Ceylon Moragalla Oolong czyli herbata w liście ;)

Najwyższy czas ocalić od zapomnienia pewną ciekawostkę herbacianą, którą dostałam od Łukasza wraz z cudownym, pełnym optymizmu listem. Tak, tak – był to list tradycyjny, napisany ręcznie i włożony do koperty ze znaczkiem 😉 Uwielbiam takie dostawać! 🙂 A z niespodzianką w postaci herbaty w środku – tym bardziej! 🙂 Łukasz podał mi źródło zakupu herbaty, ale postanowiłam nie zaglądać do już gotowego opisu i sama przekonać się co też sobą reprezentuje ta herbaciana ciekawostka ze Sri Lanki…

Zapach suchych liści to wino porzeczkowe – trochę już dojrzałe, lekko kwaskowe z odrobiną przyjemnej słodyczy; chociaż jak się dobrze wwąchać to na dalszym planie dochodzą do głosu karmelowe tony…

20161204_113927

W ogrzanym czajniczku liście pachną lekką śliwką jakby w karmelowej otoczce; wino porzeczkowe, które czułam wcześniej odsunęło się teraz na drugi plan.

Oolonga Moragalla zalewam wodą ok. 93 stopni Celsjusza. Po ok. dwóch minutach odlewam trochę naparu, by spróbować czy już zakończyć parzenie czy jeszcze trochę potrzymać herbatę w czajniczku. Orzekam: 2 minuty do zdecydowanie za mało dla tej herbaty… I daję jej jeszcze dodatkowe w przybliżeniu 2 minuty. Próbuję i stwierdzam, że wciąż jest mało wyrazista. Może potrzebuję ekstremalnych doznań? Widzę jednak, jak upodobania smakowe podczas degustowania herbat mi się zmieniają; jeszcze jakiś czas temu krzywiłam się na mocne, zdecydowane napary, a nawet jeśli się nie krzywiłam, to nie znajdowałam większej przyjemności w ich degustowaniu. Teraz daję tej herbacie ok. 5 minut i nie wiem, czy wciąż nie będzie za słaba…

Kolor naparu – idealny brąz miodu spadziowego ze złotymi refleksami…

Po kolejnym i kolejnym łyku czuję mocniejszą winną nutę, która pojawia się nagle i równie nagle znika…

To jest herbata o delikatnym charakterze; aksamitna i łagodna. Rozpływa się równomiernie po podniebieniu pozostawiając uczucie delikatności i przyjemności.

20161204_115215

Rozmyślając o niuansach smakowych tej herbaty pozwalam by oolong Moragalla ostygł w mojej filiżance.
I okazuje się – gdy biorę łyk – że wraz ze spadkiem temperatury ta herbata nabiera przyjemnej, wyraźnej cierpkości z cytrusowymi tonami (przy czym bardziej będzie to cytryna z grejpfrutem niż pomarańcza). Im niższa temperatura tym intensywniejsza goryczka…

20161204_120216

A ponieważ ta herbata została określona jako oolong, to wypadałoby ją zaparzyć jeszcze raz. Tak też zrobiłam…
Drugie parzenie – ok. 6, 7 min. Przetrzymałam tę herbatę dłużej ale spróbowawszy trochę naparu skrzywiłam się mając w ustach zdecydowaną gorycz.
Zapach liści w dzbanuszku – torfowy.
W posmakach, które można odnaleźć w tym parzeniu, napar niewiele różni się od pierwszego, choć te posmaki są bledsze; no i goryczka jest dużo wyrazistsza.
Zrobiłam jeszcze dwa parzenia, każde po ok. 6 min. Mogę jednak śmiało powiedzieć, że te napary nadawały się idealnie do tego, by do nich dodać likier owocowy i wypić rozkoszując się tym wspaniale dominującym uzupełnieniem, Nie warto marnować herbaty… 😉

20161204_123541

Z mojego skromnego doświadczenia wynika, że przy założeniu wszystkich czynników klimatycznych, mechanicznych i wszystkich innych, które na smak herbaty wpływają a które ulegają zmianom zmieniając przy tym wspomniany smak herbaty, można doszukać się cech charakterystycznych np. czarnych herbat z Assamu, Sri Lanki, Darjeelinga czy z Chin (z danej prowincji). I choć Moragalla Oolong stanowi przykład wyżej oksydowanego pouchonga, i trochę assamowatej korzenności się przez napar przewinęło, choć jest swoistą ciekawostkę (niestety, nie najwyższej jakości), to dla mnie w smaku jest to typowy, bardzo delikatny, gładki w pełni oksydowany ceylon 🙂
Ciekawe do poznania 🙂

Reklamy

Wu Yi Yan Cha czyli Ogrody Świata w Berlinie…

Na drugi dzień po zakończeniu Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj! pojechałam do stolicy Niemiec. W Berlinie zakochałam się od pierwszego spojrzenia na to miasto z okien pociągu 🙂
Właściwie celem była wioska pod Berlinem, spotkanie z Ciotką, relaks, odpoczynek, zapomnienie o stresie pofestiwalowym 😉 zapomnienie o wszystkim choć na kilkanaście godzin 😉 Pobyt był krótki acz intensywnie odstresowujący i jestem przeszczęśliwa, że mogłam odwiedzić miejsce, które na długo zostanie w mojej pamięci jako obraz spokoju i dobrostanu, miejsce w duchu iście herbacianym: Ogrody Świata w Berlinie.

