Preludium do herbacianych wspomnień z Japonii

Mija właśnie mniej więcej miesiąc od mojego powrotu z miesięcznego pobytu w Japonii. Szczęście, które stało się moim udziałem podczas tego wyjazdu wciąż odczuwam niezwykle intensywnie co pomaga mi w dużym stopniu znieść przykre wydarzenia codziennej polskiej rzeczywistości…
Niemal codziennie oglądam zdjęcia i wspominam przeżyte chwile, tęsknię za ludźmi, których dane mi było poznać w Japonii. Tyle tego jest, że zastanawiam się od czego zacząć opowieść o tym cudownym miesiącu w kraju Kwitnącej Wiśni? Na pewno to wszystko nie miałoby miejsca, gdyby nie pomoc Roberta Tomczyka, który dzięki swoim kontaktom, wiedzy i zaangażowaniu umożliwił mi gościnę na plantacjach herbaty. Będę pewnie jeszcze wielokrotnie dziękowała Robertowi za tę podróż do Japonii, która była spełnieniem mojego wielkiego marzenia, w którego urzeczywistnienie tak naprawdę chyba do końca nie wierzyłam – wydawało mi się to poza moim zasięgiem, możliwościami i umiejętnością przyjęcia… Więc moja wdzięczność wobec Roberta jest ogromna i dozgonna… W Japonii spotkałam tylko dobrych ludzi, którzy wielu rzeczy mnie nauczyli. Będę jeszcze o nich pisać…

Wracając do herbaty: bałam się, że przywieziona herbata okaże się diametralnie inna w smaku niż ta, którą piłam na miejscu; ale – ku mojemu zdumieniu – poznańska woda całkiem dobrze zdała egzamin w połączeniu z japońską herbatą dając ciekawe doznania smakowe. Oczywiście, tutaj to nie to samo co tam… ale przecież nie tylko woda bierze udział w parzeniu herbaty…

Pierwszą herbatą jaka zaparzyłam dla najbliższych od razu po powrocie była oczywiście herbata zielona robiona według tradycyjnej ręcznej obróbki zwanej temomi. W Sirakawie – cudownym miejscu, do którego trafiłam jako pierwszego punktu na trasie mojej herbacianej japońskiej podróży, miałam zaszczyt uczestniczyć w dwudniowym warsztacie robienia herbaty. Teraz rozpiera mnie duma, że własnymi rękami zrobiłam herbatę, chociaż trzeba pamiętać, że nie robiłam jej sama – w znacznym stopniu wspierał mnie Mistrz Kazumasa – a i swoją energię w powstanie tej herbaty włożyli m.in. Hide i Chihiro. Temomi to naprawdę ciężka praca, a po efekcie końcowym można poznać czy wykonał ją doświadczony mistrz czy początkujący uczeń… „Moja” herbata nosi znamiona doświadczonej ręki Mistrza Kazumasy, ale czuć w niej, niestety, także moje nieporadne starania, by dorównać biegłości nauczyciela…

Przyszedł również czas na zaparzenie innej – tym razem już można powiedzieć, że w stu procentach zrobionej przeze mnie – herbaty… Podczas pobytu w Ośrodku Badawczym Sayama uczestniczyłam w herbacianym święcie organizowanym przez tenże Ośrodek; w trakcie wspomnianego wydarzenia uczestnicy mieli możliwość zbierania herbaty, z czego udało się skorzystać i tak oto weszłam w  posiadanie świeżych listków herbacianych: pączka liściowego i dwóch pierwszych liści. Po powrocie z eventu liście, za radą Roberta, trafiły do hotelowej zamrażarki. Wyjęłam je przed wyjazdem z Japonii i długo zastanawiałam się czy brać ze sobą liście czy nie brać. W końcu wzięłam dosłownie garstkę i pełna obaw czy nie zatrzymają mnie na lotnisku za szmuglowanie, spakowałam do walizki. Po ponad dobowej podróży okazało się, że oczywiście liście nie tylko się rozmroziły ale i trochę sfermentowały. Rozłożyłam je na papierowym ręczniku, drugim ręcznikiem przykryłam i położyłam na parapet, by pod wpływem promieni słonecznych listki się wysuszyły. Doba na okiennym parapecie na wschodnią stronę dała mi porcję herbaty na jedną degustację.

