zwykle, ze strony Kolektywu i tydzień temu weszłam w posiadanie tej herbaty…:)

Ten bezimienny oolong został zrobiony w lipcu tego roku –  i według słów Roberta- z yabukity. To eksperymentalna herbata, której dokładnych parametrów produkcyjnych sam pan Shibamoto nie wyjawił. Ja zawsze do takich eksperymentów herbacianych podchodziłam z mieszaniną zainteresowania i sceptycyzmu. Czy Japonia znana z doskonałej matchy, senchy czy banchy może robić dobre herbaty ciemne, oolongi czy nawet białe? Ale herbaty pana Shibamoto po raz kolejny przekonują mnie, że prawdziwa pasja może zdziałać cuda!

Parę dni temu przyjechałam do Poznania i wzięłam Mamę na spacer do lasu zabierając ze sobą termos i utensylia herbaciane a przede wszystkim bezimiennego oolonga pana Shibamtoto – chciałam tę herbatę wypróbować w innych niż domowe okolicznościach przyrody i przekonać się, jak ją odbierają inni – przede wszystkim osoby nie ześwirowane na punkcie herbaty, jak ja…;)

Jesień powoli zaczyna wkradać się w otaczający krajobraz – nieśmiało złocąc i pomarańczowiejąc liście… Słońce mocuje się z wiatrem walcząc o dostęp do odsłoniętych jeszcze – jakby na znak niezgody na odchodzące lato – skrawków ciał…

Znajdujemy z Mamą ustronną i całkiem przyjemnie skąpaną w słońcu ławeczkę. Wyjmuję z plecaka termos, ceramikę herbacianą i herbatę. Spokojnie. Za sobą zostawiamy problemy i zgiełk miasta. Patrzymy w niebo, które chowa się za konarami drzew. Lekki wiatr niosący rześki zapach igliwia…

20160919_143445

Ogrzewam naczynia i do ciepłego gaiwana wsypuję liście bezimiennego oolonga pana Shibamoto. Po chwili uchylam przykrywkę i pozwalam, by do mojego nosa dotarła słodycz miodu, którą od czasu do czasu odgania posmak…wafelków; wplata się również nuta drzewna i kwiatowe tony…

20160919_140421   20160919_140450

Woda, którą zaparzam herbatę ma jakieś 94-90 stopni. Jeszcze zanim naleję wodę do krawędzi naczynia, siedząca obok mnie Mama mówi cicho: ależ cudnie pachnie…

20160919_140552

Nie czekamy zbyt długo…może z trzydzieści sekund… i już przelewam napar w kolorze wczesnojesiennej jarzębiny do morza herbaty a potem do czarek…

20160919_141817   20160919_141913

Patrzę na Mamę, która bierze powoli pierwszy łyk i widzę błogą radość na Jej twarzy…
– Ta herbata jest niesamowita – mówi. – Tak, jakby twoje gardło otulał jedwab; coś niesamowicie delikatnego i subtelnego…
-W ogóle nie ma goryczki – dzielę się wrażeniami. – Gdy piłam ją na spotkaniu z panem Shibamoto – zachwyciła mnie subtelną wytrawnością i właśnie taką szlachetną słodyczą… Teraz jest trochę inna, ale nadal wspaniała… I tam gdzieś, na dalekim planie, przebijając się przez te wszystkie upajające słodkości, kwiatowości i nawet lekko ziołowe akcenty, do kubków smakowych dociera ta charakterystyczna dla japońskich herbat trawiasto-glonowa nuta.

Po trzecim parzeniu raczymy się japońskim przysmakiem – ciasteczkiem z kasztanowego puree, które przywiózł ze sobą pan Hisashi Miyata, przyjaciel pana Shibamoto… ale to już zupełnie inna historia… 😉

20160919_134320   20160919_135742

Japońska słodkość jest ciekawym doznaniem smakowym, choć moim zdaniem byłaby dobrym dopełnieniem do bardziej wyrazistych, zdecydowanych i wytrawnych herbat…

Niespiesznie robię kolejne i kolejne parzenia… Listki w gaiwanie pęcznieją i pokazują jakie są duże i wielokolorowe… Siedzimy niewiele rozmawiając – delektujemy się herbatą, otaczającymi zapachami, wiatrem i słońcem…

