Pan Shibamoto i pani Aya czyli niecodzienne herbaty z Japonii…

Zasiadałam do tego wpisu z uśmiechem na ustach… Spotkanie z panem Shibamoto i panią Ayą, którzy przyjechali z Makinohary w prefekturze Shizuoka, na długo pozostanie w mojej pamięci, a wciąż jeszcze świeże, barwne wspomnienia z sobotniej degustacji herbat, przepełniają mnie radością i szczęściem. Wszystko to nie miałoby miejsca, gdyby nie zaangażowanie, konsekwentne działanie a przede wszystkim ogromna herbaciana pasja Roberta. To właśnie Sayama najpierw przywiózł do Polski kilka herbat od poznanego w Japonii Toshifume Shibamoto, a potem sprowadził do Polski samego plantatora wraz z uroczą panią Ayą – specjalistką od herbaty typu sencha; a następnie, podczas spotkania wcielając się w rolę tłumacza, przekazał nam wiedzę jaką pan Shibamoto chciał się z nami podzielić.
Znów mogliśmy w pięknym wnętrzu Restauracji i Galerii Koreańskiej Onggi napić się niecodziennych herbat i wzbogacić herbacianą wiedzę…

IMG_2161

Pierwszą herbatą była Kamairi-cha zbierana z części plantacji przeznaczonej na senchę.
Pierwsze parzenie – jak zdradził nam pan Shibamoto – zostało zrobione dość gorącą wodą przez 1 minutę. W smaku herbata daje się poznać jako dość łagodna, podprażana lekko, z wyraźnymi, trawiastymi akcentami… niektórzy mówili: takie sianko 😉
Drugie parzenie – już zrobione troszeczkę dłużej – w smaku dało herbatę zdecydowanie mocniejszą; napar oddaje mocniej zaakcentowane kwiatowe nuty, ale można również wyczuć dość wyraźną cierpkość.

20160123_162312   20160123_162327

Kolejną herbatą, którą degustujemy jest oolong oksydowany w 30 procentach, pochodzący z letnich, mających miejsce pod koniec czerwca, zbiorów. Pan Shibamoto zdradził nam, że zwykle tego oolonga zaparza dość gorącą wodą przez 3 minuty. Herbata miała ciemny, wyrazisty kolor. I pięknie pachniała kwiatami. Ja wyczułam orchidee, ale wielu osobom ten zapach kojarzył się jednoznacznie z bzem…zapach naprawdę był upajająco intensywny, ale smak… Bezwiednie robię okropny grymas gdy trafię na mocną, goryczkową herbatę; tym razem po łyku tego oolonga, bezwiednie na mojej twarzy pojawił się ów grymas…

20160123_163850   IMG_2040

Chwilę dyskutowaliśmy o tym smaku; zgłaszane były sugestie, że może tego oolonga dobrze byłoby zaparzyć krócej…Może nasze pragnienia spowodowane były przyzwyczajeniami?… Od kilku lat raczymy się nierzadko doskonałymi oolongami, które zachwycają nas właśnie łagodnością i kwiecistością. Zwykle jednak są to oolongi chińskie, tajwańskie, wietnamskie. Może oolong japoński jest po prostu specyficzny? Podczas dywagacji o smaku właśnie degustowanego oolonga, pan Shibamoto powiedział, że on jest przede wszystkim farmerem i przyjmuje pewien schemat parzenia herbat: dla kamairi-cha, którą piliśmy jako pierwszą jest to 1 minuta zaparzania, dla oolonga – 3 minuty. Nie eksperymentuje z metodami zaparzania swoich herbat, daleki jest od całej oprawy do degustowania herbat jakim są różnego rodzaju ceremonie herbaciane, ponieważ jego najbardziej interesuje uprawa i produkcja herbaty. Pomyślałam sobie: to jest Droga Herbaty pana Shibamoto… Fascynujące jest to, jak „zwykła” 😉 herbata potrafi niesamowicie ukierunkować jednostkowe życie, jak niezwykle potrafi zafascynować jednym swoim aspektem i uczynić z tego sztukę uprawianą z miłosnym zaangażowaniem przez jednego człowieka…

Przy okazji rozmowy o smaku oolonga znów pojawił się problem wody i tego, jak woda potrafi zmienić smak herbaty. Miękka woda pozwala wydobyć z herbaty więcej aromatów dzięki czemu nasze odczucia są bogatsze i bardziej intensywne. Twarda woda jakby przytłumia herbatę, zdominowuje ją. W Polsce pan Shibamoto miał problemy ze znalezieniem odpowiedniej wody do parzenia swoich herbat. W Japonii woda jest bardzo miękka, w Polsce bardzo twarda. Ta różnica ma znaczący wpływ na smak naparu. Standardem jest dla pana Shibamoto woda z Makinohary. Pan Shibamoto i Robert zdradzili nam, że podczas testów przed spotkaniem, dobre wyniki w parzeniu dała woda Eden z dystrybutora. Również całkiem nieźle sprawdza się woda mineralna Primavera z różową nakrętką. Pani Aya – towarzysząca p. Shibamoto, specjalistka od podprażanych herbat mówi, by nigdy nie przestawać testować kombinacji różnego rodzaju wody z tą samą herbatą. To może dać wielce zaskakujące efekty 🙂