   

Cóż…zaparzona temperaturą wody ok 80-85 stopni przez niecałą minutę dała napar, w którym słodycz przeplatała się z bardzo subtelną goryczką; łagodność i świeżość charakterystyczna dla białych herbat fleszowych przełamana została wyraźniejszą nutą charakterystyczną dla herbat ciemnych. Na pewno nie było to coś niesamowitego – jedynie ciekawe doświadczenie herbaciane, które zaparzyłam 3 razy…

W pewien niezbyt ruchliwy poranek w pracy zapragnęło mi się nowych herbacianych eksperymentów, więc postanowiłam zrobić sun brew z tegorocznej shinchy z Shirakawy. Wsypałam do czajniczka garść liści, zalałam wodą w temperaturze pokojowej i wystawiłam na słabe tego dnia słońce. Oczywiście w ferworze porannych obowiązków zapomniałam o tej herbacie, ale gdy przelałam ją do czarek i dałam do spróbowania koleżankom, gdy każda z nas wypiła pierwszy łyk – okazało się że to „zapomnienie” wyszło tej herbacie na dobre… Słodycz świeżych traw, aksamit mlecznych tonów, fajerwerk przyjemnej, rześkiej goryczki a na końcu oszałamiający smak umami… Absolutne zaskoczenie! Każdy łyk pozostawia w ustach smak czystej radości i błogostanu…

      

Niedawno Anatol zapytał mnie co czułam dotykając liści herbacianych na plantacjach. Bez zastanowienia odparłam, że ekstazę! 😀 Wiem, wiem, nie każdy potrafi zrozumieć takiego fioła na punkcie herbaty… ale to moje uniesienie było sumą każdej teraźniejszej chwili, która mieściła w sobie i fakty i emocje, nowe doświadczenia i nowe spotkania…
No dobrze, ale zacznijmy od początku…

cdn…

Reklamy

Czarka pełna błogostanu czyli bezimienny oolong pana Shibamoto…

Po pierwszym spotkaniu z panem Toshifumi Shibamoto nie przypuszczałam nawet, że dane mi będzie tak szybko spotkać się z nim ponownie i po raz kolejny podegustować jego eksperymentalnych herbat. Ale dzięki zaangażowaniu Roberta pan Shibamoto w lipcu tego roku pojawił się w Polsce i wraz z Warszawskim Kolektywem Herbacianym zostałam zaproszona na degustację najświeższych herbat produkcji Japończyka z Makinohary. Pośród sench i oolongów o różnym stopniu oksydacji i podprażenia, moją uwagę przykuły dwie herbaty. Pierwsza to Bai Hao Oloong – oszałamiająca pięknem liści i delikatnością naparu. Druga – moja miłość od pierwszego łyku – eksperymentalny, bezimienny oolong o wyższym stopniu oksydacji. Płynny aksamit, wyrafinowane połączenie wielu przenikających się nut smakowych…nie mogłam powstrzymać się od achów i ochów wywołując tym rozbawienie pana Shibamoto. Jakże byłam niepocieszona, gdy okazało się, że nie mogę tej herbaty kupić mniej niż…700 gramów. Wsparcie przyszło, jak zwykle, ze strony Kolektywu i tydzień temu weszłam w posiadanie tej herbaty…:)

Ten bezimienny oolong został zrobiony w lipcu tego roku –  i według słów Roberta- z yabukity. To eksperymentalna herbata, której dokładnych parametrów produkcyjnych sam pan Shibamoto nie wyjawił. Ja zawsze do takich eksperymentów herbacianych podchodziłam z mieszaniną zainteresowania i sceptycyzmu. Czy Japonia znana z doskonałej matchy, senchy czy banchy może robić dobre herbaty ciemne, oolongi czy nawet białe? Ale herbaty pana Shibamoto po raz kolejny przekonują mnie, że prawdziwa pasja może zdziałać cuda!