20160919_143925   20160919_144400

Po piątym czy szóstym parzeniu, kiedy już czujemy, że herbata słabnie, podziwiamy w pełni rozwinięte liście, by nie powiedzieć: liściochy… 😉

20160919_144658   20160919_145120   20160919_144910

Jak się okazało bezimienny oolong pana Shibamoto oczarował nie tylko mnie… Błogostan w czarce ;)… Chyba więc odważę się podzielić tą herbatą z innymi herbaciarzami podczas drugiej edycji Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj!, który odbędzie się już w najbliższy weekend – 24 i 25 września. Do zobaczenia zatem przy czarce herbaty! 🙂

Purezento z kraju Kwitnącej Wiśni…

Wróciłam do kuchni i zaczęłam porządkować naczynia po naszych szalonych eksperymentach.
– Japonia do mnie przyszła pod postacią młodego Japończyka – zaczęłam. – Zjawił się w mojej herbaciarni niespodziewanie z wielką walizką. Jak się później okazało – przyleciał akurat na kilka dni do Polski. Z początku zapytał o Uchiyamę, potem zaczął się interesować naszymi pozostałymi herbatami. Zaczęliśmy o nich rozmawiać, gdy nagle się zorientowałam, że młody przybysz z kraju Kwitnącej Wiśni otwiera swoją ogromną walizkę i wyjmuje z niej naczynie ceramiczne do parzenia: coś jakby skrzyżowanie gaiwana i shiboridashi, a potem herbaty: jedna za drugą… Zapytałam czy prócz herbat ma coś jeszcze w walizce, na co beztrosko odparł, że trochę ubrań… Poprosił o podgrzanie wody i oto nagle zrobiła się z tego spontaniczna degustacja. Zabawił krótko, ale zostawił mi kilka prezentów… Masz ochotę spróbować? – zapytałam Michała.
– No pewnie!
– Mam tu senchę, której pochodzenia nie znam. Tomo pewnie mówił o tym, ale zwyczajnie zapomniałam. Nazywam ją po prostu Senchą od Tomo – mówię jednocześnie zalewając listki herbaciane wodą w temperaturze ok. 85 stopni. Po mniej więcej 20 sekundach przelewam napar z gaiwana do Morza Herbaty a potem do czarek. Otula nas świeży, intensywny i mocno trawiasty aromat.
– Hmmm, jak cudownie świeżo pachnie – mówi Michał.

20151025_080359

Pierwszy łyk. Charakterystyczna dla herbata japońskich oleistość tutaj jest na dalszym planie i łagodnie dopełnia świeżość wiosennych traw, które chyba najpełniej charakteryzują tę herbatę. Kremowość i subtelność.
Przy każdym łyku goryczka pojawia się nagle, jakby w finalnym wykończeniu. Taka kropka nad „i”.
Liść pięknie rozwinął się od razu.

20151101_084520

Przy drugim parzeniu zalewam na około 30 sekund wodą w temperaturze ok. 80 stopni Celsjusza. Świeżość z pierwszego parzenia została zastąpiona…słodyczą, a finalna goryczka złagodniała jeszcze bardziej, raczej przybierając postać przemykającej mgiełki…
– Ta bezimienna Sencha od Tomo smakuje mi wyjątkowo dobrze w porównaniu z innymi japońskimi senchami, które piłam. Przyznaję, nie wypiłam ich jeszcze zbyt wiele – mówię.
– Ale wszystko przed tobą – uśmiecha się Michał.

Trzecie parzenie – zrobione wodą ok. 75-70 stopni Celsjusza – trwa około minuty. Pijemy je w milczeniu. Ta herbata nie jest specjalnie skomplikowana, nie zaskakuje przy kolejnych zalaniach, ale jej stały charakter przynosi ukojenie i spokój…

Czwarte parzenie robimy wodą o temperaturze ok. 70-65 stopni i otwieramy gaiwan po ok 2-3 minutach. Teraz herbata jest delikatna z dominującą ciepłą słodyczą. To świeżość wiosennych traw i oleistość zostały tylko we wspomnieniach z pierwszego parzenia…