Ogrody Świata położone są w dzielnicy Marzahn a historia powstania tego urokliwego miejsca sięga czasów enerdowskich i związana jest z przygotowanym w 1987 roku przez berlińskich ogrodników przeglądu ogrodniczego w ramach obchodów 750-lecia Berlina. Niewielki projekt ogrodniczy przeszedł w 1990 roku – po zjednoczeniu Niemiec – ogromne zmiany stając się Parkiem Wypoczynkowym Marzahn, by w 1997 roku zacząć przeobrażać się w kompleks kilku najsłynniejszych ogrodów. Podobno Ogrody Świata były prezentem dla Berlińczyków, zwłaszcza tych, którzy nie mogą wybrać się na zwiedzanie świata. Na około 21 hektarach powstały piękne Ogrody: Chiński, Japoński, Balijski, Orientalny, Włoski, Koreański czy Chrześcijański, a każdy z niezwykłą dbałością prezentuje normy wymagane w danym stylu ogrodnictwa i rośliny z danego zakątka świata…

Pierwszym ogrodem, jaki zaczęłyśmy z Ciocią zwiedzać, był Ogród Orientalny; wchodziło się do niego przez salę z drewnianymi, ręcznie rzeźbionymi kolumnami. Ten Ogród miał być odzwierciedleniem raju…

20120102_001942   20120102_002014   20120102_002047   20120102_002115   20120102_002451   20120102_002634   20120102_002807   20120102_002823   20120102_002839
Po dalekowschodnich, egzotycznych doznaniach przeszłyśmy się po prostu po Parku…
Przestrzeń Ogrodów Świata jest pełna uroczych zaułków, gdzie pod drzewkiem limonkowym można przysiąść, wystawić twarz do słońca i posłuchać jak dziwaczna fontanna gra wodne melodie pod batutą lekkiego wiatru…

20120102_004051   20120102_004406

Potem poszłyśmy dalej…Minęłyśmy Ogród Angielski, który aktualnie jest w budowie, hamak na którym w pozycji horyzontalnej można podziwiać przesuwające się leniwie chmury, i doszłyśmy do Labiryntu…
Labirynt, przed którego wejściem stanęłam, był wzorowany na labiryncie przy Pałacu Hampton Court pod Londynem oraz na labiryncie-mozaice podłogowej w Katedrze Notre-Dame de Chartres we Francji. I choć oba labirynty, które posłużyły za wzór mają motyw wspólny – podążanie ścieżką życia, by odnaleźć środek (mnie na myśl przyszedł środek jako głębia, istota życia, ale i horacjański złoty środek…) – to są zupełnie inne w rodzaju dróg, które do owego środka prowadzą: mozaikowy labirynt we francuskiej katedrze ma tylko jedną drogą prowadzącą do centrum labiryntu, natomiast angielski labirynt zbudowany z wysokich, nieprzeniknionych żywopłotów z cisów jest pełen ślepych zaułków i zmusza użytkownika do nieustannych zmian kierunków…
Nie ważny cel, ważna droga… Czy aby na pewno? Z tymi wątpliwościami zrobiłam pierwszy krok do labiryntu…

20120102_005712   20120102_005750
Dość szybko udało mi się dojść do środka, gdzie znalazłam ławeczki i centralnie posadzone drzewko miłorzębu oraz kręte schodki na platformę, z której można było z ptasiej perspektywy popatrzeć na labirynt, który właśnie się przeszło i kawałek samego parku. Popatrzyłam i już wiedziałam, że po wyjściu z labiryntu kolejne kroki skieruję w stronę kamiennych lwów.

20120102_010248   20120102_010404

Okazało się, że kamienne lwy strzegły wejścia do Ogrodu Chińskiego…

20120102_011436   20120102_011507   20120102_011458   20120102_011652

Nie spodziewałam się, że w Ogrodzie Chińskim będzie herbaciarnia… 😀

20160928_145500
Usiadłyśmy więc z Ciocią przy stoliku niedaleko strumyka. Po chwili przyszła śliczna Chinka i przyjęła od nas zamówienie na herbatę.
Moja Ciocia zamówiła dla siebie herbatę chryzantemową. Dostała ją w porcelanowym gaiwanie Gdy zajrzałam do środka, prócz kwiatów chryzantemy dopatrzyłam się także jagód goi oraz jakichś – nie znanych mi – owoców. Byłyśmy też trochę zdumione, że do tej herbatki nie podano ani chahaia ani czarki, ale podająca herbatę pani, poinstruowała jak pić napar bezpośrednio z gaiwana. Tak, spróbowałam tego napoju i… była bardzo smaczny 🙂

20120102_012945   20120102_012835   20120102_013615
Ja miałam ochotę na jakiegoś oolonga i mój wybór padł na Wu Yi Yan Cha…O słynnych herbatach z gór Wu Yi trochę słyszałam od Wojtka i od Roberta; trochę też takich skalnych herbat wypiłam zdobywając doświadczenie, że nie każda herbata sygnowana pochodzeniem z Wu Yi Shan jest gatunkowo dobra lub bardzo dobra. Tej, którą zamówiłam, daleko było do pierwszej ligi. Liście nie były zwinięte, więc raczej powinni napisać, że to pouchong niż oolong, drobne i w większości uszkodzone; oksydacja – może jakieś 30%?

