Anji Bai Cha w drewutni ;)

Wspomnienie sprzed roku odświeżone jakiś tydzień temu…
– O, postawiłeś pawilonik herbaciany!? – wykrzyknęłam przystanąwszy ze zdumienia.
– Pawilonik herbaciany? – zdziwił się Tata – Nie, to drewutnia.
– Jaka drewutnia? Toż to idealne miejsce na ceremonię herbacianą – mówiłam przejęta. Czułam jak ta drewniana budowla jest przepełniona spokojem i dobrą energią. Całe otoczenie wokół: rosnące w siłę sosny, kamienie, młoda trawa, cisza dookoła mącona tylko delikatnymi podmuchami wiatru – to wszystko samo z siebie czyniło to miejsce idealnym do wyciszonego przygotowania herbaty. Oczami wyobraźni widziałam, jak w słoneczny, ciepły dzień siedzę pod spadzistym daszkiem i niespiesznie przygotowuję herbatę… – O, nawet są dzwonki wietrzne! – zawołałam.
Weszliśmy do domu a ja obiecałam sobie i Tacie, że gdy tylko przyjadę tu następnym razem i będzie ciepło – koniecznie zaparzę herbatę w tym cudownym pawiloniku herbacianym…

Kilka miesięcy później znów stanęłam przed drewutnią. Powietrze pęczniało ciepłem ukołysane ciszą i subtelnym wiaterkiem. Dzwonki wietrzne pobrzękiwały jakby od niechcenia, rozleniwione letnim popołudniem… Uśmiechnęłam się do siebie, bo czas i okoliczności dopasowały się do miejsca – idealne warunki, by napić się herbaty…

   

Nastawiłam wodę na herbatę. Tymczasem Tata znalazł kawałek wykładziny, który idealnie pasował do położenia na betonowej podłodze pawiloniku herbacianego. Przyniosłam i rozstawiłam swoje utensylia do herbaty. Dostałam w prezencie mały wazonik, do którego wstawiłam stokrotkę – kwiat, który zawsze kojarzy mi się z lekkością, beztroską i radością; chciałam, by tego dnia chwile przy herbacie pod dachem drewutni takie właśnie były…

W pudełku miałam ze sobą kilka herbat, ale wybrałam Anji Bai Cha… Pierwszy raz tę herbatę spróbowałam zaparzoną przez Roberta – oryginalna Anji Bai Cha pochodząca z chińskiego regionu Anji w północnej prowincji Zheijang ze zbiorów w 2015 roku. Wspomnienie tego smaku – lekkości, subtelnej słodyczy naparu, niezmiennie wywołuje uśmiech na mojej twarzy. To była dobra herbata dobrze zaparzona. Rok później piłam Anji Bai Cha przywiezioną przez Jarka – świeża, aromatyczna, choć zdawała mi się bardziej wyrazista niż ta, którą poczęstował mnie Robert. A teraz byłam w posiadaniu Anji Bai Cha od Wojtka.

Usiadłam po turecku przed naczyniami herbacianymi. Woda przestygła do odpowiedniej temperatury… Pierwszy napar był łagodny – herbata zdawała się być jeszcze nie w pełni obudzoną i tylko nieśmiało ujawniała świeże trawiasto-kwiatowe akcenty.

         

Następne napary pozostały łagodne, ale każdy kolejny dawał jakby więcej słodyczy… Cieszyłam się, że nawet Tacie smakuje… 🙂

Nigdzie się nie spiesząc z maleńkich czareczek spijaliśmy napar kojąco zrównoważony…

I taka oczywista oczywistość mocno zakiełkowała w świadomości: delektowanie się herbatą to nie tylko odnajdywanie subtelnych smaków ukrytych w naparze… to uspokojenie wewnętrznego rozedrgania; to nabranie dystansu do problemów, do których i tak trzeba będzie wrócić po ostatnim łyku herbaty; to rozrastająca się w duszy i ciele radość, że jest się w tym konkretnym miejscu, w tym konkretnym czasie i właśnie z tymi ludźmi, z którymi z wdzięcznością można dzielić to wewnętrzne przeżycie… Delektowanie się herbatą to szczęście w najczystszej postaci… 🙂

Tak, tym wpisem ocalam to wspomnienie od zapomnienia, ponieważ gdy niedawno mogłam znów odwiedzić mój pawilon herbaciany, wyglądał on tak:

Cóż, oby do lata; mam nadzieję… 🙂

p.s. O Anji Bai Cha można też poczytać:
http://cha-herbata.blogspot.com/2014/10/anji-bai-cha-z-prowincji-jiangxi.html
http://mycupofgreentea.blog.pl/2016/12/10/rozne-odslony-herbaty-cz-33-anji-bai-cha-czyli-nietypowa-chinska-zielona-herbata/
http://cappy-bara.blogspot.com/2015/05/an-ji-bai-cha-2015.html

Reklamy