20151101_081241

Piąte parzenie raczy nas już bardzo słabym naparem, choć niezmiennie urzeka słodyczą i roślinnym posmakiem…
– Powąchaj liście w gaiwanie – mówię do Michała.
– Czuję morze, glony, wodorosty…
– Ale nie ma ryby…
– Faktycznie: nie ma ryby…
– Niesamowita delikatność…- zamyślam się.
– No dobrze – Michał wyrywa mnie z zadumy – pokaż co tam jeszcze masz od Tomo.
– Kolejna herbata, którą dostałam od przeuroczego Japończyka to Kamairi-cha z Miyazaki…

20151025_080230

Zagotowuję wodę. W międzyczasie zmywam czarki i gaiwan z poprzedniego zaparzania. Bardzo lubię zmywać – to mnie uspokaja…

Gdy woda zostaje przestudzona do ok. 85 stopni zalewam soczyście zielone liście.
Po ok. minucie smakujemy zielono-złoty napar.
– Czujesz tę słodka nutę? – pytam Michała.
– Czuję, ale zupełnie nie mogę zidentyfikować tego smaku.
Wąchamy zawzięcie herbatę w czarkach, siorbiemy głośno i wznosimy oczy ku niebu, jakby stamtąd miało przyjść na nas natchnienie i nazwa tej słodyczy, której nie potrafimy wyartykułować.
– Przypomina mi to maślane ciasteczka – mówię.
– Jest to niedoskonale określenie – mówi Michał – ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. Zaskakujące! Tu też nie ma tego rybnego posmaku i zapachu!
– No jest – mówię wolno – tylko jest tak uroczo subtelny, że trudno go wyłapać…
– Masz rację, jest…

20151101_100747

Przy kolejnym, ok. 2-3minutowym parzeniu, już wodą przestudzoną do ok. 80 stopni, czujemy bardzo wyraźną nutę świeżej trawy i delikatnego kwiatu orchidei. Pomimo długiego parzenia, goryczka jest naprawdę słabo wyczuwalna, i pojawia się dopiero na końcu, jakby wieńczyła każdy łyk. I także tej degustacji towarzyszy dość wyraźnie wyczuwalna słodycz maślanych ciasteczek…

Trzecie, ok. trzyminutowe parzeniu w temperaturze ok. 75 stopni bardzo przypomina poprzednie. Listki w gaiwanie rozwinęły się, napęczniały wodą i wypełniły ponad połowę naczynia. Wąchamy te liście i zgodnie dochodzimy, że dominującym zapachem jest zapach morza.
– Ten aromat przywołuje wspomnienie beztroskich wakacji – mówi Michał.
– Gdybym puściła wodze fantazji, powiedziałabym, że widzę francuską plażę z początku XX wieku, wiklinowe kosze do siedzenia, panów w kostiumach w paski i kobiety z falbaniastymi parasolkami…Wakacje zaraz się skończą, więc nastroje są jeszcze radosne ale podszyte lekką melancholią…
– Wybacz, ale ja absolutnie tego nie czuję w tej herbacie – zawyrokował Michał. Coś ty ostatnio czytała, że takie obrazy wywołuje w tobie ta herbata?
– Nic co by się wiązało z nadmorskimi wakacjami –mówię. – Ale ten obraz chyba zagnieździł się w mojej głowie po obejrzeniu jakiegoś filmu.

Wzięłam ostatni łyk z czarki. Napar już wystygł i mocniej zaakcentowana goryczka bez powodzenia próbowała zdetronizować słodycz, którą tak się zachwycaliśmy…

– Trochę mnie ssie w żołądku – powiedział Michał.
– Tomo sprezentował mi również ciasteczko – mówię ze śmiechem. – Matcha cookie.

matcha cookie   20151101_104905

Bezteinową Hochi-cha, również z Miyazaki, zostawiliśmy sobie na koniec.

20151025_080714

Zaparzam ją temperaturą ok. 90 stopni; wykorzystanie do tego gaiwana okazało się nie najlepszym pomysłem – poparzyłam sobie tylko palce przelewając napar do Morza Herbaty.
Z czarek uniósł się słodowo-drzewny aromat z ziołowymi, a dokładnie z rumiankowymi, akcentami.