IMG_2122   IMG_2065   IMG_2131   IMG_1990

Trzecią herbatą, jaką tego wieczoru degustowaliśmy była kamairi-cha, ale z innego miejsca plantacji, rosnąca – można powiedzieć: półdziko; nie doglądana z jakąś szczególna troską, nie nawożona odpowiednimi nawozami… Ta herbata przygotowana przez pana Shibamoto według proporcji: 3g na 100ml wody i parzona pomiędzy 30 a 60 sekund, urzeka mnie łagodnością i intryguje posmakiem, którego nie potrafię zidentyfikować…Łukasz mówi: coś pomiędzy bancha a hojicha…I to może być to, ale… ach, ta drażniąca nieumiejętność w złapaniu odpowiedniej nazwy dla smaku…

20160123_164916

Sencha przygotowana przez panią Ayę jest kolejną herbatą z plantacji pana Shibamoto. Jest w tej herbacie zaskakująca i zachwycająca słodycz z przyjemnymi algowymi posmakami, ale połączona z wyraźną cierpką nutą, której nie umiem jeszcze w herbacie ani polubić, ani docenić…

IMG_2035   IMG_2105   20160123_165943

Pan Shibamoto pokazuje sposób produkcji swojej herbaty, wplatając w to dygresję o herbacie sencha,  która jest herbatą bardzo popularną i stanowi główne źródło utrzymania dla herbacianych plantatorów…Popularną praktyką jest sprzedaż liści herbacianych do spółdzielni, gdzie tę herbatę się standaryzuje, ujednolica i eksportuje ;)… I właśnie tak otrzymujemy naszą, tak popularną, senchę 😉

Już po spotkaniu rozmawialiśmy z Łukaszem i Agnieszką o tym aspekcie dostępności herbaty. Głównie jednak utyskiwaliśmy, że smaki z innych krajów są jakoby dostosowywane do naszych czyli europejskich gustów, a przecież my – Europejczycy chcemy spróbować prawdziwych, niezmienionych smaków z krajów, z których dostajemy czy to jedzenie, czy to herbatę… Ponieważ jednak nas – utyskujących Europejczyków było tylko troje, przyjęliśmy z pokorą fakt, że nie zdołamy powstrzymać gustów i upodobań większości; że nie zdołamy przekonać producentów a bardziej dystrybutorów herbat, że potrzebujemy oryginalnych smaków… 😉

Zbiory w Makinoharze są bardzo intensywne. Na przełomie czerwca i maja prace trwają przez ok. 8 dni, 24h/ dobę a na przełomie września i października 20 dni; wówczas zbierana jest znana nam bancha. Ponieważ wokół plantacji herbacianych Makinohary jest ok 50 fabryk przetwarzających herbatę, całe powietrze przesiąknięte jest herbacianym zapachem… Wszystko pachnie herbatą! To musi być coś cudownego! 😉

Przed zimą, kiedy już nie ma zbiorów, a liście wegetują i nabierają sił przed wiosną, pan Shibamoto zbiera herbatę pozbawioną teiny. I taką właśnie herbatą – prawie zimową – pan Shibamoto uraczył nas już na koniec spotkania. Bezteinowa herbata została przez pana Shibamoto wysuszona na słońcu i podprawiona kardamonem oraz cynamonem. Wyjątkowość tej herbaty – poza orginalnym doprawieniem przyprawami korzennymi – tkwi także w jej niedostępności na szerszą skalę; to herbata została zrobiona wyłącznie na potrzeby domowe…

Pan Shibamoto zaczął zaparzanie tej przyprawowej herbaty przed rozpoczęciem spotkania. Dał mi wówczas do spróbowania napar po ok. dwuminutowym parzeniu. Była wyborna – łagodna w swojej pikanterii, bezgoryczkowa… Pod koniec spotkania zostaliśmy poczęstowani naparem ponad półtoragodzinnym, o pokojowej temperaturze… ciekawy smak, ale osobiście opowiedziałabym się za ciepłą wersją tej herbaty 😉

20160123_153435   IMG_2136

To było piękne spotkanie; pełne radości z możliwości poznania nowych twarzy herbaty, otwartości na świeżą wiedzę, uważności przy degustacji kolejnej i kolejnej czarki herbaty… Chyba Mistrz Lu Yu byłby z nas zadowolony… 😉

Autorem oznaczonych zdjęć jest Patryk Szmelter/ Fotoluwak

Fresh Masala Chai czyli trochę ciepła i słodyczy na zimne dni…

Niektórzy bardzo nie lubią zimy. Ja do nich nie należę 🙂 Kocham umiarkowane mrozy, czysty błękit nieba przesiąknięty zimnem i słońce skrzące się w białym śniegu skrzypiącym pod butami.