20120102_013656   20120102_012933   20120102_013109
Cóż z tego, że liście nie były najlepsze z najlepszych? Słodki aromat miodu gryczano-akacjowego uderzył w moje nozdrza gdy zaparzałam tę herbatę za pierwszym, drugim, trzecim a także za piątym razem… W smaku dominująca jedwabista nuta orchidei otulała moją duszę spokojem i radością… I może nie była to herbata wybitnej jakości, ale dzięki niej, z każdym kolejnym łykiem rozkwitała we mnie lekkość i wdzięczność; zgiełk świata oddalał się ode mnie i bladły problemy i kłopoty, które niczym kulę u nogi przytargałam ze sobą do Berlina…
Popijając swoje napary rozmawiałyśmy…niespiesznie dotykałyśmy tematów bolesnych, ale i radosnych… tak można rozmawiać tylko przy herbacie…
To wtedy, pomiędzy kolejnymi parzeniami, gdy wietnamskimi słodyczami, które jakimś cudem znalazły się w moim plecaku, karmiłam tyleż śmiałe co urocze niemieckie wróbelki-elemelki postanowiłam, że zmieniam wcześniej ustalony plan dnia. Przyjeżdżając do Berlina bardzo chciałam odwiedzić obie herbaciarnie P&T Paper and Tea – i tę w dzielnicy Mitte i tę w Charlottenburgu. Nie chciałam jednak przerywać tego niespiesznego nastroju, rozmowy z Ciocią – tego wspólnego bycia razem i herbaty… Odpuściłam sobie presję zaliczania wcześniej zaplanowanych punktów. Co ważniejsze: droga czy cel?

20120102_012753   20120102_013334   20160928_153719
Gdy Wu Yi Yan Cha oznajmiła, że więcej nie zamierza obdarzać mnie swoimi słodkimi smakami, poszłam jeszcze kupić sobie tej herbaty na drogę – byłam ciekawa, jak ta herbata będzie smakowała pod polskim niebem… Wnętrze herbaciarni zachwyciło mnie…:)

20160928_153118   20160928_153054   20160928_153137   20160928_153145   20160928_153212   20160928_153309   20160928_153328   20160928_153352   20160928_153605
Gdy opuszczałyśmy chińską herbaciarnię i kierowałyśmy się do Ogrodu Japońskiego akurat wyszło słońce. Piękny dzień…:)

20160928_154234

W drodze do Ogrodu Zen zwiedziłyśmy Ogród Chrześcijański, którego przestrzeń wyznaczał płot utkany ze słów ze Starego i Nowego Testamentu. Ten Ogród wydał mi się ciasny i za bardzo…hmm… rozgadany… wszędzie tylko słowa i słowa…

20160928_154559   20160928_154545   20160928_154522

Przeszłyśmy także wzdłuż Alei Bajek – rozbawiły mnie te słodkie, kiczowate postacie, które znałam z dzieciństwa…

20160928_154843   20160928_154910   20160928_154938   20160928_154953

Ogród Japoński tchnie spokojem… W tym Ogrodzie, który powstał dzięki współpracy Berlińczyków i Tokijczyków, główną rolę odegrał japoński projektant ogrodów i mnich zen w jednej osobie – Shunmyō Masuno; to on w dostępną sobie przestrzeń przeniósł klasyczne elementy sztuki japońskiej (odpowiedni układ kamieni, wodospad oraz pawilon herbaciany) odzwierciedlające filozofię zen, jak również posadził w ogrodzie japońskie rośliny takie jak klon japoński czy dereń kwiecisty stwarzając tym samym miejsce do cichego podziwiania i kontemplowania piękna natury… Nazwa Ogrodu-YUU SUI TEI oraz pawilonu herbacianego- NYO SUI TEI korespondują z ideą: spokój jest dostępny wszystkim ludziom…

20160928_155508   20160928_160109   20160928_160038
Siedząc przy cicho szemrzącym strumyku czy na bambusowej ławce i podziwiając pieczołowicie zagrabiony biały żwir – miałam poczucie, że czas nie istnieje a tylko ta chwila, w której mój wzrok zatrzymał się na fali drobnych kamyczków… Trwaj chwilo, jesteś piękna – szeptałam w myślach… na szczęście diabeł się nie zjawił…;)

20160928_161004   20160928_161549   20160928_160928
Ostatnim ogrodem, który odwiedziliśmy było Ogród Koreański zwany też Seulskim ponieważ był prezentem dla Berlina od Miasta Seul. Ten Ogród zrobił na mnie wrażenie masywnego, zwartego i zbitego, tajemniczego i pełnego duchów…

20160928_161759   20160928_161836   20160928_162318   20160928_161857   20160928_161958

Przeszłam tam przez cztery dziedzińce otoczone murami, chwilę przyglądałam się niedostępnemu pawilonowi nad wodą, zastanawiałam się dlaczego w Ogrodzie Koreańskim tak mało roślinności a tak dużo drewna i kamienia, i długo przypatrywałam się kamiennym figurkom próbując porozumieć się z zaklętymi w nich duchami. Podobno wywodzą się one z wierzeń ludowych i ustawiane były przy wjeździe do wioski, przy ulicy, przy bramie zamkowej czy świątynnej. Po koreańsku zwane Beoksu (czyt. Poksu) lub Jang Seung (czyt. Dziang Syng) symbolizowały duchy opiekuńcze wioski lub świątyni; używane były także jako kamienie milowe lub graniczne…