20151101_105955   20151101_110203

Drugie parzenie było bardzo podobne, choć tu słodowe nuty zostały lekko przełamane kwiatowymi tonami.
– Smaczna, ocieplająca herbata – powiedział Michał. – Masz jeszcze kontakt z Tomo?
– Mam. Tomo lubi Polskę i Polaków i z tego co wiem, często przyjeżdża do naszego kraju więc żywię nadzieję, że jeszcze uda się nam razem napić herbaty. Powiem ci szczerze, że nasze pierwsze spotkanie, z którego zostały mi te wszystkie herbaty, było dla mnie niesamowitym przeżyciem – nie sądziłam, że Japończycy są tak spontaniczni i kontaktowi 🙂 Było to spotkanie pełne wzajemnej otwartości, radości i prawdziwej pasji herbacianej!

Konacha, która matchą być nie chciała czyli zwariowane eksperymenty herbaciane…

Michał wszedł bezceremonialnie do pokoju.
– Wstawiłaś wodę?
– Jeszcze nie – mruknęłam znad papierów bezładnie porozrzucanych na stole.
– Przyniosłem zieloną herbatę, którą kupiłem w Japonii – oznajmił z dumą Michał.
– O, a jaką? – z nadzieją na coś dotąd niespotykanego otworzyłam szeroko oczy i spojrzałam wyczekująco na Michała.
– Matchę.
– Sproszkowaną? – upewniłam się.
– Nie, nie sproszkowaną.
– To nie matcha – powiedziałam.
– Jak wszedłem do sklepu i powiedziałem „matcha” to facet dał mi tę właśnie herbatę.
Po czym Michał wyjął z torby słoik po musztardzie sarepskiej i podał mi go. W środku było pełno zielonych, drobnych igiełek z lekkouchwytnym, złotym refleksem o zapachu świeżej, wiosennej łąki…
– To nie matcha – zawyrokowałam.
– To co to za herbata? – z powątpiewaniem w moją wiedzę herbacianą zapytał Michał.
– Nie wiem – odparłam. -Ty mi powiedz; w końcu to ty byłeś w Japonii.
– No, ja byłem przekonany, że to matcha – Michał usiadł zrezygnowany. Ale po sekundzie podskoczył z entuzjazmem: zapytam kolegę, z którym byłem wówczas w Japonii – może on będzie wiedział.
– To jest dobry pomysł.

Wróciłam do swoich porozrzucanych na biurku papierów a Michał usiadł na kanapie i zawzięcie zaczął smsować z kumplem na temat herbaty, której nie potrafiliśmy zidentyfikować.

– To Konacha! – krzykiem odkrywcy oznajmił po chwili Michał. Kumpel pisze, że tę herbatę sporządza się z pozostałości po najwyższej jakości senchy oraz gyokuro z okolic Kyoto.
– To już coś. – mówię. -Parzyłeś ją już?
– Parzyłem. Według wskazówek, które wyczytaliśmy na opakowaniu, czyli wrzątkiem i bardzo krótko. Ale wcale a wcale mi nie smakowała…
– Dobrze; ja zrobię tę herbatę po swojemu – powiedziałam podnosząc się zza biurka i idąc do kuchni, by nastawić wodę na herbatę.

Tymczasem Michał, po szybkim niczym wiązka światła przeglądzie mojego regału z książkami, usiadł przy stole i zawzięcie przepisywał z angielskiego tekstu nowe słówka do nauki.
Woda znacznie ostygła. Nie byłam pewna, ale chyba do 80 lub 70 stopni. Zalałam maleńkie igiełki w czajniczku z sitkiem. Od razu zauważyłam jak drobna jest ta herbata, bo widziałam jak wiele igiełek wydostało się z zaparzacza.

Michał wziął pierwszy łyk.
– O rety, jaka dobra herbata! – wykrzyknął i spojrzał na mnie pytająco. – To na pewno ta moja Konacha?
– Twoja, twoja – odparłam z uśmiechem.
Aromat lekki, wiosenny; trochę podobny do Kirisakury, choć delikatniejszy, jakby Konacha była młodszą siostrą Shinchy Kirisakury, co by się nawet zgadzało…
– W ilu stopniach zaparzyłaś? – pyta Michał.
– Nie wiem. Parzę herbaty intuicyjnie, bez termometrów i czasomierzy…