Kocham zimę ponieważ charakterystyczny dla niej chłód, jeśli w końcu przyjdzie, cudownie podkreśla ciepło herbaty wypitej po powrocie do domu…

Wracam ze spaceru. Na dworze lekki, bo tylko pięciostopniowy mrozek. Zaraz ma mnie odwiedzić Jowi. Dziś znów będziemy parzyć herbatę i robić zdjęcia. Poeksperymentujemy z Fresh Masala Chai od Sprzedawców Chaiu (The Merchants of Chai). Tę herbatę kupiłam na warszawskim Święcie Herbaty i Kawy. Kupiłam z ogromnym zaciekawieniem, ponieważ wcześniej przeczytałam o niej oraz o jej twórcach – Danieli i Paulu – w magazynie Usta (numer 7/2015). Spodobała mi się ich dewiza mająca rodowód w starym porzekadle, które mówi, że jeśli chcesz zrobić coś dobrze – zrób to sam. Daniela i Paul postanowili pochodzącą z Indii recepturę przygotowania czarnej herbaty z mlekiem i przyprawami zaadaptować na europejskim rynku. „Jak Indie długie i szerokie, tyle jest receptur, niektórzy używają mleka bawolego, inni krowiego, niektórzy dodają dziewięciu przypraw, inni pięciu; można zaciągać chai klarowanym masłem, solić go, robić napar na bazie zielonej, a nie czarnej herbaty. Pomysłów na chai jest całe multum, a my uważamy, że nasz jest najlepszy na tej szerokości geograficznej (…)” – mówi Daniela*. „Większość herbaty i przypraw kupujemy od sprzedawców na Sri Lance, niektóre dodatki bierzemy od handlowców w Europie. Jednym z kluczowych składników napoju jest miód, my używamy wyłącznie miodu polskiego, głównie z okolic Kampinoskiego Parku Narodowego” – opowiada Paul.
I tak, metodą prób i błędów, po wielu domowych eksperymentach Daniela i Paul stworzyli swoją kompozycję – Fresh Masala Chai, ich zdaniem, idealnie dopasowaną do europejskich upodobań smakowych.

_MG_0127   _MG_0135

Do torebeczki z herbatą dostałam szczegółową instrukcję, jak dobrze przygotować chai masalę zrobiona przez The Merchants of Chai:
Krok 1: Wsyp 2 łyżki mieszanki TMOC i zalej 100ml wrzątku. Podgrzewaj przez minutę.
Krok 2: Dolej 200ml mleka (może być sojowe) i gotuj przez 2-3 minuty aż napar będzie gorący.
Krok 3: Przecedź przez sitko i dodaj miodu lub cukru brązowego do smaku. Smacznego!

_MG_0146   _MG_0163   _MG_0187   _MG_0192

Łagodność i aksamit. Lekka słodycz i ciepło, które cudownie rozchodzi się po całym ciele…Jakby schować się pod miękkim, grubym i ciepłym kocem….czysta, rozgrzewająca przyjemność… 🙂

_MG_0226   _MG_0238

Po wyjściu Jowity postanowiłam jeszcze trochę poeksperymentować z tą herbatą i przygotowałam ją ponownie, ale w innych proporcjach. I tak:
Do garnuszka wlałam szklankę zimnej wody, szklankę zimnego mleka i wsypałam dwie łyżki Fresh Masala Chai. Doprowadziłam miksturę do wrzenia, zmniejszyłam ogień i gotowałam przez ok 7 minut.
I cóż otrzymałam? Okazało się, że takie przygotowanie pozwoliło na wysunięcie się przypraw korzennych na pierwszy plan. Czarna herbata, która jest bazą dla tej kompozycji stała się bardzo łagodnym tłem; nawet pijąc napar czułam zbyt mocne jej wycofanie; jakby uciekła na dalszy plan zbyt intensywnie zdominowana przez pikanterię kardamonu, słodycz anyżku gwiaździstego oraz cierpkość goździków… W kolorze również dominowało mleko i nie bardzo mi się to spodobało… Wolałabym, by została zachowana równowaga między bazą a dodatkami tak, jak to było podczas pierwszego przygotowania. Moje proporcje i sposób przygotowania pokazały zupełnie inne oblicze herbaty od Sprzedawców Chaiu 🙂 Wyszła mi taka herbata dwubiegunowa, skomponowana na zasadzie kontrastu – łagodność czarnej herbaty w zestawieniu z pikanterią przypraw korzennych… Myślę, że to mogło by się nawet spodobać, ale wówczas porównanie tej herbaty do ciepłego i miękkiego kocyka bardzo się oddala… 🙂