Parę dni temu przyjechałam do Poznania i wzięłam Mamę na spacer do lasu zabierając ze sobą termos i utensylia herbaciane a przede wszystkim bezimiennego oolonga pana Shibamtoto – chciałam tę herbatę wypróbować w innych niż domowe okolicznościach przyrody i przekonać się, jak ją odbierają inni – przede wszystkim osoby nie ześwirowane na punkcie herbaty, jak ja…;)

Jesień powoli zaczyna wkradać się w otaczający krajobraz – nieśmiało złocąc i pomarańczowiejąc liście… Słońce mocuje się z wiatrem walcząc o dostęp do odsłoniętych jeszcze – jakby na znak niezgody na odchodzące lato – skrawków ciał…

Znajdujemy z Mamą ustronną i całkiem przyjemnie skąpaną w słońcu ławeczkę. Wyjmuję z plecaka termos, ceramikę herbacianą i herbatę. Spokojnie. Za sobą zostawiamy problemy i zgiełk miasta. Patrzymy w niebo, które chowa się za konarami drzew. Lekki wiatr niosący rześki zapach igliwia…

20160919_143445

Ogrzewam naczynia i do ciepłego gaiwana wsypuję liście bezimiennego oolonga pana Shibamoto. Po chwili uchylam przykrywkę i pozwalam, by do mojego nosa dotarła słodycz miodu, którą od czasu do czasu odgania posmak…wafelków; wplata się również nuta drzewna i kwiatowe tony…

20160919_140421   20160919_140450

Woda, którą zaparzam herbatę ma jakieś 94-90 stopni. Jeszcze zanim naleję wodę do krawędzi naczynia, siedząca obok mnie Mama mówi cicho: ależ cudnie pachnie…

20160919_140552

Nie czekamy zbyt długo…może z trzydzieści sekund… i już przelewam napar w kolorze wczesnojesiennej jarzębiny do morza herbaty a potem do czarek…

20160919_141817   20160919_141913

Patrzę na Mamę, która bierze powoli pierwszy łyk i widzę błogą radość na Jej twarzy…
– Ta herbata jest niesamowita – mówi. – Tak, jakby twoje gardło otulał jedwab; coś niesamowicie delikatnego i subtelnego…
-W ogóle nie ma goryczki – dzielę się wrażeniami. – Gdy piłam ją na spotkaniu z panem Shibamoto – zachwyciła mnie subtelną wytrawnością i właśnie taką szlachetną słodyczą… Teraz jest trochę inna, ale nadal wspaniała… I tam gdzieś, na dalekim planie, przebijając się przez te wszystkie upajające słodkości, kwiatowości i nawet lekko ziołowe akcenty, do kubków smakowych dociera ta charakterystyczna dla japońskich herbat trawiasto-glonowa nuta.

Po trzecim parzeniu raczymy się japońskim przysmakiem – ciasteczkiem z kasztanowego puree, które przywiózł ze sobą pan Hisashi Miyata, przyjaciel pana Shibamoto… ale to już zupełnie inna historia… 😉

20160919_134320   20160919_135742

Japońska słodkość jest ciekawym doznaniem smakowym, choć moim zdaniem byłaby dobrym dopełnieniem do bardziej wyrazistych, zdecydowanych i wytrawnych herbat…

Niespiesznie robię kolejne i kolejne parzenia… Listki w gaiwanie pęcznieją i pokazują jakie są duże i wielokolorowe… Siedzimy niewiele rozmawiając – delektujemy się herbatą, otaczającymi zapachami, wiatrem i słońcem…

20160919_143925   20160919_144400

Po piątym czy szóstym parzeniu, kiedy już czujemy, że herbata słabnie, podziwiamy w pełni rozwinięte liście, by nie powiedzieć: liściochy… 😉

20160919_144658   20160919_145120   20160919_144910

Jak się okazało bezimienny oolong pana Shibamoto oczarował nie tylko mnie… Błogostan w czarce ;)… Chyba więc odważę się podzielić tą herbatą z innymi herbaciarzami podczas drugiej edycji Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj!, który odbędzie się już w najbliższy weekend – 24 i 25 września. Do zobaczenia zatem przy czarce herbaty! 🙂