20160928_162355   20160928_162920   20160928_163136   20160928_163157   20160928_163312

Mam cichą nadzieję, że moje gorliwe kłanianie się koreańskim opiekuńczym duchom pomoże mi iść dalej dobrą herbacianą drogą do dobrego celu… 😉

Dziękuję Łukaszowi, za tłumaczenia informacji o elementach Koreańskiego Ogrodu 🙂

Pisząc o swojej wyprawie do berlińskich Ogrodów Świata zajrzałam też tutaj:

http://www.berlimix.net/parki_ogrody_swiata.php

http://www.museumsportal-berlin.de/pl/muzea/garten-der-welt-im-erholungspark-marzahn/

http://berlin-vel.pl/erholungspark-marzahn

http://www.krajoznawcy.info.pl/ogrody-swiata-w-berlinie-33293

http://www.ogrodowisko.pl/watek/6054-berlin-ogrody-swiata-park-i-ogrod-botaniczny-w-jednym

http://kolumber.pl/g/147004-Ogrody%20%C5%9Awiata%20-%20Marzahn%20w%20Berlinie

http://www.architekturakrajobrazu.info/ogrody-i-parki/44-ogrody-wiata/2333-marzahn-garten-ogrod-w-sercu-berlina

https://sevencups.com/learn-about-tea/famous-chinese-tea/about-wu-yi-yan-cha/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Hampton_Court

https://mekeke1969.wordpress.com/2010/04/18/labirynt-w-chartres/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Katedra_w_Chartres

 

 

 

Czarka pełna błogostanu czyli bezimienny oolong pana Shibamoto…

Po pierwszym spotkaniu z panem Toshifumi Shibamoto nie przypuszczałam nawet, że dane mi będzie tak szybko spotkać się z nim ponownie i po raz kolejny podegustować jego eksperymentalnych herbat. Ale dzięki zaangażowaniu Roberta pan Shibamoto w lipcu tego roku pojawił się w Polsce i wraz z Warszawskim Kolektywem Herbacianym zostałam zaproszona na degustację najświeższych herbat produkcji Japończyka z Makinohary. Pośród sench i oolongów o różnym stopniu oksydacji i podprażenia, moją uwagę przykuły dwie herbaty. Pierwsza to Bai Hao Oloong – oszałamiająca pięknem liści i delikatnością naparu. Druga – moja miłość od pierwszego łyku – eksperymentalny, bezimienny oolong o wyższym stopniu oksydacji. Płynny aksamit, wyrafinowane połączenie wielu przenikających się nut smakowych…nie mogłam powstrzymać się od achów i ochów wywołując tym rozbawienie pana Shibamoto. Jakże byłam niepocieszona, gdy okazało się, że nie mogę tej herbaty kupić mniej niż…700 gramów. Wsparcie przyszło, jak zwykle, ze strony Kolektywu i tydzień temu weszłam w posiadanie tej herbaty…:)

Ten bezimienny oolong został zrobiony w lipcu tego roku –  i według słów Roberta- z yabukity. To eksperymentalna herbata, której dokładnych parametrów produkcyjnych sam pan Shibamoto nie wyjawił. Ja zawsze do takich eksperymentów herbacianych podchodziłam z mieszaniną zainteresowania i sceptycyzmu. Czy Japonia znana z doskonałej matchy, senchy czy banchy może robić dobre herbaty ciemne, oolongi czy nawet białe? Ale herbaty pana Shibamoto po raz kolejny przekonują mnie, że prawdziwa pasja może zdziałać cuda!

Parę dni temu przyjechałam do Poznania i wzięłam Mamę na spacer do lasu zabierając ze sobą termos i utensylia herbaciane a przede wszystkim bezimiennego oolonga pana Shibamtoto – chciałam tę herbatę wypróbować w innych niż domowe okolicznościach przyrody i przekonać się, jak ją odbierają inni – przede wszystkim osoby nie ześwirowane na punkcie herbaty, jak ja…;)

Jesień powoli zaczyna wkradać się w otaczający krajobraz – nieśmiało złocąc i pomarańczowiejąc liście… Słońce mocuje się z wiatrem walcząc o dostęp do odsłoniętych jeszcze – jakby na znak niezgody na odchodzące lato – skrawków ciał…

Znajdujemy z Mamą ustronną i całkiem przyjemnie skąpaną w słońcu ławeczkę. Wyjmuję z plecaka termos, ceramikę herbacianą i herbatę. Spokojnie. Za sobą zostawiamy problemy i zgiełk miasta. Patrzymy w niebo, które chowa się za konarami drzew. Lekki wiatr niosący rześki zapach igliwia…

20160919_143445

Ogrzewam naczynia i do ciepłego gaiwana wsypuję liście bezimiennego oolonga pana Shibamoto. Po chwili uchylam przykrywkę i pozwalam, by do mojego nosa dotarła słodycz miodu, którą od czasu do czasu odgania posmak…wafelków; wplata się również nuta drzewna i kwiatowe tony…

20160919_140421   20160919_140450

Woda, którą zaparzam herbatę ma jakieś 94-90 stopni. Jeszcze zanim naleję wodę do krawędzi naczynia, siedząca obok mnie Mama mówi cicho: ależ cudnie pachnie…

20160919_140552

Nie czekamy zbyt długo…może z trzydzieści sekund… i już przelewam napar w kolorze wczesnojesiennej jarzębiny do morza herbaty a potem do czarek…