*cytaty pochodzą z artykułu „Historia pachnąca chaiem”, magazyn Usta (numer 7/2015).

wszystkie zdjęcia są autorstwa Jowity Dykas/ Foto Jowi

Herbata Noworoczna czyli wspaniałe spotkanie herbaciane :)

Gdybym miała wybrać, czy wolę pić herbatę w samotności czy z innymi ludźmi…byłoby mi ciężko 🙂 Samotna degustacja jest formą medytacji i wówczas w pełni przejawia się powiedzenie, że herbata pomaga zapomnieć o zgiełku świata…Ten rodzaj wyciszenia pozwala odzyskać wewnętrzną równowagę i w skupieniu odkrywać całą złożoność danej herbaty. Ale picie herbaty z innymi umożliwia poszerzenie spektrum swoich doznań smakowych poprzez konfrontacje z innymi, z ich odczuciami i doznaniami. Gdy takiej degustacji towarzyszy ożywiona, wartka rozmowa, gdy można podpatrzeć jak zaparzają herbatę inni, co inni o danej herbacie mówią – to jest to herbaciane spotkanie ze wszech miar ubogacające…i uwielbiam w takich spotkaniach uczestniczyć 🙂

Aby zorganizować spotkanie herbaciane potrzeba tylko małego pretekstu 🙂 Kilka miesięcy temu taki pretekst się pojawił: przyjazd Ewy do Polski. Postanowiłyśmy spotkać się w Warszawie przy herbacie: Ania z Piewców Teiny, Ewa i ja. To postanowienie ewoluowało i z pomysłu na babskie spotkanie przeistoczyło się w… Herbatę Noworoczną. Ponieważ byłam na miejscu, siłą rzeczy wzięłam sprawy w swoje ręce, i muszę również przyznać, że organizowanie tego spotkania sprawiło mi to dużo przyjemności. Chociaż – jak to zwykle bywa – wiele rzeczy potoczyło się samych, także tych mniej pożądanych jak na przykład choroba Ani, powodując, że ostatecznie Ania na spotkanie nie dotarła. Niestety 😦 Samo życie…

Od samego początku ideą spotkania przy Noworocznej Herbacie było zaparzenie swojej ulubionej, lub pod innymi względami szczególnej, herbaty z życzeniami dla osób, dla których ową herbatę będzie się przygotowywało. Pomyślałam sobie, że Nowy Rok to doskonała okazja, by z herbaciarzami napić się herbaty, opowiedzieć o niej (a więc wzbogacić swoją wiedzę) i wysłać trochę dobra w świat właśnie poprzez pozytywną siłę życzeń w postaci dobrych słów 🙂

Pod wpływem takiej a nie innej konfiguracji wydarzeń Herbata Noworoczna odbyła się w Restauracji i Galerii Koreańskiej Onggi a parzących osób było 5. Pomyślałam sobie, że trzeba zachować pewien porządek i hierarchię parzenia i dlatego najpierw herbaty przygotowywały mniej doświadczone osoby a później mistrzowie. Ponieważ mistrzów było dwoje – Ania Włodarczyk (autorka bloga Morze Herbaty) oraz Robert Tomczyk (autor „Zapisków o herbacie” – biblii każdego szanującego się herbaciarza 🙂 ), została przyjęta zasada dżentelmeństwa, że panie parzą przed panami.