20150728_191259   20150724_122726

Popijaliśmy konachę niespiesznie, gdy nagle Michał wykrzyknął:
– Zróbmy eksperymenty herbaciane!
– Co dokładnie masz na myśli? – niekiedy pomysły Michała były tyleż niezwykłe, co przerażające.
– Spróbujmy zrobić parzenia konachy na kilka sposobów i zobaczymy jak te różne metody jej przygotowywania wpłyną na smak naparu…
– Okey – powiedziałam ostrożnie.
– Zrobimy tak – Michał poderwał się na równe nogi – ja będę próbował parzyć w czajniczku a ty spróbujesz jak wyjdą parzenia w… kawowym dripie.
– Okey – nadal podchodziłam do całego pomysłu raczej dość sceptycznie.
– Poeksperymentujemy z temperaturą wody – z tymi słowami Michał zniknął w kuchni i usłyszałam, jak stawia czajnik na gaz.

Zobaczmy, co z tego wyniknie – pomyślałam i poszłam za Michałem.

20150907_203347

Pierwsze parzenie – jedno w czajniczku, drugie w dripie, zrobiliśmy temperaturą ok. 90 stopni celsjusza i Michał wyjął zaparzacz po ok. pół minuty. Ja musiałam poczekać, aż woda spłynie do czarki. Oba napary były mętne. I o ile Konaczę zaparzoną przez Michała można było pić, choć nie urzekała łagodnością i lekkością – raczej była płaska, to mojego naparu nie sposób było przełknąć bez grymasu na twarzy. Cierpkość, gorycz, ziemistość… Okropność!

Gdy jeszcze bardziej przestygła nam woda – do ok. 80-82 stopni, zrobiliśmy kolejne parzenie w tych samych naczyniach. Zobaczyłam, że Michał bardzo powoli wlewa wodę do czajniczka.
Co robisz? – zaciekawiłam się.
– Staram się lać wodę nie bezpośrednio na liść, ale po ściankach sitka…

20150907_203823

Po minucie spróbowaliśmy swoich naparów. Mój nadal był obrzydliwy, Michała stał się troszeczkę łagodniejszy, przyjemnie świeży niczym powiew wiosny…

Postanowiłam zrobić jeszcze jedno parzenie tego samego liścia dość przestudzoną wodą. I podczas gdy ja zajęłam się swoją Konachą w dripie, Michał czarował przy czajniczku; gdy zapytałam co robi, odparł, że będzie próbował zaparzyć naszą zieloną herbatę jeszcze raz, od nowa, ale w niższej temperaturze…

W pewnym momencie nasze eksperymenty przybrały formę zwariowanych działań szalonego chemika. Może to dlatego, że ani ja, ani Michał nie jesteśmy umysłami ścisłymi i zdyscyplinowana metodyka badań jest nam raczej obca.
– Nasze badania nie są miarodajne – powiedziałam.
– Dlaczego?
– Bo powinniśmy zaparzać tą samą ilość herbaty tą samą temperaturą wody i w tym samym czasie, choć wszystko to w różnych naczyniach. W momencie, kiedy parzymy to każdy po swojemu, bo przecież teraz zalałeś dużo mocniej przestudzoną wodą, nie mamy porównania…
– No, dobra… Chyba nas poniosło… – Roześmialiśmy się oboje.

– Wniosek jednak można wysnuć niepodważalny z naszych dotychczasowych eksperymentów: mętność naparu Konachy wynika albo z wysokiej temperatury wody, albo z lania tej wody bezpośrednio na liście. No i ta herbata łagodnieje, gdy parzymy niższą temperaturą wody – wtedy robi się taka świeża i radosna, a nabiera goryczki i mocy, gdy parzy się ją albo niemal wrzątkiem, albo dłużej niż 3 minuty – podsumowałam.
– Tak czy siak, nie jest to żadna rewelacja – powiedział Michał dopijając napar z ostatniego swojego parzenia.
– Może nie rewelacja, ale ciekawostka – odparłam. – No, ale mieliśmy dziś trochę japońszczyzny… Ja jeszcze nie byłam w Japonii – powiedziałam z lekkim smutkiem w głosie. – Ale wygląda na to, że Japonia przychodzi do mnie…
Z uśmiechem puściłam oczko do Michała i skierowałam się do pokoju.
– Jak to? – zaciekawił się.
Ponieważ nie odpowiedziałam, wychylił się w moją stronę i zakrzyknął:
– Jak to Japonia do ciebie przychodzi?
– Zaraz wszystko ci opowiem – odkrzyknęłam.

cdn…