20160919_141817   20160919_141913

Patrzę na Mamę, która bierze powoli pierwszy łyk i widzę błogą radość na Jej twarzy…
– Ta herbata jest niesamowita – mówi. – Tak, jakby twoje gardło otulał jedwab; coś niesamowicie delikatnego i subtelnego…
-W ogóle nie ma goryczki – dzielę się wrażeniami. – Gdy piłam ją na spotkaniu z panem Shibamoto – zachwyciła mnie subtelną wytrawnością i właśnie taką szlachetną słodyczą… Teraz jest trochę inna, ale nadal wspaniała… I tam gdzieś, na dalekim planie, przebijając się przez te wszystkie upajające słodkości, kwiatowości i nawet lekko ziołowe akcenty, do kubków smakowych dociera ta charakterystyczna dla japońskich herbat trawiasto-glonowa nuta.

Po trzecim parzeniu raczymy się japońskim przysmakiem – ciasteczkiem z kasztanowego puree, które przywiózł ze sobą pan Hisashi Miyata, przyjaciel pana Shibamoto… ale to już zupełnie inna historia… 😉

20160919_134320   20160919_135742

Japońska słodkość jest ciekawym doznaniem smakowym, choć moim zdaniem byłaby dobrym dopełnieniem do bardziej wyrazistych, zdecydowanych i wytrawnych herbat…

Niespiesznie robię kolejne i kolejne parzenia… Listki w gaiwanie pęcznieją i pokazują jakie są duże i wielokolorowe… Siedzimy niewiele rozmawiając – delektujemy się herbatą, otaczającymi zapachami, wiatrem i słońcem…

20160919_143925   20160919_144400

Po piątym czy szóstym parzeniu, kiedy już czujemy, że herbata słabnie, podziwiamy w pełni rozwinięte liście, by nie powiedzieć: liściochy… 😉

20160919_144658   20160919_145120   20160919_144910

Jak się okazało bezimienny oolong pana Shibamoto oczarował nie tylko mnie… Błogostan w czarce ;)… Chyba więc odważę się podzielić tą herbatą z innymi herbaciarzami podczas drugiej edycji Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj!, który odbędzie się już w najbliższy weekend – 24 i 25 września. Do zobaczenia zatem przy czarce herbaty! 🙂

Pan Shibamoto i pani Aya czyli niecodzienne herbaty z Japonii…

Zasiadałam do tego wpisu z uśmiechem na ustach… Spotkanie z panem Shibamoto i panią Ayą, którzy przyjechali z Makinohary w prefekturze Shizuoka, na długo pozostanie w mojej pamięci, a wciąż jeszcze świeże, barwne wspomnienia z sobotniej degustacji herbat, przepełniają mnie radością i szczęściem. Wszystko to nie miałoby miejsca, gdyby nie zaangażowanie, konsekwentne działanie a przede wszystkim ogromna herbaciana pasja Roberta. To właśnie Sayama najpierw przywiózł do Polski kilka herbat od poznanego w Japonii Toshifume Shibamoto, a potem sprowadził do Polski samego plantatora wraz z uroczą panią Ayą – specjalistką od herbaty typu sencha; a następnie, podczas spotkania wcielając się w rolę tłumacza, przekazał nam wiedzę jaką pan Shibamoto chciał się z nami podzielić.
Znów mogliśmy w pięknym wnętrzu Restauracji i Galerii Koreańskiej Onggi napić się niecodziennych herbat i wzbogacić herbacianą wiedzę…

IMG_2161

Pierwszą herbatą była Kamairi-cha zbierana z części plantacji przeznaczonej na senchę.
Pierwsze parzenie – jak zdradził nam pan Shibamoto – zostało zrobione dość gorącą wodą przez 1 minutę. W smaku herbata daje się poznać jako dość łagodna, podprażana lekko, z wyraźnymi, trawiastymi akcentami… niektórzy mówili: takie sianko 😉
Drugie parzenie – już zrobione troszeczkę dłużej – w smaku dało herbatę zdecydowanie mocniejszą; napar oddaje mocniej zaakcentowane kwiatowe nuty, ale można również wyczuć dość wyraźną cierpkość.

20160123_162312   20160123_162327

Kolejną herbatą, którą degustujemy jest oolong oksydowany w 30 procentach, pochodzący z letnich, mających miejsce pod koniec czerwca, zbiorów. Pan Shibamoto zdradził nam, że zwykle tego oolonga zaparza dość gorącą wodą przez 3 minuty. Herbata miała ciemny, wyrazisty kolor. I pięknie pachniała kwiatami. Ja wyczułam orchidee, ale wielu osobom ten zapach kojarzył się jednoznacznie z bzem…zapach naprawdę był upajająco intensywny, ale smak… Bezwiednie robię okropny grymas gdy trafię na mocną, goryczkową herbatę; tym razem po łyku tego oolonga, bezwiednie na mojej twarzy pojawił się ów grymas…