Pierwsza parzyłam ja. A wspierała mnie w tym Agata. Tak naprawdę dzień wcześniej postanowiłyśmy, by razem zaparzyć herbatę, choć każda z innego względu. Wybrałam czarną/ czerwoną herbatę nepalską Gold Buds przedstawioną mi właśnie przez Agatę na Poznańskim Festiwalu Herbaty Zaparzaj! O tej herbacie pisałam już w poprzednim poście. Zanim rozpoczęła się Noworoczna Herbata rozmawiałyśmy z Agatą, jak lepiej zaparzyć Gold Buds i zgodnie doszłyśmy do wniosku, że ta herbata zyskuje przy dłuższym parzeniu, więc taki optymalny dla niej czas to 3-4 minuty. Ponieważ ta herbata ma bardzo delikatne liście, uznałam, że lepiej potraktować ją lekko przestudzoną wodą i zaparzyć ją sposobem, który zaobserwowałam u czajmanów z wrocławskiej Czajowni – parzę w szklanym dzbanku, z którego potem przelewam do czajniczka skąd napar już bezpośrednio trafia do czarek. Ponieważ było sporo osób a ja nie dysponuję dużymi czajnikami, herbatę zaparzałam w dwóch czajniczkach…nie wiem, jak ja to zrobiłam, ale udało się i wszyscy degustowaliśmy herbatę w tym samym czasie. Podczas gdy ja bawiłam się z herbacianym naparem, Agata opowiadała o Gold Buds – o plantacji Guranse, z której ta herbata pochodzi, a którą Agata odwiedziła dwa lata temu; o panu Andrew, który jest właścicielem tej plantacji i o jego zaangażowaniu w produkcję herbaty…Jak zwykle Gold Buds nie zawiódł i mogliśmy delektować się wyjątkowo aromatycznym, słodowo-drzewnym naparem, potem zrobić drugie parzenie a potem podziwiać duże, piękne liście tej niezwykłej herbaty…Myślę, że wybór tej herbaty na intencjonalną Herbatę Noworoczną, był dobry wyborem bo Gold Buds pochodzi z plantacji, na której uprawia się herbatę z miłością i uważnością… i właśnie uważności – skupienia i dyscypliny w przygotowywaniu herbaty, w każdej codziennej czynności, w relacji z innymi ludźmi życzyłam wszystkim uczestnikom spotkania przy Noworocznej Herbacie…

1TMG2015  2_EWA0053   3TMG2015 (2)   4K20D8034_small

Parzyć i opowiadać o Gold Buds mogłybyśmy zapewne dłużej, ale trzeba było trzymać się planu spotkania, więc szybciutko posprzątałyśmy naczynia, zebrałyśmy czarki, a gdy na kuchence gazowej powoli grzała się nowa porcja wody, do parzenia szykowała się już Ewa. Autorka bloga Herbatniczek przygotowała dla nas herbatkę ze złocienia czyli z suszonych kwiatków Chrysanthemumopisaną szczegółowo tutaj: https://herbatniczek.wordpress.com/2015/11/18/trzy-herbatniczkowe-lata-herbata-ze-zlocienia/. Podziwialiśmy słodki, ziołowy, trochę podobny do rumiankowego, smak naparu, a ponieważ Chińczycy wierzą, że chryzantema jest symbolem pomyślności i długowieczności, my degustując złocieniowy napar w duchu cieszyliśmy się, że oto zostaliśmy „skazani na długowieczność”.

5K20D8060_small   6K20D8062_small   7TMG2015 (8)   8K20D8066_small

Kolejny herbaciany poczęstunek należał do Ani, która dała nam pokaz parzenia gong fu cha. Były malutkie czajniczki i maleńkie czareczki z niucharami na podstawkach. A do degustacji dwa oolongi. Jeden o nazwie Ding Guiji. Ania wyjaśniła, że „Ding” jest przypuszczalnie skrótem od nazwy miejsca: Dongding, natomiast „Guiji” znaczy „cesarska konkubina” – może dla zaznaczenia wyjątkowej urody, aromatyczności herbaty 😉 O tej herbacie wiadomo niewiele. Jak mówi Ania, prawdopodobnie była to herbata tożsama z Dongding Guiji Wulongiem, czyli mocno oksydowanym oolongiem wytwarzanym w Dongding na Tajwanie od późnych lat 90. Drugą herbatą była czerwona Alishan, o której szczegółowo Ania pisała na swoim blogu: http://morzeherbaty.pl/2013/10/kolory-alishana/

9K20D8084_small   10K20D8101_Small   11TMG2015 (15)   12K20D8117_small   13TMG2015 (11)   14TMG2015 (12)

Te dwie herbaty były do siebie podobne, choć dla mnie ciekawsza, bardziej wyrazista, aromatyczniejsza była „cesarska konkubina”…Większość z nas, degustujących tę herbatę była zgodna, że Ding Guiji kojarzy się ze świętami Bożego Narodzenia 😉 – ma w sobie przyjemne, ciepłe korzenne nuty, czekoladowo – pomarańczowe posmaki, które właśnie przywodzą na myśl świąteczną aurę. Ale niektórzy opowiedzieli się za czerwonym Alishanem zachwycając się jego miodowymi aromatem. Jedną cechę herbaty parzone przez Anię mają wspólną: przy uprawie obu udział mają owady z gatunku Jacobiasca formosana, dzięki którym liście są bogate w związki aromatyczne, dające charakterystyczny, wyrazisty słodki smak naparu. Ania mówi, że to herbaty „robaczkowe”.

Jako ostatni zaparzał Robert dedykując swoje parzenie Mistrzowi Lu Yu, bo gdyby nie Mistrz Lu Yu nie byłoby herbaty i naszego spotkania herbacianego! Dlatego też specjalnie dla nas Robert otworzył chińskie herbaty pochodzące z miejsca, w którym Lu Yu spisał Księgę Herbaty. Ta sama herbata: Guzhu Zisun – z niewielkiej plantacji, ręcznie zbierana i prezentowane tylko przyjaciołom – w dwóch odsłonach: zbiór sprzed święta jasności i drugi zbiór po święcie jasności. Ale Robert – przekornie – postanowił zaparzyć je w odwrotnej kolejności jak były zbierane…I choć obydwie herbaty zachwycały pięknymi liśćmi podziwianymi przez nas w szklanym dzbanuszku, choć obie dały uroczo łagodny, przesiąknięty delikatnymi kwiatami napary, to jednak pierwszy zbiór był – moim zdaniem –ciekawszy gdyż bardziej aromatyczny i złożony.

15K20D8124_small   16K20D8125_small   17TMG2015 (19)   18TMG2015 (24)   19K20D8154_small   20K20D8130_Small

Na koniec Robert w delikatnym porcelanowym hohinie zaparzył wyselekcjonowane Gyokuro z Uji Tawahara, zbierane ręcznie przez panią Okumurę – nauczycielkę herbaty sencha-do. Nie piłam zbyt wiele tej herbaty w swoim życiu, ale tylko gyokuro parzona przez Roberta ma…metafizyczny smak 🙂 Jest tak idealnie zaparzona: temperatura wody, ilość liścia w naczyniu, czas parzenia…za każdym razem gdy spijam z czarki krople przygotowanej przez Roberta gyokuro mam wrażenie, że moja świadomość przenosi się w inne wymiary a dusza odzyskuje równowagę i harmonię…Uświadamiam sobie również, jak trudno jest mi charakteryzować gyokuro Roberta – każdy łyk tej herbaty jest swoistą medytacją, w której słowa przestają znaczyć cokolwiek stając się balastem, który zostaje samoistnie odrzucony bo dusza nie potrzebuje słów by wiedzieć, że obcuje z idealnym pięknem…

21_EWA0155

Tak, gyokuro Roberta była właściwą herbatą na pożegnanie…

Po spotkaniu przy Noworocznej Herbacie mogę powiedzieć, że herbata pita z innymi ludźmi, zwłaszcza tak wyjątkowymi jak uczestnicy Noworocznej Herbaty…smakuje wybornie. I zdecydowanie poszerza horyzonty 😀

22K20D8162_Small

Na koniec…

Chcę przede wszystkim podziękować Panu Kimowi – który udostępnił piękne, przepełnione herbacianym duchem miejsce – Restaurację i Galerię Koreańską Onggi oraz uraczył nas egzotycznym słodkim poczęstunkiem 🙂

Z całego serca dziękuję Robertowi– że pozwolił na mój szalony pomysł zorganizowania takiego spotkania; za wsparcie, za wiedzę, za humor, za dzielenie się z nami niedostępnymi zwykłym śmiertelnikom herbatami – po prostu za bycie i czynienie świata lepszym i piękniejszym 🙂

Dziękuję Ani – za profesjonalny pokaz, za opowieści o herbacie, za otwartość i przychylność, za poczucie humoru, po prostu za dobrą, słoneczną energię 🙂

Dziękuję Ewie – za podzielenie się niezwykłą herbatką, za zdjęcia, za obecność, która dla mnie dużo znaczy i czyni spotkanie herbaciane bogatszym, no i za zielony prezent w słoiczku 🙂

Dziękuję Agacie – za przyjazd z Poznania specjalnie na Noworoczną Herbatę, za wsparcie podczas parzenia – bez Ciebie nie dałabym rady, wierz mi! za opowieści o Nepalu, no i za wspaniałą herbatę, która zaczyna kraść serca coraz większej rzeszy ludzi 🙂

Dziękuję Łukaszowi – za dotarcie na spotkanie pomimo złego samopoczucia, za pomoc w zmywaniu czarek, za poczucie humoru, które za każdym razem czyni nasze spotkania przy herbacie cudownie radosnym wydarzeniem 🙂

Agnieszce, Jonaszowi, Magdzie i Jackowi oraz wszystkim których nie udało mi się poznać po imieniu, ale którzy cudownie uczestniczyli w herbacianym spotkaniu – bardzo Wam wszystkim dziękuję. Do zobaczenia przy następnym, mam nadzieję, spotkaniu herbacianym 🙂

Autorami zdjęć są:
1,3,7,11,13,14,17,18 – Jonasz
2,21 – Ewa
4,5,6,8,9,10,12,15,16,19,20,22 – Magda i Jacek