20160123_163850   IMG_2040

Chwilę dyskutowaliśmy o tym smaku; zgłaszane były sugestie, że może tego oolonga dobrze byłoby zaparzyć krócej…Może nasze pragnienia spowodowane były przyzwyczajeniami?… Od kilku lat raczymy się nierzadko doskonałymi oolongami, które zachwycają nas właśnie łagodnością i kwiecistością. Zwykle jednak są to oolongi chińskie, tajwańskie, wietnamskie. Może oolong japoński jest po prostu specyficzny? Podczas dywagacji o smaku właśnie degustowanego oolonga, pan Shibamoto powiedział, że on jest przede wszystkim farmerem i przyjmuje pewien schemat parzenia herbat: dla kamairi-cha, którą piliśmy jako pierwszą jest to 1 minuta zaparzania, dla oolonga – 3 minuty. Nie eksperymentuje z metodami zaparzania swoich herbat, daleki jest od całej oprawy do degustowania herbat jakim są różnego rodzaju ceremonie herbaciane, ponieważ jego najbardziej interesuje uprawa i produkcja herbaty. Pomyślałam sobie: to jest Droga Herbaty pana Shibamoto… Fascynujące jest to, jak „zwykła” 😉 herbata potrafi niesamowicie ukierunkować jednostkowe życie, jak niezwykle potrafi zafascynować jednym swoim aspektem i uczynić z tego sztukę uprawianą z miłosnym zaangażowaniem przez jednego człowieka…

Przy okazji rozmowy o smaku oolonga znów pojawił się problem wody i tego, jak woda potrafi zmienić smak herbaty. Miękka woda pozwala wydobyć z herbaty więcej aromatów dzięki czemu nasze odczucia są bogatsze i bardziej intensywne. Twarda woda jakby przytłumia herbatę, zdominowuje ją. W Polsce pan Shibamoto miał problemy ze znalezieniem odpowiedniej wody do parzenia swoich herbat. W Japonii woda jest bardzo miękka, w Polsce bardzo twarda. Ta różnica ma znaczący wpływ na smak naparu. Standardem jest dla pana Shibamoto woda z Makinohary. Pan Shibamoto i Robert zdradzili nam, że podczas testów przed spotkaniem, dobre wyniki w parzeniu dała woda Eden z dystrybutora. Również całkiem nieźle sprawdza się woda mineralna Primavera z różową nakrętką. Pani Aya – towarzysząca p. Shibamoto, specjalistka od podprażanych herbat mówi, by nigdy nie przestawać testować kombinacji różnego rodzaju wody z tą samą herbatą. To może dać wielce zaskakujące efekty 🙂

IMG_2122   IMG_2065   IMG_2131   IMG_1990

Trzecią herbatą, jaką tego wieczoru degustowaliśmy była kamairi-cha, ale z innego miejsca plantacji, rosnąca – można powiedzieć: półdziko; nie doglądana z jakąś szczególna troską, nie nawożona odpowiednimi nawozami… Ta herbata przygotowana przez pana Shibamoto według proporcji: 3g na 100ml wody i parzona pomiędzy 30 a 60 sekund, urzeka mnie łagodnością i intryguje posmakiem, którego nie potrafię zidentyfikować…Łukasz mówi: coś pomiędzy bancha a hojicha…I to może być to, ale… ach, ta drażniąca nieumiejętność w złapaniu odpowiedniej nazwy dla smaku…

20160123_164916

Sencha przygotowana przez panią Ayę jest kolejną herbatą z plantacji pana Shibamoto. Jest w tej herbacie zaskakująca i zachwycająca słodycz z przyjemnymi algowymi posmakami, ale połączona z wyraźną cierpką nutą, której nie umiem jeszcze w herbacie ani polubić, ani docenić…

IMG_2035   IMG_2105   20160123_165943

Pan Shibamoto pokazuje sposób produkcji swojej herbaty, wplatając w to dygresję o herbacie sencha,  która jest herbatą bardzo popularną i stanowi główne źródło utrzymania dla herbacianych plantatorów…Popularną praktyką jest sprzedaż liści herbacianych do spółdzielni, gdzie tę herbatę się standaryzuje, ujednolica i eksportuje ;)… I właśnie tak otrzymujemy naszą, tak popularną, senchę 😉

Już po spotkaniu rozmawialiśmy z Łukaszem i Agnieszką o tym aspekcie dostępności herbaty. Głównie jednak utyskiwaliśmy, że smaki z innych krajów są jakoby dostosowywane do naszych czyli europejskich gustów, a przecież my – Europejczycy chcemy spróbować prawdziwych, niezmienionych smaków z krajów, z których dostajemy czy to jedzenie, czy to herbatę… Ponieważ jednak nas – utyskujących Europejczyków było tylko troje, przyjęliśmy z pokorą fakt, że nie zdołamy powstrzymać gustów i upodobań większości; że nie zdołamy przekonać producentów a bardziej dystrybutorów herbat, że potrzebujemy oryginalnych smaków… 😉

Zbiory w Makinoharze są bardzo intensywne. Na przełomie czerwca i maja prace trwają przez ok. 8 dni, 24h/ dobę a na przełomie września i października 20 dni; wówczas zbierana jest znana nam bancha. Ponieważ wokół plantacji herbacianych Makinohary jest ok 50 fabryk przetwarzających herbatę, całe powietrze przesiąknięte jest herbacianym zapachem… Wszystko pachnie herbatą! To musi być coś cudownego! 😉

Przed zimą, kiedy już nie ma zbiorów, a liście wegetują i nabierają sił przed wiosną, pan Shibamoto zbiera herbatę pozbawioną teiny. I taką właśnie herbatą – prawie zimową – pan Shibamoto uraczył nas już na koniec spotkania. Bezteinowa herbata została przez pana Shibamoto wysuszona na słońcu i podprawiona kardamonem oraz cynamonem. Wyjątkowość tej herbaty – poza orginalnym doprawieniem przyprawami korzennymi – tkwi także w jej niedostępności na szerszą skalę; to herbata została zrobiona wyłącznie na potrzeby domowe…