Gold Buds SF 2015 czyli o odwadze…;)

Po wyjściu Karola zaproponowałam Jowicie nową herbatę do degustacji.
– Ta na pewno powinna przypaść ci do gustu. Choć bez dodatków, jest po prostu przecudna! – powiedziałam wyciągając z szafki czarną nepalską Gold Buds – Wiesz co? – kontynuowałam – Dobrze, że przyjechałaś z aparatem. Powinnaś częściej robić zdjęcia…
– Będę – odparła Jowi – za długo odkładałam swoją pasję na dalszy plan. A przecież za każdym razem gdy robię foty, czuję że mnie to uszczęśliwia i uświadamiam sobie jak fotografia jest dla mnie ważna, że powinnam to robić, chociażby tylko w weekendy…
– A pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o tym, by zdobyć się na odwagę i zacząć robić, to co sprawia nam przyjemność a nie tylko to, co musimy? Pamiętasz, jak ja odkładałam swoje marzenia na bok?
– Hahaha! Pamiętam… jak z miesiąca na miesiąc, przekładałaś zrobienie pierwszego kroku, bo bałaś się porażki…
– I byłam coraz bardziej sfrustrowana! 😉 Może to banał, ale coraz bardziej przekonuję się, że trzeba iść za głosem serca, za tym co cię uszczęśliwia i daje energię…
– No właśnie! Wiesz, patrzę na innych ludzi i widzę, jak czerpią garściami radość ze swoich pasji. Ja też tak chcę! Zrobię jeszcze kilka zdjęć…

  _MG_3771      _MG_3761   _MG_3785   _MG_3786

A ja przynoszę z kuchni gorącą wodę. Już podczas zalewania listków w nasze nozdrza uderza upajający aromat łagodnego słodu i karmelu.
Po chwili nalewam napar do Morza Herbaty a następnie do czarek.
– Chodź – mówię do Jowi – napijemy się herbaty…
– Pyszna – mówi Jowita biorąc pierwszy łyk – bez goryczy, aksamitna…chyba nie piłam tak subtelnej czarnej herbaty…
– Tak…od razu można w niej wyczuć szlachetne pochodzenie…
– Jak to?
– Ta herbata pochodzi z plantacji Guranse, jednej z najwyżej położonych plantacji na świecie. Wysokogórski klimat czyli czyste powietrze, żyzna gleba czy odpowiednia wilgotność przekładają się na niezwykłe aromaty, którymi teraz możemy się rozkoszować. Ręczny zbiór. Zobacz, jakie ma piękne liście…

Jowi odkłada czareczkę i chwyta za aparat. A ja wracam do delektowania się tą herbatą, którą poznałam dzięki Agacie na Poznańskim Festiwalu Herbaty Zaparzaj! Wtedy nie udało mi się Gold Budsa kupić, ale kilka tygodni później Agata przysłał mi tę herbatę. Gold Buds Second Flash 2015… Z każdym łykiem mam coraz silniejsze poczucie, że ta herbata przypomina mi jedną z moich ulubionych czarnych herbat – Tanyang Gong Fu Hong Cha… Hmmm, która piękniejsza? 😉 Trudny wybór… Gold Buds jest stała, zrównoważona i przy każdym łyku tak samo piękna w swej słodowo-kwiatowej aurze; aksamitna i pogodna z łagodną, niemal niewyczuwalna goryczką; bardzo elegancką goryczką, która ciepłym posmakiem pozostaje na dłużej na podniebieniu… Tanyang jest bardziej miodowa, bardziej zaskakująca, bardziej złożona i tajemnicza…Każda inna, każda piękna… Uwielbiam je obie! 😉

_MG_3793

wszystkie zdjęcia są autorstwa Jowity Dykas/ Foto Jowi

Jun Shan Yin Zhen…

Odkąd Jowi zmieniła pracę na bardziej absorbującą a potem się wyprowadziła, nie miałyśmy praktycznie czasu na wspólne spotkania herbaciane i pogaduchy.
Mieszkając razem często spotykałyśmy się w kuchni, robiłyśmy herbatę i rozmawiałyśmy. Kiedyś też pozwalałyśmy sobie na spontaniczne wypady do herbaciarni i zamęczanie ekspedientek o informacje o tej czy o tamtej herbacie klasycznej i o plantacje pochodzenia; chociaż natarczywie wypytywałam głównie ja, podczas gdy Jowi z lekkim uśmiechem zaglądała do kolejnych puszek lub słojów z herbatami aromatyzowanymi. Nasze gusta herbaciane były i są różne, ale może właśnie dlatego czyniło to nasze wspólne degustacje herbaciane tak różnorodnym i ciekawym doświadczeniem…
W końcu moje ponawiane zaproszenie na herbatę przyniosło pozytywny skutek i spotkałyśmy się. Na dodatek w większym gronie, bo Jowi pojawiła się z Karolem.
– Odkopałam stary obiektyw do aparatu – powiedziała Jowi po wejściu do kuchni i wyciągając z torby swój sprzęt fotograficzny. – Nie chciałam go wcześniej używać, bo nie jest najlepszej jakości i nie najlepiej pracuje, ale dopóki nie kupię sobie nowego sprzętu, to zamierzam bawić się tym. Możemy go dziś wypróbować, jeśli chcesz; pstrykniemy parę fotek herbie berbie.
– Super! – odparłam z entuzjazmem i otworzyłam szafkę z herbatami po czym zwróciłam się do moich gości: – Co chcecie?
– Masz jeszcze tę białą herbatę z aloesem, którą kupiłaś na zamknięcie herbaciarni Ganders? – zapytała Jowi.
– Och, Jowi, tę już piłyśmy; wiem, że ci ona bardzo smakuje, ale ja ci ją po prostu dam i będziesz sobie popijała…na przykład w pracy. Ja chciałam zaparzyć wam coś nietypowego… Może – herbatę żółtą? Takiej jeszcze nie piliście, ja również nie, bo kupiłam ją parę dni temu, więc razem będziemy odnajdywać w niej ukryte smaki. To jest Jin Shan Yin Zhen z chińskiej prowincji Hunan.
Jowi i Karol raczej sceptycznie odnieśli się do mojego entuzjazmu.

Zagotowałam wodę w czajniku i przelałam ją potem do szklanego dzbanka aby szybciej wystygła. Na opakowaniu z herbatą widniała bowiem temperatura 80 stopni jako optymalna do parzenia Jun Shan Yin Zhen. Przygotowałam czarki, ogrzałam czajniczek i wsypałam do niego jasnozielone liście.

_MG_3705   _MG_3687

Po chwili uniosłam malutką przykrywkę i wsadziłam nos do czajniczka. Ten zapach mi się nie spodobał. Podałam ciepły czajniczek Karolowi i Jowi a oni powąchawszy ogrzane liście herbaty milczeli dyplomatycznie.
– Pachnie wędzoną makrelą – powiedziałam. Oj joj, co to będzie po zaparzeniu? 😉
Zaparzyłam i po około pół minuty przelałam napar do maleńkich czareczek.

_MG_3710  _MG_3723

Próbujemy. Już wiem, że to nie będzie miłość od pierwszego łyku… Wędzona nuta bez dymnego akcentu. Jedyną wędzoną herbatę jaką do tej pory piłam był Lapsang Souchong i muszę przyznać, że swego czasu byłam namiętnym pijaczem tej herbaty. Ale Jun Shan Yin Zhen nie ma w sobie ani krzty wędzonej elegancji. Staram się podejść do tego nietypowego smaku obiektywnie, ale nie mam żadnej radości z degustacji tej herbaty. Patrzę na moich gości i widzę po ich minach, że – delikatnie mówiąc – nie zachwyca ich ta żółta herbata.
Postanawiamy, chociażby dla dobra zdjęć, które Jowi robi namiętnie podczas gdy ja przepłukuję czarki, zrobić kolejne parzenie.

_MG_3745  _MG_3747

Drugie parzenie robię tak przez około 2 minuty. Napar, podobnie jak za pierwszym razem, jest blady i łagodny ale smak…
– No wędzona krakowska kiełbasa – podsumowuje bezpretensjonalnie Karol odrzucając powściągliwą dyplomację.
– A przy tym bardzo mocna goryczka – mówię. Jeśli spróbować być dociekliwym to można się doszukać w tej herbacie trawiastych nut; ale one bardzo nieśmiało się pojawiają, tak mocno zdominowane przez gorycz i wędzony smak…

Trzecie parzenie – trzyminutowe, Jowi kwituje:
– Łosoś wędzony z Biedronki?
– Mam to uznać za zaletę?
– Niekoniecznie…
Tak, zaskakująca herbata…ale raczej nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Lubię nietypowe smaki, ale przy tej herbacie nie mam poczucia, że obcuję z czymś wyjątkowym i urzekającym. Może źle ją parzę – może powinnam użyć innych naczyń? Może gaiwana? Może niewłaściwie ją piję? Postanawiam nie spisywać tej herbaty na straty. Jeszcze nie…

_MG_3755

Tymczasem Karol dyskretnie zerknął na zegarek:
– Dobra, dziewczyny, muszę was zostawić – mam jeszcze dziś jedną sprawę do załatwienia.
c.d.n…

wszystkie zdjęcia są autorstwa Jowity Dykas/ Foto Jowi