Pan Shibamoto zaczął zaparzanie tej przyprawowej herbaty przed rozpoczęciem spotkania. Dał mi wówczas do spróbowania napar po ok. dwuminutowym parzeniu. Była wyborna – łagodna w swojej pikanterii, bezgoryczkowa… Pod koniec spotkania zostaliśmy poczęstowani naparem ponad półtoragodzinnym, o pokojowej temperaturze… ciekawy smak, ale osobiście opowiedziałabym się za ciepłą wersją tej herbaty 😉

20160123_153435   IMG_2136

To było piękne spotkanie; pełne radości z możliwości poznania nowych twarzy herbaty, otwartości na świeżą wiedzę, uważności przy degustacji kolejnej i kolejnej czarki herbaty… Chyba Mistrz Lu Yu byłby z nas zadowolony… 😉

Autorem oznaczonych zdjęć jest Patryk Szmelter/ Fotoluwak

Mi Lan Xiang Dan Cong Oolong przed wyjazdem…

W biegu, w pośpiechu, w poddenerwowaniu i niepewności. Przed wyjazdem na Poznański Festiwal Herbaty Zaparzaj! którego jestem współorganizatorką i gdzie będę miała prelekcję połączoną z parzeniem Darjeelingów. Przyglądam się sobie, jak kręcę się w kółko łapiąc za sprawy, które chcę domknąć przed wyruszeniem w drogę. W głowie słyszę głos, który prosi, bym się zatrzymała. Może herbaty?

Stawiam wodę na gaz. Festiwal Herbaty Zaparzaj! odbędzie się w Poznaniu, w Kwietnej, do której trafiłam przypadkiem rok temu. Uśmiecham się na wspomnienie mojej pierwszej wizyty w herbaciarni-kwiaciarni Marty i Szymona. To było latem. Gdy przechodziłam ulicą 27 grudnia nie zauważyłam tego miejsca za pierwszym razem i tym faktem byłam ogromnie zdziwiona 🙂 Gdy je w końcu odkryłam, z radością weszłam do środka, przedarłam się przez kwiaciarnię pełną bujnych, pachnący i egzotycznie wyglądających kwiatów i dotarłam do półek z herbatami, czarkami i dzbankami. Za ladą zastawioną żeliwnymi czajniczkami stała uśmiechnięta śliczna dziewczyna. Zaczęłyśmy rozmawiać o herbatach, gdy nagle pojawił się mężczyzna, pocałował na powitanie śliczną dziewczynę i powiedział do mnie „cześć”. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że to mój dawny znajomy a sympatyczna dziewczyna, z którą wdałam się w dyskusję o herbatach to Marta – jego żona! Świat nie przestaje mnie zaskakiwać 🙂

Polubiłam to miejsce od pierwszego wejrzenia. Od samego początku czułam, że w Kwietnej krąży dobra energia. Dobra energia jej właścicieli.

Wówczas wybrałam dla siebie sporo herbat, a Marta namówiła mnie także na Mi Lan Xiang Dan Cong Oolong. Nie byłam z początku przekonana do tej herbaty – bardzo silnie pachniała słońcem, miodem i kwiatami orchidei, więc podejrzewałam iż jest aromatyzowana. Nie była. Ta intensywność aromatu to cecha charakterystyczna tego oolonga. Krzew, z którego zbierane są liście tej herbaty jest specyficzną odmianą kultywaru Fenghuang Shuixian czyli oolonga z Gór Feniksa w prowincji Guandong w południowo-wschodniej części Chin.

Dan Cong oznacza „pojedynczy krzew” co sugeruje, że ta herbata, którą zamierzam sobie właśnie zaparzyć jest zbierana i przetwarzana z jednego, konkretnego krzewu, a każdy krzew ma swój specyficzny charakter. Mój oolong ma w nazwie Mi Lan Xiang co oznacza aromat miodowej orchidei. Wszystko się zgadza 🙂

20150712_104621

Woda się zagotowała. Przepłukuję czajniczek i czarkę. Muszę przyznać, że aromat mojego Mi Lan Xiang Dan Cong Oolonga stracił trochę na intensywności. Mimo tego, piję napar z zadowoleniem, z przyjemnością. Uspokajam się przed podróżą. Myślę o przypadkach, które w życiu stają się naszym udziałem… Podobno nie ma przypadków… Wygląda więc na to, że moje odkrycie Kwietnej było elementem mojej herbacianej Drogi… Cieszę się na ponowne spotkanie z Martą i Szymonem. Jestem podekscytowana Festiwalem, bo wierzę, że znów spotkam niezwykłych ludzi….jakże może być inaczej, przy czarce herbaty? 🙂

20150712_104909   20150712_105107

Wuji Oolong. Plenerowe parzenie.

– To nie będzie dobry dzień – zawyrokowała Julia wyskakując z łóżka z marsem na czole i jednym okiem sklejonym jeszcze snem. – Nie wyspałam się.
A jednak po lekkim i szybkim śniadaniu zarzadziła zbiórkę utensyliów herbacianych i wyprawę do pobliskiego parku na parzenie herbaty.
Zrzędziała po drodze, że taki upał, że tyle hałasu dookoła, i że po co ci wszyscy ludzie się tak spieszą. Ona przez to wszystko się nie wyspała. -Absurd! – pozwoliłam sobie na negację jej nieszczęścia co wywołało jeszcze wiecej biadolenia, że nawet ja jej nie rozumiem. Taka ze mnie przyjaciółka…
Chłód i spokój parku podziałały na Julię kojąco. W ustronnym miejscu znalazłyśmy niewielki stolik i siedziska; z oddali słyszałyśmy echa wielkiego miasta. Tu czas spowalniał swój bieg…
Rozłożyłyśmy nasze herbaciane przyrządy. Julia odkręciła termos, opłukała czajniczek i czarki. Do czajniczka wsypała garść oolonga, którego ciemna barwa wskazywała na jego wyższą oksydację. Wyciagnęłam szyję, by lepiej przyjrzeć się jeszcze suchemu liściu.
– To Wuji Oolong – powiedziała Julia zalewając ciemne, zwinięte w kuleczki liście. – Pochodzi z północno- zachodniej części prowincji Fujian u stóp malowniczych gór Wu Yi.

20150806_11185720150806_112159

 

Przyglądałam się, jak Julia zaparza herbatę. Nie rozmawiałyśmy. Przez około 3 minuty robiła tzw. budzenie liścia. Cały napar wylała na drewniany stolik. Potem zrobiła kolejne parzenie. Nie liczyła czasu, ale chyba było to również około trzyminutowe parzenie. Napar nalała do czarek. Pamiętałam tę herbatę z ubiegłorocznych zbiorów – była zadziwiająco lekka, bardzo mineralna już od pierwszego parzenia. Teraz zaskoczyła mnie dominujacym drzewno-ziemistym posmakiem z lekkim, ale jakże cudownym kwiatowym akcentem w tle. Przywodziła na myśl leśne runo nagrzane słońcem z odrobiną parujacej wilgoci. Bardzo wyraźnie dało sie wyczuć ciepłe, słodowe akcenty. I kwiaty – barwne kwiaty…

20150806_113904
W drugim parzeniu ziemiste nuty usunęły się na dalszy plan; napar stał się bardziej słodowo-kwiatowy, bardziej delikatny, wysubtelniał. Zachwycił mnie kolor – niemal płynne złoto. I liść pięknie się rozwinął. Czujesz? – powiedziała w pewnej chwili Julia – czujesz tę enigmatyczną pikanterię z drzewną nutą? Tak, jak lekki podmuch wiatru pojawiały się jakby pieprzowe akcenty…niezwykłe doznanie…

20150806_11375520150806_113833

 

Powierzchnia wody w czajniczku wyglądała jak czysta rzeka, pod której taflą można dostrzec cudnej zieleni wodorosty. Liście mojego oolonga są jak te rzeczne wodorosty. Patrzę, jak słońce łaskocze wodę w moim malutkim czajniczku; jest w tym jakaś nieskrępowana radość, która oddala z serca wszelkie troski świata.
– Ta herbata przywodzi mi na myśl stary, bujny las tropikalny z parującą w słońcu wilgocią i aromatem egzotycznych kwiatów; jest w nim spokój i harmonia,choć jednocześnie jakaś dzikość i pierwotność – powiedziałam i trzecim łykiem opróżniłam czarkę.

20150806_113923
Spokój. Promienie słońca, lekki wiatr na rozgrzanej skórze, szum fontanny i piski rozbawionych, rozradowanych dzieci. Pan z laptopem przysiadł na ławeczce nieopodal. Ścieżką obok naszego stolika niespiesznie przeszła para staruszków z kijkami do nordic walking
– Popatrz na liście – mówi Julia. Popatrz na trawę a potem na konary drzew – jaka jest w nich niesamowita akceptacja. Nie mają planów, nie mają ambicji. Wystarczy im to, co jest…

20150806_11321220150806_114308
Julia robi kolejne parzenie. Straciłam już rachybę – które. Parzenie stało się jednym z elementów mojej cichej obecności wśród parkowej zieleni. Ale zaczynam czuć w naparze tę mineralność, jakby smak kamienia, które czułam w ubiegłorocznym Wuji Oolongu.
-Zobacz – słyszę po chwili – zobacz, już opadają zżółkłe liście…
Wiatr szybko porywa piankę z powierzchni herbaty, którą Julia właśnie zaparzyła w czajniczku.
– Przypomina mi się – mówię – scena z jednego z moich ulubionych filmów – „Pod słońcem Toskanii”, w którym główna bohaterka pomaga znajomemu napisać kartkę dla mamy; stara się opisać otaczajace piękno: siedzą na murku, zajadają winogrona i obserwują ludzi na targu w Cortonie, którzy po prostu cieszą się życiem, możliwością rozmowy z innymi ludźmi, niespieszną degustacja kawy w kawiarni pod parasolem w paski, drobnymi przyjemnościami. Bohaterka bierze do ust winogrona i czuje ich filetową słodycz rozpływajaca się na podniebieniu, czuje ich fioletowy smak; i tylko dzwony na kościelnej wieży przypominają o upływajacym czasie…
Tymczasem w naszej rzeczywistości dzwony kościelne oznajmiają, że właśnie nastało południe. Słońce puszy się jak paw. Niedaleko ktoś postanawia skosić trawnik i nagle cisza przestaje być błoga. Czas wracać.
– To chyba jednak nie będzie aż taki zły dzień – mówi Julia z uśmiechem.

20150806_113131